sobota, 5 grudnia 2020

Rozdział 4 - Wszyscy Ślizgoni są tacy sami

Hermiona co chwila przewracała się z boku na bok. Rzadko kiedy zdarzało się jej, aby miała problem z zaśnięciem. Ramiona Morfeusza zwykle trzymały ją mocno, zaciągając do krainy snów. Z jednej strony taki obrót spraw niezwykle jej pasował - może pierwszy raz nie będzie mieć koszmaru, nie zobaczy twarzy poległych w bitwie o Hogwart, ani na nowo nie przeżyje horroru dawnych lat. Z kolei widziała przed oczami twarz mężczyzny o kruczoczarnych włosach i haczykowatym nosie, który niezwykle wyprowadził ją tego dnia z równowagi. Nawet Ronald nie miał takich umiejętności.


- Jak mnie zdenerwował… - mruknęła w poduszkę. Leżący obok Krzywołap, leniwie machał ogonem, ze spokojem spoglądając na swą panią.


Po jej głowie zaczęły chodzić najróżniejsze myśli. Co takiego zrobiła swojemu nauczycielowi, że tak zareagował? Zawsze była dobrą i pilną uczennicą, znała każdą odpowiedź, potrafiła uwarzyć nawet piekielnie trudny eliksir, a on i tak potrafił tylko odejmować punkty. Zawsze broniła go przed oskarżeniami Harry'ego i Rona, bo skoro Dumbledore mu ufał, to oni też powinni. I miała rację, znów miała cholerną rację, ale co jej z tego przyszło? Zwyzywanie jej na ulicy pełnej mugoli i to przez Nietoperza z lochów! Uderzyła pięścią w pierzynę, wypuszczając ciężko powietrze.


Nieświadoma tego, co się dzieje, otarła łzy z policzków. Najpierw przepłakała prawie cały okres szkolny przez jednego zadufanego w sobie Ślizgona, a teraz doszedł kolejny. Przecież nie zrobiła nic złego, chciała tylko dobrze, a wyszło jak zwykle nie po jej myśli. Szloch zamienił się w potok łez, a Krzywołap próbował rozśmieszyć swoją panią, co chwilę wygłupiając się na łóżku obok niej. Nadaremnie niestety. Kiedy pomyślała o tym, jak bała się o swojego nauczyciela, kiedy wracał ze spotkań z Voldemortem poczuła się jeszcze gorzej. Wielokrotnie obserwowała go w Norze, sińce pod jego oczami były z dnia na dzień coraz ciemniejsze, a on sam przypominał wrak człowieka. Jego nienaturalnie blada skóra miała odcień szarawy, ubrania wisiały na nim jak na szkielecie, a sam ledwo utrzymywał się na nogach. Raz po raz widziała, jak na zajęciach utykał albo łapał się nagle za brzuch. Obserwowała go przez ten cały czas i musiała stwierdzić, że był cholernie odważną osobą, mimo iż leżała teraz w pokoju ogarnięty mrokiem, a z jej oczu wciąż wydostawały się łzy. Musiała przyznać sama przed sobą, że wciąż, po tylu latach tak samo mocno podziwiała go i czuła ogromny szacunek do tego mężczyzny. Mężczyzny, który poświęcił się, aby chronić Harry'ego Pottera i cały magiczny świat.


Zapaliła lampkę nocną, mrużąc oczy. Kiedy przyzwyczaiła się do jasności, spojrzała na zegarek, leżący tuż obok szklanki z wodą. Za pięć dwunasta.



- Nie wytrzymam tu dłużej – mruknęła w stronę Krzywołapa. – Idę się przejść.


Zrzuciła z siebie piżamę, ubrała jeansy, bluzkę na krótki rękawek i białe adidasy. Włosy nieco niedbale związała w kucyka, burząc wcześniejszy warkocz, który nie wyglądał już tak starannie, co kilka godzin wcześniej. Mając już dłoń na klamce, spostrzegła, jak Krzywołap zaczął biegać u jej nóg, usilnie się czegoś domagając.


- Idziesz ze mną? - w odpowiedzi pomachał wesoło ogonem. - Tylko wezmę smycz. Oh nie patrz tak na mnie – mruknęła na markotnego towarzysza, który tym faktem nie był uradowany – Zgubisz się i wtedy będzie kłopot.


I tak z nadąsanym na smyczy Krzywołapem szła przez spokojną, oblaną mrokiem ulicę. Latarnie rzucały mdłe światło, a w tle nie było słychać nic. Żadnych samochodów, żadnych rozmów ludzi wracających z wieczornych imprez. Była to cisza, której potrzebowała. Zaciągnęła się lekkim, rześkim powietrzem. Zbliżyli się do bram parku. Krzywołap przystanął, wpatrując się w ciemną alejkę.


- Chcesz iść przez park? - spojrzała to na kota, to na ciemne miejsce. – To chyba nie jest dobry pomysł. – powiedziała, czując, jak lekki dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa.


Pojedyncze lampy rzucały mdłe światło na krętą ścieżkę. Czy Hermiona się bała? Chyba tak, mimo że w swoim życiu odwiedzała gorsze miejsca, czuła jakby, zaczęła zapominać, jak straszny i przerażający był Zakazany Las, a takie miejsce jak park o północy zaczął wydawać się niczym miejscem z dreszczowca.


Niespodziewanie Krzywołap wyszarpał się ze smyczy, biegnąc w ciemne zakamarki parku.

- Cholera! - warknęła, przekraczając bramę parku. – Głupi kot! Krzywołap?! No dalej, wyłaź!


Nie wiedziała, gdzie iść. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo przerażająco. Mając złudną nadzieję bezpieczeństwa, otuliła się ramionami, myśląc, że doda jej to odwagi w kroczeniu przez ciemny, miejski park. Co chwila łapała się na tym, aby nie stracić równowagi. Korzenie stały się niezłym zagrożeniem, a ławki, których niemal nie widziała, w ostatniej chwili musiała omijać szerokim łukiem. Mdłe światła latarni ani trochę nie ułatwiały jej poszukiwania Krzywołapa. Mocniej otuliła się ramionami, widząc, jak jedna z lamp mruga wściekle tuż nad jej głową. Wypuściła ciężko powietrze z płuc, czując, jak serce zaczęło bić dwukrotnie szybciej. Odwróciła się, słysząc miauczenie swojego pupila. Z nadzieją przyśpieszyła kroku, zagłębiając się dalej w nieznane zakamarki parku. Mijając wielkie drzewo, usłyszała stłumione śmiechy. Niemal natychmiastowo żołądek skręcił się z nerwów. Na ławce siedziało trzech mężczyzn, którzy pili piwo i palili papierosy. Gdy Hermiona ukazała się w mdłym świetle latarni, nieznajomi ujrzeli ją. Jeden z nich wstał, robiąc krok naprzód.


- No proszę, proszę... - rzucił. Spojrzał na nią od góry, do dołu, a sposób, w jaki to zrobił zniesmaczył Hermionę. – Kogo my tu mamy?

- Rusz tę dupę i zrób miejsca damie! – podniósł głos jeden z nich. Hermiona spojrzała na pustą ławkę. - Mówić nie umiesz czy co?

- Nie mam czasu – rzuciła oschle. – Krzywołap!

- Zgubiłaś coś? - zainteresował się ten, który wstał z ławki jako pierwszy.

- Powiedzmy... - rzuciła wymijająco, rozglądając się wokół. Cały czas czuła na sobie palące spojrzenia nieznajomych.

- Co taka tajemnicza jesteś? Masz – wyciągnął w jej kierunku butelkę. – Napij się, będziesz bardziej rozmowna.

- Nie piję. – i nagle zauważyła go siedzącego pod ławką. Odetchnęła z ulgą, wypuszczając ciężko powietrze z płuc. - No chodź. – kucnęła, a po chwili kot szybko wskoczył jej na ręce.

- Jak? Przecież tu żadnego kota nie było! - rozejrzał się wokół, a pozostali towarzysze zawyli ze śmiechu.

- Magia. – uśmiechnęła się pod nosem. Odwróciła się na pięcie i gdy już chciała odejść, usłyszała głos mężczyzny tuż przy swoim uchu.

- Daj mi swój numer kotku.

- Zapomnij! - a gdy chciała zrobić krok w tył, złapał ją mocno za nadgarstek, przyciągając ku sobie. Wystraszony Krzywołap wyrwał się z jej ramion. Uderzyła ją mieszanka tytoniu i alkoholu. Niemalże odwróciła głowę, czując okropny odór.

- Ależ cudownie paskudna kobieta, taka zła, taka podła, taka bez serca. Chyba się zakochałem! – uśmiechnął się złowrogo do swoich kompanów, a ona zauważyła dziwny błysk w oku mężczyzny. Szykują się kłopoty, pomyślała przerażona.

- Puszczaj mnie! - warknęła przez zęby i wtedy poczuła, zaciskające się palce na ramieniu. Powoli odwróciła się, natrafiając na tak dobrze znane jej spojrzenie. Merlinie, a ten skąd się tutaj wziął?, tylko tyle zdołała pomyśleć.

- Chyba nie jest zainteresowana waszym towarzystwem. – Snape powiedział to tak cichym i spokojnym głosem, że po chwili sama poczuła na plecach dreszcz. Jednym ruchem wyswobodził ją z macek mężczyzny i stanął przed dziewczyną. Ona, nie wiedząc czemu, poczuła delikatny rumieniec na swoich policzkach.

- Patrz, jaki chojrak! - zaśmiał się jeden z mężczyzn.

- Zmiatać do domu, gówniarze. – a kiedy jego dłoń kierowała się z tyłu po różdżkę, tamci pomyśleli, że chce wyciągnąć broń.

- Ej, ej! Dobra – podnieśli spanikowani ręce w górę. – Idziemy, już nas nie ma! - i puścili się biegiem w ciemną stronę parku.

- Co tu robisz? - zapytał oschłym i władczym tonem, odwracając się w jej stronę.

- Nie powinno to pana interesować, profesorze Snape. - rzuciła przez zęby, podkreślając ostatnie słowa.


Wzięła ponownie w ramiona Krzywołapa, kierując się ku wyjściu. Zignorowała profesora, pamiętając jak sam, potraktował ją tego dnia. Jakie było jej zdziwienie, jak chwilę później mężczyzna kroczył obok niej. I szli tak ramię w ramię, nie odzywając się ani słowem.

- Powinnaś mi podziękować - powiedział w końcu.

- Słucham? - zatrzymała się nagle, piorunując go wzrokiem. - Niby za co?

- Za to, panno Granger, że powstrzymałem tych gnojków przed dobraniem się do twojej cnoty.

- Jaki pan szlachetny profesorze Snape! – wyminęła go, wychodząc z parku.

- Więc słucham? - usłyszała jego głos tuż nad swoim uchem. Mimowolnie zadrżała, nie spodziewając się takiej bliskości.

- Za co mam panu niby dziękować? Jeszcze dobrych parę godzin temu, krzyczał pan na mnie na środku ulicy, a teraz rozmawia pan ze mną, jakby nic się nie stało.

- Chodź – pociągnął ją za rękę i po chwili znaleźli się w jakimś małym zadaszonym zaułku. Po minucie, gdy tylko się schowali, usłyszeli pojedyncze krople deszczu, które zamieniły się w ulewę.


Miejsca nie było tam za wiele. Hermiona dotykała plecami ziemnego muru, profesor Snape był zwrócony twarzą ku niej, a Krzywołap stał pomiędzy nimi, miaucząc nieswojo. Wyczuła oddech mężczyzny na swojej twarzy. Chwilę jej zajęło, aby zdać sobie sprawę, że profesor musiał intensywnie się w nią wpatrywać. Bijąc się ze swoimi myślami, w końcu uniosła wyżej głowę. Czarne jak dwa jeziora oczy nachalnie przyglądały się jej. Poczuła dziwny dreszcz na przedramionach. Profesor Snape uniósł rękę nad głową Hermiony i oparł ją o ścianę, zmniejszając pewnie nieświadomie dzielący ich dystans.

- Pan też mi nie podziękował.

- Za co niby? - spojrzał na nią jakby spadła z choinki.

- Za klucze. - mruknęła, odwracając wzrok. I jak przewidywała, mężczyzna zamilkł całkowicie, nawet nie upominając się o swoje podziękowanie. Granger wywróciła oczami.

Stali tak z dobrych kilkadziesiąt minut, póki deszcz nie zamienił się w lekką mżawkę. Przecisnęła się obok mężczyzny, a nozdrza zaatakowane zostały intrygującą mieszanką perfum. Czym prędzej potrząsnęła głową, wypierając tę dziwaczną i nieco niestosowną myśl ze swojego umysłu. Stanęła na krawężniku, wpatrując się z dziecięcą ciekawością w kałuże. Nie wiedziała, ile minęło czasu, czy była to minuta bądź dwie, nim u jej boku pojawił się profesor. Oboje wpatrywali się w ciemne budynki przed sobą, ani na moment nie przerywając ciszy. Krzywołap zaplątał się tuż obok jej nóg, więc wzięła go na ramiona, głaszcząc po gęstym futrze. Zerknęła dyskretnie w stronę profesora. W dalszym ciągu ciężko było jej uwierzyć, że czarodziej, który powinien uchodzić za zmarłego, jak gdyby nic, stał z nią ramię w ramię na jednej z Londyńskich ulic. Niezręczną ciszę przerwał profesor Snape, mówiąc: Jest późno, odprowadzę cię. Jego iście dyplomatyczny głos nie należał do tych, które można było podważać. Wiedząc, że nie miałaby z nim najmniejszych szans, przytaknęła głową, nie chcąc rozpoczynać niepotrzebnej kłótni.



Będąc niecałą ulicę przed mieszkaniem Hermiony, zaczął kropić mocniejszy deszcz. Był to zaledwie ułamek sekundy, gdy zaczęło się oberwanie chmury. W oddali słychać było grzmoty. Nie bawili się w schronienie pod jakimś daszkiem, tylko czym prędzej biegli do kamienicy, w której mieszkała Granger. Była pozytywnie zaskoczona, kiedy mężczyzna przepuścił ją w drzwiach, dodatkowo je przytrzymując. Ten mały gest sprawił, że poczuła jak na policzki, wpływa ognisty rumieniec. Co się tak rumienisz dziewczyno?, skarciła się w myślach. Zaraz będziesz wyglądać jak włosy Ronalda!

- Może chce pan wejść i przeczekać burzę?

- Tylko ja się nie boję burzy, panno Granger. No, chyba że ty tak.

- Co? Oh... oczywiście, że nie – spuściła wzrok lekko zawstydzona. - Zapraszam. – zaczęła wspinać się po schodach. Usłyszała ciche skrzypnięcie gdzieś na dole, oznaczające, że mężczyzna jednak się zdecydował.

- Widzę, że masz lokatorów – rozejrzał się po małym korytarzu, kiedy dziewczyna przekręcała klucz w zamku.

- Skądże – zamknęła za mężczyzną drzwi. – Tylko ja tu mieszkam.

- Mhm... - mruknął, opierając się o framugę.

Nie wiedziała, dlaczego zatrzymała wzrok na mężczyźnie dłużej niż to konieczne. Jego mokre włosy były przyklejone do twarzy, ubranie miał całe przesiąknięte deszczem, przez co przyklejona do ciała koszula, obnażała zarys mięśni brzucha i ramion. Kiedy złapała się na tym, co wyprawia, spłonęła purpurą, spuszczając wzrok.


Snape przyjrzał się jej uważnie, nieco unosząc brew ku górze. Za paska spodni wyciągnął różdżkę. Mruczał pod nosem jakieś zaklęcia i w mgnieniu oka był już całkowicie suchy. Hermiona spojrzała przelotnie na profesora, wstawiając wodę na herbatę.

- Napije się pan, prawda? - wyjrzała zza framugi drzwi, gdy ten rozglądał się po mieszkaniu.

- Skądże – rzucił, obdarzając swoją uwagą kolekcję książek, które posiadała.

- Za późno – odpowiedziała z wyczuwalną satysfakcją w głosie, wrzucając torebki herbat do kubków.

- Gryfoni...

- Słyszałam! - krzyknęła, wlewając wodę.

- Miałaś słyszeć – na odpowiedź mężczyzny skrzywiła się lekko.

- Zgaduje, że pan nie słodzi – postawiła na stoliku dwa parujące kubki.

- Jak to nie? - spytał swoim cichym głosem. Dziewczyna popatrzyła na niego to na kubek.

- To idę po cukier.

- Na Merlina siadaj Granger – fuknął niezadowolony. Zauważyła kątem oka, jak wywraca oczami.

- Przecież powiedział pan...

- Żart. To był żart – rzucił ironicznie.

- No to marne ma pan poczucie humoru – powiedziała, kierując się do łazienki. – Za moment wracam.

Jedynie co mogła usłyszeć to charakterystyczne prychnięcie niezadowolenia. Cały Snape, pomyślała. Ściągnęła z siebie przemoczone ubranie, założyła suche, świeżo ściągnięte ze sznurka i lekko osuszyła włosy ręcznikiem. Związała je w luźnego warkocza i wróciła do salonu, gdzie czekał na nią mężczyzna. Usiadła na kanapie i spojrzała na czarodzieja siedzącego w fotelu.


- Wytłumacz mi jedną rzecz Granger. Dlaczego nie użyłaś magii do osuszenia ubrań czy włosów? Zajęłoby ci to mniej czasu – zmrużył oczy, spoglądając na nią znad parującego kubka.

- Wydaje mi się, że nie ma czego tłumaczyć. Po prostu – rzuciła szybko, chcąc uciec z tematu. W jakim błędzie była, Snape był nieugięty.

- Dlaczego mieszkasz i pracujesz wśród mugoli?

- Co pana to interesuje? - fuknęła poirytowana, wstając nagle z kanapy.

- Uważaj Granger.

- Na co mam uważać? Na punkty? Czy może szlaban? - zapytała, zakładając ręce pod biustem. Chciała skończyć tę rozmowę jak najszybciej. Nie miała ani odrobiny humoru, aby drążyć ten temat. Minęło tyle czasu, jednak wciąż były to bolesne wspomnienia. Profesor Snape swoim niewyparzonym językiem, idealnie potrafił otworzyć ledwo zabliźnione rany.

- Zmieniłaś się, Granger – również wstał z fotela, prostując barki. – Jesteś jeszcze bardziej bezczelna od Pottera!

- Proszę już skończyć! -głos niemal łamał się w gardle. Snape podniósł brew ku górze i prychnął pod nosem.

- Herbata była znośna, dobranoc – rzucił oschle, kierując się w stronę drzwi.

- Pan nic nie rozumie - wyszeptała, zakrywając twarz dłońmi.

- To mi wytłumacz – obrócił się na pięcie, spoglądając na kobietę. Dopiero kiedy opuściła dłonie, zauważył lśniące łzy na jej policzkach.

- Boję się - wyszeptała siadając na kanapie.

- Czego się boisz? - zapytał równie cicho co ona.

- Przeszłości.

- Nie można bać się czegoś, co jest za nami, panno Granger – powiedział spokojnie, siadając obok niej na kanapie.

- Widocznie ja jestem inna – mruknęła, ocierając łzy.


Siedzieli w ciszy. Snape nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Spojrzał w stronę, z której dobiegło ciche miauczenie. Krzywołap spojrzał na czarodzieja, jakby oskarżając go o łzy swojej pani, po czym wskoczył jej na kolana, próbując ją rozśmieszyć.

- Zawsze mnie pociesza, kiedy coś jest nie tak – odpowiedziała, głaskając kota po grzbiecie.

- Chcesz mi powiedzieć, że ten kot...

- Nie ten kot – przerwała mu, spoglądając buntowniczo w jego stronę. – Nazywa się Krzywołap – poprawiła go.

- Więc Krzywołap – powtórzył niechętnie – Ehm... ma jakiś szósty zmysł czy coś w tym rodzaju?

- Szósty zmysł? - zaśmiała się lekko. Snape spojrzał na nią zdumiony. - Krzywołap po prostu rozumie wiele spraw.

- Pewnie – burknął pod nosem, na co niezadowolony Krzywołap obrócił się tyłem w jego stronę. - Bezczelny na dodatek.

- Spokojnie Krzywołapku, profesor Snape żartuje, prawda? - spojrzała na niego wyczekująco. On prawie zakrztusił się herbatą.

- Żartujesz chyba sobie – skwitował.

- Oczywiście profesorze – delikatnie się zaśmiała, dotykając jego barku.

Po chwili zorientowała się, co zrobiła i zabrała dłoń. Krzywołap zeskoczył z kolan swojej właścicielki i pobiegł, w stronę miski z jedzeniem. Hermiona opadła na poduszki, tracąc humor, który na chwile udało się jej zdobyć.

- Każdej nocy mam koszmary, każdej nocy budzę się z krzykiem. Od przeszło dwóch lat. Wciąż widzę twarze poległych w bitwie. Nie potrafię sobie z tym poradzić, dlatego usunęłam się z magicznego świata, dlatego mieszkam tu, a nie przykładowo w Hogsmeade. Wciąż noszę przy sobie różdżkę, ale jej nie użyłam jej od roku. Noszę ją tylko z przyzwyczajenia.

Wysłuchał jej do końca, spokojnie analizując każde słowo. Rozumiał, cholernie ją rozumiał, mimo tego, to on doświadczył o wiele gorszych scen, które mimowolnie przemykały mu przed oczami. Liczne morderstwa, widok krwi, tortury, do których był zmuszany przez Czarnego Pana. Do jednego nie przystąpił i czuł z tego ulgę do dziś. Nigdy nie podniósł ręki na kobiety, nigdy ich nie gwałcił, tak samo nie skrzywdził ich dzieci. Od tego byli inni. To przykre, ale taka była prawda. On zajmował się, jak to ujął niegdyś Czarny Pan, ważniejszymi sprawami.


Bycie wieloletnim szpiegiem, podwójnym agentem, sprawiły, że potrafił radzić sobie z emocjami. Cały czas nosił maskę wrednego dupka pozbawionego jakichkolwiek uczuć. Spojrzał na roztrzęsioną dziewczynę. Mocno zaciskała powieki, a z oczu niechętnie uciekały gorzkie łzy. Dłonie, które trzymała na kolanach, niebezpiecznie drżały, zresztą jak całe jej ciało.


- Spokojnie – powiedział cicho. Jego głęboki i niski głos sprawił, że po kręgosłupie mimowolnie przeleciały dreszcze. Profesor Snape wypuścił cicho powietrze z płuc. Ostrożnie dotknął jej ramienia, lekko go ściskając – To w końcu minie, Granger.




~*~

Dzień dooobry! ♥



I oto jestem z nowym rozdziałem, taki mały Mikołajkowy prezent ♥


Jestem strasznie ciekawa Waszej opinii. Jak się podoba? Co myślicie? Dajcie znać w komentarzu! (Tak między nami, to Wasze komentarze bardzo pobudzają Pana Wenę do pracy hihi ♥)


Kolejny rozdział przewiduje na publikację razem z Narkotykiem, przewiduje na okolice przedświąteczne. Nie jestem pewna czy uda mi się wrzucić dwa rozdziały jeszcze w grudniu czy już tylko jeden. Mimo wszystko uważnie wyczekujcie sowy. Do usłyszenia kochani! 


Całuję, 

Jazz ♥


sobota, 28 listopada 2020

Rozdział 3 - Profesor Snape człowiek zagadka

     Hermiona z ulgą zatrzasnęła drzwi. Żar, jaki lał się z nieba, był nie do zniesienia, a podobno upały mają utrzymać się jeszcze przez tydzień. Zrzuciła z nóg buty i oddychając radośnie, dotknęła gołymi stopami chłodnych płytek. Krzywołap leniwie mruknął pod nosem coś na wzór powitania i odwrócił łepek w drugą stronę. Dziewczyna automatycznie wyciągnęła z lodówki zimną wodę, napełniła nią szklankę i wrzuciła wcześniej pokrojoną w plasterki cytrynę. Zimny płyn ochłodził jej wnętrze, a ona z ulgą usiadła przy stole.


    - Nie zgadniesz, kogo dziś spotkałam! - spojrzała na kota, ale ten nawet nie podniósł na nią wzroku. Nie przejmując się humorkiem towarzysza, kontynuowała – Profesora Snape'a! - Krzywołap otworzył złote oczy, spoglądając na właścicielkę. - A widzisz? - uśmiechnęła się. – Sama bym nie pomyślała, że przeżył!


    Zrzuciła z siebie sukienkę i weszła pod strumień chłodnej wody. Po orzeźwiającym prysznicu, który dodał jej energii, wróciła do salonu, gdzie czekał na nią niespodziewany gość. Na stole siedziała śnieżnobiała sowa, należąca do Harry'ego, łudząco przypominającą dawną Hedwigę. W dziobie trzymała list, dumnie wypinając pierś, jakby była niezwykle zadowolona z otrzymanego zadania.


    - Dziękuje – chwyciła list i pogłaskała sowę po główce.


    Sowa spojrzała na nią z wdzięcznością i po chwili zamoczyła dzióbek w chłodnej miseczce wody, którą postawiła na stole Hermiona. Krzywołap nie mógł pogodzić się z innym osobnikiem przebywającym z nim pod jednym dachem, więc prychnął na sowę i wyszedł z salonu, wysoko zadzierając ogon. Sówka nie zwróciła nawet najmniejszej uwagi na kota, cały czas sącząc chłodną wodę z miseczki. Hermiona pokręciła głową z niedowierzaniem na poczynania swojego pupila, po czym chwyciła kopertę, siadając w fotelu.


Droga Hermiono!

Rozmawiałem z Ginny na temat Twojego listu (nie złość się na mnie Mionka), i uznaliśmy, że powinnaś wpaść do nas w wolny weekend. Dobrze Ci to zrobi, a może koszmary miną? Zobaczysz, będzie świetnie jak za dawnych lat! Ron też pewnie do nas wpadnie. Super byłoby posiedzieć razem przy kremowym piwie.

Pytałem parę zaufanych osób w Ministerstwie, którzy prowadzą sprawę Twoich rodziców. Niestety nie mają żadnego tropu. Tak mi przykro Mionka. Obiecuję, że moi ludzie nie przestaną pracować nad tym, dopóki nie odnajdziemy Twoich rodziców całych i zdrowych.

Pamiętaj, czekamy z Ginny i Tedem na Ciebie!

Ściskam,

Harry


    Poczuła, jak coś przyjemnie rozpłynęło się w okolicy serca. Chwyciła za pióro i zaczęła pisać krótki list do przyjaciela, a kiedy go skończyła, odłożyła go na stolik, i wyszła na balkon, opierając się o lekko nagrzaną balustradę. Słońce właśnie zaszło za chmury, przez co ludzie mogli, chociaż na chwilę odetchnąć z ulgą. Spojrzała w dół na przechodniów, obserwując spokojną ulicę. Jej myśli zaczęły schodzić na całkiem inny tor. Nie wiedząc czemu, zaczęła myśleć o profesorze. Jak udało mu się przeżyć i dlaczego ukrywał się przez ten cały czas?


    Po śmierci profesor Snape został odznaczony Orderem Merlina Pierwszej Klasy, a wiele osób zmieniło o nim zdanie. Jakiej śmierci, on wciąż żyje, pomyślała. Harry od czasu, gdy ujrzał jego wspomnienia, zmienił radykalnie zdanie o niegdyś znienawidzonym nauczycielu. Teraz czuł ogromny szacunek do tego mężczyzny, który przez te wszystkie lata chronił go. Hermiona westchnęła smętnie. Profesor Snape... człowiek zagadka.





~*~


Dni zmieniały się w tygodnie, od kiedy Hermiona widziała pierwszy i ostatni raz profesora Snape'a. Zaczęła się nawet zastanawiać czy przypadkiem to spotkanie w księgarni nie było wytworem jej wyobraźni, bo przecież widziała jak mężczyzna, umierał we Wrzeszczącej Chacie, a po wojnie słuch po nim zaginął. Nigdy nawet nie zastanawiała się, gdzie może być jego ciało po rzekomej śmierci. W obliczu tamtych wydarzeń taka myśl odsunięta była na zupełnie inny tor.


Zdarzyło się jej kilkukrotnie, odpłynąć w smętny wir rozmyślań o mężczyźnie. Po tym krótkim, lecz intrygującym spotkaniu zastanawiała się, czy profesor Snape mieszkał w tej okolicy, czy był w mieście przypadkiem. Chociaż Hermiona mieszkała tu już od roku, nigdy nie spotkała nikogo z magicznego świata.


Schowała pęk kluczy do torebki, ostatni raz rzuciła okiem na księgarnię i ruszyła w stronę swojego mieszkania. Było po godzinie osiemnastej, a słońce wciąż mocno prażyło, męcząc wszystkich tą pogodą. Minęła jedną kawiarnię, drugą i w końcu zatrzymała się przed dość sporym lokalem. Przyjrzała się kafejce od zewnątrz i nie mając planów na ten wieczór, postanowiła spędzić tam trochę czasu. Przekroczyła próg i od razu uderzyło ją chłodne powietrze klimatyzacji. Odetchnęła z ulgą.


- Dzień dobry, co dla pani? - młoda kasjerka spojrzała na nią znad okularów, posyłając lekki uśmiech.

- Poproszę kawę mrożoną – położyła odliczoną kwotę na blacie i zaczęła rozglądać się wokół.


Miejsce miało charakter samo w sobie, przy oknach były pojedyncze stoliki, a przy ścianach znajdowały się kanapy i wygodne pufy do siedzenia. Z głośników wydobywała się przyjemna dla uszu muzyka, a w całym pomieszczeniu dało się wyczuć pobudzający zapach mielonej kawy.


- Halo, proszę pani? Ehm... - Hermiona usłyszała chrząknięcie i odwróciła się w stronę trochę niezniecierpliwionej baristki. – Pytałam, czy na wynos, czy na miejscu.


Dziewczyna ponownie rozejrzała się i zobaczyła jedyne wolne krzesło, jednak stolik był już zajęty. Chyba nie będzie problemu, jak na chwilę się dosiądę, pomyślała.


- Chyba znalazłam stolik. To na miejscu będzie.

- Proszę – postawiła przed nią wysoką szklankę i oddaliła się do następnego klienta.


Hermiona podeszła do stolika w rogu sali, które chyba było najbardziej odizolowanym miejscem w całej kawiarni. Osoba zajmująca ten stolik czytała gazetę, z czego nie mogła się zorientować, czy jest to kobieta, czy może mężczyzna.



- Przepraszam czy mogłabym się dosiąść na chwilę? - powiedziała bardzo miłym i spokojnym głosem - Nigdzie nie ma wolnego miejsca, a na dworze jest tak parno i duszno, że nie da się wytrzymać.

- Śledzisz mnie, panno Granger? - mężczyzna opuścił gazetę, a ona poczuła dziwne skrępowanie zaistniałą sytuacją.

- Oh! Profesor Snape. - kogo jak kogo, ale jego się nie spodziewała.

- Panna Granger – powiedział cichym i spokojnym głosem – Nie stój, jak kołek soli. Siadaj.

- Dziękuje profesorze – poczuła się troszkę niezręcznie. Zerknęła na mężczyznę i przez ułamek sekundy przeszło jej przez myśl, że wygląda bardzo gustownie. Ubrany był w białą koszulę. Dwa a może trzy guziczki były odpięte, ukazując nagi tors. Przez chwilę ich spojrzenia się spotkały, jednak dziewczyna odwróciła szybko wzrok, karcąc się w myślach. - Nie ma nawet co porównywać do Ognistej Whisky, prawda? - kiwnęła głową na szklaneczkę ze złotym płynem, którą trzymał w dłoni.

- Jeśli nie ma, coś się lubi, to się lubi, co się ma – odpowiedział i zamoczył usta w alkoholu.

- Mieszka tu pan gdzieś w okolicy? - palnęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Właściwie nie wiedziała, do czego ta informacja miałaby się jej przydać.

Wydaje mi się, że nie powinno to pani interesować, panno Granger – powiedział ostro, tak jak przypuszczała. Poczuła się tak głupio, że jedyne czego chciała to zapaść się pod ziemię.

- Bardzo dobra kawa. - zamoczyła usta w mrożonym płynie.

- Czyżby Panna-Wiem-To-Wszystko nie wiedziała, co odpowiedzieć? - zerknęła na niego, a na jego wąskich ustach pojawił się wredny uśmieszek.

- A pan jak zwykle ma najwięcej do powiedzenia – mruknęła pod nosem.

- Słyszałem Granger – odłożył na blat stołu pustą już szklankę, po czym spojrzał na zarumienioną twarz dziewczyny.

- Oh czy pan nie może mówić do mnie po imieniu? - rzuciła poirytowana. - Przecież nie jesteśmy w szkole!

- Nie widzę takiej potrzeby. Do widzenia – spojrzała na wstającego od stołu mężczyznę. Poczuła lekkie ukłucie zawodu, ale w sumie czego mogła się spodziewać po tym czarodzieju.

- Do widzenia, profesorze Snape – ostatnie dwa słowa podkreśliła naprawdę mocno, ale nie dane jej było zauważyć irytacji na twarzy mężczyzny, albowiem opuścił już lokal. - Cały Snape. – mruknęła sama do siebie.


Wypiła do końca kawę mrożoną i po chwili zauważyła na stoliku leżące klucze. Nie myśląc, co robi, rzuciła się w pogoń za mężczyzną. Wybiegła na ulicę i zaczęła nerwowo rozglądać się wokół i zaledwie po chwili zauważyła czarnowłosego po drugiej stronie ulicy. Przebiegła przez nią i dogoniła mężczyznę, łapiąc go za ramię. Poczuła pod palcami dreszcz, a jakiś dziwny prąd przeleciał wzdłuż kręgosłupa. Trwało to zbyt krótko, by mogła się nad tym zastanowić, albowiem czarodziej odwrócił się na pięcie, wyrywając się z uścisku.



- Czego?! - warknął przez zęby.

- Profesorze... bo...

- No czego chcesz ode mnie Granger? Czego? - poczuła, jak kuli się w sobie. Nie spodziewała się po byłym nauczycielu takiego wybuchu złości. – Przez tyle czasu żyłem sobie spokojnie, a musiałaś się pojawić TY! Na każdym kroku spotykam ciebie! Wielka przyjaciółka Pottera! – skrzywił się tak, jakby ugryzł cytrynę. – Co mnie tak wypytujesz? No, po jakiego Merlina? Jedna sensacja, że żyje to za mało? Oczekujesz ich więcej?

- Ale ja wcale... - poczuła napływające do oczu łzy.

- Daj mi spokój głupia dziewucho – miał już odchodzić, kiedy złapała go ponownie za rękę i wcisnęła mu w dłoń pęk kluczy.

- Zostawił pan – powiedziała cicho. Spojrzał na nią tym swoim przenikliwym spojrzeniem, od którego wzdłuż całego kręgosłupa przemknęły nieprzyjemne dreszcze. Odwrócił się na pięcie, kompletnie ją ignorując. Zanim zniknął jej z oczu, zebrała w sobie całą złość i krzyknęła za nim: – Wie pan co? Jest pan cholernie zadufanym w sobie dupkiem, profesorze Snape!


Jak szedł, tak stanął nagle i odwrócił się na pięcie. Jedynie co zauważył to oddalającą się sylwetkę kobiety. Zacisnął pięści i odszedł w przeciwległą stronę, zagryzając nerwowo wargę. 




~*~

Dzień dooobry! ♥


Jazz melduje się z gotowym trzecim rozdziałem. Ten jest nieco dłuższy niż dwa poprzednie, ale mogę obiecać, że już kolejne będą odrobinkę dłuższe. Te początkowe rozdziały są takie króciutkie - musicie mi to wybaczyć ♥

Jestem strasznie ciekawa Waszej opinii. Jak się podoba? Co myślicie? Dajcie znać w komentarzu! (Tak między nami, to Wasze komentarze bardzo pobudzają Pana Wenę do pracy hihi ♥)


Kolejny rozdział przewiduje na publikację razem z Narkotykiem, czyli przypadać będzie to na pierwsze dni grudnia. Także uważnie wyczekujcie sowy. Do usłyszenia kochani! 


Całuję, 

Jazz ♥


wtorek, 17 listopada 2020

Rozdział 2 - Cuda się zdarzają

    Temperatura w księgarni zdawała się spaść o dobrych parę stopni. Dziewczyna wybałuszyła oczy niczym pięć galeonów, mrugając po chwili niespokojnie. Dla pewności uszczypnęła się w nadgarstek, jakby to miało rozwiązać całą tę dziwną sytuację. Jednak się pomyliła. Oj i to bardzo.


    - Zamknij usta Granger, bo nie wyglądasz zbyt inteligentnie – poczuła się jak na zajęciach z eliksirów. Ten głos mógł należeć tylko do jednej osoby...

    - Merlinie... profesor Snape? - wyrzuciła chyba z siebie zbyt entuzjastycznie, bo spotkała się z pytającym spojrzeniem mężczyzny. - Pan... pan żyje!

    - Żyję i mam się dobrze – dodał lekko poirytowanym głosem.


    Szybko rzuciła na niego okiem, jakby miała samą siebie przekonać, że profesor, który umierał na jej oczach, wrócił do żywych. Mężczyzna wyglądał jak sprzed dwóch laty - te same kruczoczarne włosy, hebanowe oczy i haczykowaty nos.  Zdecydowanie brakowało przerażającej czarnej szaty. Zamiast niej ubrany był w szarą koszulę z podwiniętymi rękawami aż do łokci i zwykłymi czarnymi spodniami - wyglądał jak przeciętny mugol. Spojrzała na przedramię mężczyzny, ale po Mrocznym Znaku zostały prawie niewidoczne blizny.

    Oczywiście nie pasowała mu ta sytuacja. Nawet w najczarniejszych snach, nie spodziewał się, że spotka byłą uczennicę, a to w dodatku przyjaciółkę Harry'ego Pottera! Tego samego chłopaka, któremu oddał swoje wspomnienia. Poczuł zaplatający się w żołądku supeł. Jeśli chłopak skorzystał z Myśloodsiewnii, a na pewno to zrobił, to musiał się podzielić wspomnieniami z pozostałą dwójką. Przecież Potter nie byłby sobą, gdyby nie wypaplał wszystkiego swoim giermkom. Był pewny, że panna Granger, poznała jego tajemnice, a to nie bardzo mu się podobało.


    - Ale jak to możliwe, profesorze? - spojrzała na niego, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.

    - Magia, panno Granger, magia.


    Hermiona nie mogła tego pojąć. Przecież widziała go, jak umierał we Wrzeszczącej Chacie. Była tam! Zmarszczyła nos, intensywnie analizując obecną sytuację. Musiała mieć do czynienia z duchem, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że człowiek, który powinien być martwy, stał nad nią, jakby gdyby nic się nie stało.


    - Co tu robisz? - zapytał, rozglądając się po księgarni. W osłupieniu była, kiedy zwrócił się do niej na ty. – Mógłbym przysiąc, że będziesz nauczała w Hogwarcie.

    - Ja... ja pracuje tutaj – odpowiedziała, unikając ostrego wzroku mężczyzny.

    - Od kiedy? - oh, a co to za różnica, pomyślała.

    - Od roku, jak się tu przeprowadziłam po ukończeniu szkoły.

    - Byłem tutaj tydzień temu, ale nie widziałem cię.

    - Pan profesor był tutaj? - powtórzyła powoli.

    - To takie dziwne? Ludzie kupują książki – rzucił, patrząc na nią z ukosa.

    - Oh no tak... - dodała, czując zakłopotanie.

    - Była jakaś... starsza kobieta.

    - To pani Morgan, właścicielka.

    - A ty gdzie byłaś? - skąd tyle pytań, pomyślała.

    - W Australii... - spuściła wzrok, udając, że szuka czegoś ważnego w papierach. Poczuła rosnącą gulę w gardle, a oczy napełniły się ponownie łzami. Zajęło jej chwilę, aby uspokoić rozbiegane emocje. Wzięła spokojny wdech. - Przed wojną wymazałam rodzicom pamięć, by uchronić ich przed Voldemortem, teraz... próbuje ich odnaleźć.



    Nie odpowiedział. Patrzył na nią z podziwem? Tak, to chyba dobre słowo. Nie sądził, że była Gryfonka będzie gotowa zrobić tak duży krok, aby ochronić swoją rodzinę. Ciężko było mu się przyznać samemu przed sobą, ale zaintrygowała go.


    - Dasz radę, Granger – przerwał nienaturalną ciszę. Wyciągnął kilka banknotów z portfela, położył je na blacie i chwycił za książkę.

    - Zobaczymy się jeszcze profesorze? - spojrzał na nią jakby spadła z choinki. Ona sama poczuła się nad wyraz głupio. Co jej przyszło do głowy, by zadać tak niemądre pytanie? Mężczyzna obrócił się, spoglądając ostatni raz na kobietę i wyszedł ze sklepu na zalaną słońcem ulice.




~*~

Dzień dooobry! ♥

Po długiej przerwie wracam do Was z nowym rozdziałem. Ta historia Sevmione jest nieco inna niż ta, opisana na Narkotyku. Mimo to mam nadzieję, że również spotka się z Waszym uznaniem!

Jak się podobał rozdział? Jak wrażenia? Jestem strasznie ciekawa Waszej opinii.

Gdyby ktoś zechciał być informowany jako pierwszy o najnowszym rozdziale - zostaw proszę taką informację z kontaktem do siebie w komentarzu. (z chęcią przyjmę maile, będzie to najszybszy sposób komunikacji)


Tęskniłam za Wami!

Całuje, Jazz ♥