czwartek, 5 sierpnia 2021

Rozdział 16 - Płonący antrykot

  Ten nieplanowany nocny dyżur był wyczerpujący dla Malfoya. Co rusz przybywali na oddział nowi pacjenci potrzebujący natychmiastowej opieki Uzdrowicieli. Poprzez ukrojoną tego wieczoru kadrę medyczną biegał z jednego oddziału na drugi, a na koniec asystował przy stole operacyjnym. Po ciężkiej nocy ściągnął z siebie biały kitel i wrzucił go do pojemnika, który od razu oczyścił i zdezynfekował odzież ochronną. Następnie w magiczny sposób fartuch wisiał już w jego gabinecie, czekając na kolejny dzień. Zgarnął z biurka dokumentację medyczną, którą uzupełniał przez najbliższą godzinę i opuścił swój gabinet, zabezpieczając go zaklęciem. Zostawił w pokoju pielęgniarek dokumenty i pożegnawszy się z nimi skinieniem głowy, opuścił Oddział Urazów Pozaklęciowych, na którym spędził ostatnie kilka godzin.


Niebo nad Londynem zaczynało przybierać pomarańczowy odcień, to słońce leniwie wznosiło się ku górze. Przymknął powieki, słysząc delikatny śpiew ptaków, a jeszcze ciepły, sierpniowy wiatr delikatnie rozwiał platynowe włosy mężczyzny. Skierował się w boczną alejkę, a tam, pomiędzy dwoma budynkami teleportował się na granicę Hogwartu czując charakterystyczne szarpnięcie w okolicy pępka. Przeszedł dość szybkim krokiem przez błonia, widząc w oddali Wieżę Astronomiczną, która widniała na tle majestatycznego zamku. Przez całą noc biegania pomiędzy oddziałami niedane mu było nawet na moment pomyśleć o Granger, która zapewne wciąż znajdowała się w zamku, oczekując jego powrotu. Jakiś głosik w jego głowie podpowiadał mu, że dziewczyna wciąż się tam znajduje, że nie znalazła w sobie tyle odwagi, aby poprosić Pottera czy innego z jej przyjaciół o pomoc w teleportacji.


Najciszej jak potrafił, wdrapał się na Wieżę Astronomiczną. Przez krótką chwilę sądził, że Granger musiała opuścić zamek razem z Potterem, gdyż w pierwszej sekundzie jej nie zauważył. Dopiero gdy wszedł na środek drewnianego parkietu, ujrzał ją śpiącą w fotelu. Zwinięta ona była w kłębek a włosy z niegdyś idealnie ułożonego koka, rozsypane były wokół, nie pozostawiając nic po swego czasu dbale wykonanej fryzurze. Nie musiał podchodzić bliżej by zauważyć, że płakała. Policzki miała opuchnięte, a oczy również mocno były zaakcentowane. Resztki rozmazanego tuszu kłębiły się wokół kącików oczu, a on poczuł wyrzuty sumienia. Nie powinien zostawiać jej samej na całą noc. Mógł przecież sam znaleźć Pottera, albo dostarczyć ją do kamienicy, gdzie spędziłaby ten czas ze swoim sierściuchem.


Minął fotel, w którym spała i oparł się o barierki, spoglądając na słońce, które coraz wyżej wznosiło się w górę. Zawędrował myślami do Ministerstwa i jego nieudanych próbach utworzenia oddziału psychiatrycznego. Tyle walki jeszcze go czekało, by banda pożal się Merlinie pracowników Ministerstwa, uznała utworzenie nowej dziedziny psychiatrii w magicznym świecie za konieczność, a nie wymysł młodego Uzdrowiciela. Wypuścił ciężko powietrze, czując wzrastającą w nim bezradność.


- Wróciłeś – usłyszał jej cichy, zaspany głos. Obrócił głowę, spoglądając na nią, zapewne słyszała, jak wspinał się po schodach.

- Właśnie skończyłem dyżur – odszedł od barierek i zasiadł w drugim fotelu. Na stoliku zauważył nietknięte przekąski. Nic nie zjadła przez całą noc. Chciał cicho liczyć, że może zakradła się nocą do kuchni i podebrała parę kanapek, wesoło rozmawiając ze skrzatami, ale to już nie była ta sama dziewczyna, którą znał za czasów szkolnych. Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku.

- Jak było? - zapytała, zakładając za ucho kosmyk włosów. Draco uśmiechnął się lekko pod nosem.

- Dość intensywnie – również mogła zauważyć, że był zmęczony. Miał podkrążone oczy, a jego idealna zawsze cera była poszarzała. - Nie byłaś głodna?

- Niezbyt – wzruszyła ramionami, wpatrując się na stolik pełen przekąsek, który Draco wyczarował poprzedniego wieczoru.

- Trzymaj – z kieszeni marynarki wyciągnął paczkę chusteczek. Niepewnie ją przyjęła, spoglądając na nie, to na chłopaka niewiele rozumiejąc. - Rozmazałaś się lekko – wytłumaczył spokojnie, pokazując własne oko.

- Oh… przepraszam – rzuciła zmieszana. Kompletnie zapomniała, że przepłakała cały poprzedni wieczór. Spuściła głowę, czując rozgrzane ze wstydu policzki. Zagryzła od wewnętrznej strony policzek, czując, że łzy zbierają się jej do oczu. Tak strasznie walczyła ze sobą, nie chcąc pozwolić, aby wspomnienia poprzedniej nocy, ponownie nią zawładnęły. Starała się zrobić wszystko, aby nie móc patrzeć na Lunę, Neville’a, czy profesora Snape’a, którzy ukazali się jej przed oczami.

- Chcesz o tym porozmawiać?

- Ja… - zacisnęła mocno powieki, po czym wzięła głęboki wdech. - Dziękuje, ale to nic takiego – starała się zachować spokojny ton. Ślizgon wpatrywał się w nią uważnie a Hermiona, zdała sobie sprawę, że on wie, że kłamie. Lekko zmrużył oczy, opierając się w fotelu. Zapadła między nimi dość długa i krępująca cisza.

- Oczywiście, nie musimy o tym rozmawiać – odezwał się w końcu. Jego głos był spokojny, a Hermiona poczuła dziwną ulgę, oblewającą całe jej ciało. Chyba coraz bardziej zaczyna przekonywać się do tego chłopaka. Doskonale wiedział, w którym momencie najlepiej odpuścić.

- Chcesz zostać do końca zjazdu absolwentów?

- A ty?

- Zapytałam pierwsza – rzuciła lekko z przekąsem. Nasączyła chusteczkę w wodzie, która była w dzbanku i usunęła za jej pomocą resztki rozmazanego tuszu. - Więc jak?

- Mogę zostać, nie mam nic przeciwko. A ty?

- Ma być mecz Quidditcha. Wiem, że Harry strasznie chce wziąć w nim udział – spojrzała na niego. - Harry pomógł mi przy otwarciu księgarni. Tak samo Ron i Ginny. Chciałabym, chociaż w taki sposób im się odwdzięczyć.

- A mi już nie będziesz kibicować, jeśli będę grać? - zaśmiał się lekko, a Hermiona nie mogła oderwać wzroku od jego oczu. Dlaczego nigdy nie mogła bardziej poznać tego chłopaka, który bądź co bądź, był nawet ludzki, pomijając całą tę arystokracką otoczkę wokół niego. Uśmiechnęła się lekko.

- Sądzę, że Harry mógłby być zazdrosny – zażartowała.

- Wiesz o tym, że Gryffindor i Slytherin grają razem przeciwko Ravenclaw i Hufflepuff? - Hermiona wzruszyła ramionami. - Więc Potter nie będzie zazdrosny. Gramy w jednej drużynie.

Hermiona oczywiście nie chciała brać udziału w meczu Quidditcha. Nigdy nie rozumiała fascynacji i ogólnego zachwytu tym dziwnym sportem. Chciała to zrobić dla swoich przyjaciół, móc, chociaż w ten sposób im podziękować za ich wsparcie, które okazali jej podczas otwarcia Oczytanej. Bez ich pomocy na pewno poległaby tamtego dnia.


Malfoyowi też chcesz podziękować, zaskrzeczało jej wewnętrzne dziecko, a ona musiała się niestety z nim zgodzić. Nie rozumiała tego uczucia, ale wiedziała, że chce w jakiś sposób być dla Malfoya podczas meczu, chociaż brzmiało to kuriozalnie. To dzięki niemu zjawiła się na zjeździe absolwentów. To on pomógł jej opanować strach przy ataku paniki, którego doświadczyła, ujrzawszy babcię Neville’a. Nie chciała być w jego oczach księżniczką w opałach wciąż potrzebującą wsparcia i pomocy. Wiedziała, że dla niego zjazd absolwentów również jest ważny. Był tutaj całkowicie sam, wszyscy jego przyjaciele zginęli w Bitwie o Hogwart. I teraz przyszło mu się użerać ze Smarkatą Granger. Jeśli chociaż tak mogła mu się odpłacić swoją obecnością na meczu, to da radę. Mimo że czuła jak demony przeszłości zaczynają kąsać jej duszę. Czuła jak drży od środka na samą myśl o spędzeniu jeszcze co najmniej kilku godzin w murach Hogwartu, wśród magii, od której chciała uciec jak najdalej stąd. Uciec z miejsca, w którym wydarzyło się tak wiele zła.


- To co, zbieramy się? - zapytała, ukrywając strach, który zaczął odbierać jej tlen.


Nie sądziła, że potrafi tak szybko chodzić, jeśli w grę wchodziło unikanie wścibskich spojrzeń wywołanych jej osobą. Hermiona zastanawiała się ile osób, pamięta jej nagłe wyjście z Wielkiej Sali. Czy ktoś w ogóle je zauważył? A co jeśli stała się tematem plotek na śniadaniu wszystkich zebranych w Hogwarcie?


- Nie myśl tak o tym – odezwał się niespodziewanie Malfoy, kiedy wychodzili na błonia. Spojrzała na niego lekko zdezorientowana. - Nikt nie zwrócił wczoraj na ciebie uwagi.

- Czytasz mi w myślach? - zapytała z przekąsem, patrząc na niego z ukosa.

- Widać po tobie, o czym myślisz – powiedział spokojnie, przeczesując palcami platynowe włosy.

Resztę drogi pokonali w milczeniu. Potem jak w transie Hermiona wspinała się po trybunach by usiąść w dość odosobnionym kącie bez wścibskich wspomnień. Naciągnęła kaptur złotej peleryny, chcąc, chociaż w taki sposób uchronić samą siebie, poczuć się bardziej bezpiecznie.


Na środek boiska weszła Pani Hooch. Kobieta pomimo sędziwego wieku nic się nie zmieniła. Jej włosy były krótkie, szarawego odcieniu, sterczące we wszystkie strony, a intensywność żółtych oczu, przypominało spojrzenie jastrzębia. Ubrana była w białą koszulę, na której dumnie widniał krawat z herbem Hogwartu. Czarny płaszcz złowrogo powiewał na wietrze, przypominając Hermionie o jedynym płaszczu, który wzmagał u niej takie odczucia. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca, więc zagryzła policzek, starając się odsunąć od siebie te odczucia. Rolanda założyła gogle ochronne i zwróciła się do zawodników, zebranych wokół niej. Hermiona była pewna, że kobieta wspomina o czystej i uczciwej grze fair-play. Mimo swojej surowości Madame Hooch zawsze potrafiła zyskać sympatię u uczniów, nigdy nie faworyzując innych. Zapewne było to dość dziwaczne uczucie dla kobiety móc ponownie spotkać się ze swoimi byłymi uczniami. Wszyscy zebrani wokół dawnej profesorki roześmiali się głośno, a Hermiona przez moment zazdrościła im tej beztroski. Wśród nich zauważyła Malfoya, wyglądał na odprężonego i o dziwo zamienił parę słów ze stojącym obok niego Harrym. Nagle Malfoy przeczesał wzrokiem trybuny i zobaczył ją siedzącą w najbardziej oddalonym rogu trybuny. Jak gdyby nic wyciągnął rękę ku górze i pomachał jej, a Hermiona czując lekkie zakłopotanie, jedynie spłonęła rumieńcem i również uniosła na moment dłoń ku górze, aby nie zwrócić na siebie spojrzeń innych czarodziei siedzących nieopodal.


Dźwięk gwizdka Madame Hooch sprawił, że wróciła do rzeczywistości. Kobieta kopnęła w wielką skrzynię znajdującą się na ziemi, a ta po chwili otworzyła się i wyleciały z niej dwa tłuczki i znicz. Ostatni wyleciał w górę kafel. Graczy było dwa razy więcej niż zazwyczaj, poprzez złączenie drużyn więc po chwili koło kobiety zmaterializowała się jeszcze jedna skrzynia, z której ponownie wzniosły się w górę dwa tłuczki, znicz i kafel.


Zaczęło się, wszyscy poderwali się z trybun, klaszcząc i wiwatując, a Hermiona siedziała przerażona, prosząc Merlina, by skończyło się to jak najszybciej. Szybujące w powietrzu miotły przypominały jej latające zaklęcia podczas Bitwy o Hogwart. W uszach zawdzięczał jej kolejny gwizdek, który był niczym, innym niż wysadzanie muru. Coś błysnęło jej przed oczyma. To był Harry na swojej starej błyskawicy, machał do niej. Jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął, widząc w oddali jednego z dwóch zniczy. Głośny wiwat i zachwyt tłumu zwrócił jej uwagę. To kafel wpadł przez jedną z trzech obręcz. Gryffindor wraz ze Slytherinem zdobyli dwadzieścia punktów. Coś zbliżało się w jej stronę, czyżby to była Avada? Mknęło w zastraszającym tempie, a Hermiona poczuła spływający wzdłuż kręgosłupa zimny pot. Zaklęcie zbliżało się w jej stronę, szybowało niczym błyskawica. Zamknęła oczy, przyciskając do siebie torebkę, jakby była tarczą ochronną. Nagle nastąpił głośny huk. Otworzyła oczy, to Ginny odbiła tłuczka tuż przy jej głowie. Uśmiechnęła się przepraszająco i zniknęła w obłokach chmur.


Duchem starała się być dla nich, aktywnie uczestniczyć w jedynym takim meczu, pokazać im swoje wsparcie i móc cieszyć się razem z nimi. Jednak jej myśli decydowały za nią, pragnąc uciec jak najdalej stąd, jak najdalej z boiska do Quidditcha, od tego majestatycznego zamku, jakim był Hogwart. Demony przeszłości sterowały nią, niczym marionetką, targając ukrywanymi przed całym światem emocjami. Poczuła na ramieniu delikatny dotyk. Było to jej wewnętrzne dziecko, które spoglądało na nią smutnymi oczami. Mogła ujrzeć w ich wnętrzu pustkę, która spowodowała nieprzyjemne dreszcze na całym ciele. Wewnętrzne dziecko wskazało dłonią na torebkę, którą wciąż mocno ściskała do piersi. Hermiona wiedziała, o co chodzi jej wewnętrznemu dziecku i już po chwili trzymała w dłoniach fotografię, którą zabrała z prywatnych kwater mężczyzny. Nie było to magiczne zdjęcie, nie poruszali się na niej, ale oczami wyobraźni mogła widzieć minę mężczyzny tuż po zrobieniu tego zdjęcia. Pamiętała jak dziś, jak Snape był oburzony za haniebny czyn, który uczyniła. Poczuła, jak wargi wygięły się w delikatny, nieco nieśmiały uśmiech na to wspomnienie. A potem, jak kubeł zimnej wody poczuła zaciskający się supeł w żołądku, gdy tylko dotknęła opuszkami palców fotografii.


~*~


Nie było w tym nic dziwnego, że to właśnie Harry i Malfoy złapali znicze, kończąc tym samym rozgrywający się mecz. Po południu z głośnym pyknięciem znaleźli się w salonie Hermiony. Krzywołap, gdy tylko usłyszał charakterystyczny dźwięk teleportacji, wskoczył na ręce swojej pani, domagając się uwagi. Spojrzał spod łebka na Malfoya, jakby chciał mu powiedzieć: co tak długo? Ślizgon jedynie zaśmiał się, głaszcząc kota za uchem.


- Jestem padnięty, będę się już zbierać – odezwał się Draco, gdy Krzywołap zeskoczył z rąk swojej pani. - Jutro z rana zaczynam kolejny dyżur.

- Malfoy… - jej głos był cichy i nieco niepewny. Spojrzał na nią łagodnie, jakby chciał przesłać w jej stronę odrobinę wsparcia. Hermiona uniosła lekko kąciki ust w górę, wyczuwając tę dziwną energię, której nie potrafiła opisać. - Dziękuję ci.

- Nie masz za co dziękować – przeczesał palcami platynowe włosy. - Obiecujesz dzwonić, gdyby coś się działo? Masz mój numer.

- Jasne – kiwnęła głową. - Obiecuję.

- Trzymam cię za słowo – zaśmiał się delikatnie. - Do zobaczenia - ścisnął delikatnie jej bark, jakby na dodanie otuchy, a w następnej sekundzie zniknął, rozpływając się w powietrzu.

- I znów zostaliśmy sami – zwróciła się w stronę Krzywołapa, który władczo leżał na fotelu.

Wzięła prysznic, przebrała się w nieco wygodniejsze ubranie i usiadła na kanapie. Chwyciła kieliszek z winem, które udało się jej znaleźć w jednej półce, której o dziwo Malfoy nie przeszukał ostatnim razem w poszukiwaniu jedzenia. Sączyła delikatnie wino, głaszcząc Krzywołapa za uchem. Nagle, tak niespodziewanie poczuła ogarniający ją smutek, gdy zdała sobie sprawę, że Krzywołap nie jest już młodym kotem. Próbowała odepchnąć od siebie myśl, że któregoś dnia może go zabraknąć, a ona zostanie na tym świecie zupełnie sama ze swoimi demonami i nachmurzonym wewnętrznym dzieckiem, które właśnie spoglądało na nią nieprzychylnie. Zagryzła wargę do krwi, starając się odsunąć od siebie nieprzyjemne myśli.


Chwyciła torebkę, która wciąż leżała na sofie i wyciągnęła z niej fotografię. Nie wiedząc czemu, poczuła dziwną ulgę. Taki mały kawałek przeszłości mógł być razem z nią w Londynie, a nie w opuszczonych kwaterach profesora Snape’a. Przyszła jej jeszcze jedna mała myśl, że mogła zabrać ze sobą również swój kubek w barwach Gryffindoru, ale nie wiedziała, jakby się wytłumaczyła Malfoyowi z wypchanej po same brzegi torebki. Pewnie nie uwierzyłby jej, że sama wybrała się w przechadzkę do dawnego dormitorium, skąd by mogła zabrać swoją własność. Schowała torebkę do szafy, a fotografię wrzuciła do szafki nocnej tuż obok jakiejś niedawno zaczętej książki. Ponownie wróciła na sofę, sącząc wino, a jej myśli zaczęły biegać tylko w im znanym kierunku.


Krzywołap gwałtownie zeskoczył z kanapy i podbiegł w stronę drzwi, przeraźliwie miaucząc. Niedługo potem Hermiona usłyszała dzwonek do drzwi. Chciała zasłonić poduszką twarz i udawać, że nie ma jej w mieszkaniu, że wcale nie istnieje, ale z Krzywołapem tak łatwo być nie mogło. Pokrzyżował jej plany, drapiąc niemiłosiernie w drzwi. Westchnęła ciężko, odkładając kieliszek na stolik.


- No już Krzywołap, uspokój się – upomniała kota, gdy ten nie przestawał drapać w drzwi, będąc dziwnie podekscytowanym. Wzięła go na ręce, absolutnie nie mogąc zrozumieć zachowania swojego kota, który zawsze był obojętny na dzwonek do drzwi, czy wizyty listonosza. Chwyciła za klamkę a powietrze, jakby zgęstniało. - Ojejku, Merlinie...

- Wystarczy profesorze – jak gdyby nigdy nic w progu drzwi stał niczego sobie Snape. W dłoniach trzymał ogromną papierową siatkę, z której mogła zauważyć wystającego pora i bagietki. - Mam tak stać na korytarzu? - upomniał się wrednie, spoglądając na nią spod byka. Zdała sobie sprawę jak przez te kilka dni, brakowało jej tego głosu.

- Nie, oczywiście, że nie – otworzyła szerzej drzwi. - Zapraszam.

- No już sierściuchu – odstawił na podłogę siatkę, a Krzywołap od razu zeskoczył z ramion Hermiony i zaczął ocierać się o nogę mężczyzny, wesoło machając ogonem. Snape przejechał parę razy dłonią po miękkim futrze, a Krzywołap wyglądał jakby, właśnie znalazł się w siódmym niebie, gdyż zaczął lekko pomrukiwać pod nosem.

- Ze mną się tak nie przywitał – powiedziała lekko urażona Hermiona, spoglądając na kota.

- Kiedy wróciłaś? - zapytał ot, tak Snape prostując barki. Od razu wyczuła tak dobrze jej znane perfumy. Zadrżała. Podniósł w charakterystyczny dla niego sposób brew ku górze, oczekując odpowiedzi.

- Jakieś dwie godziny temu.

- Nie mamy czasu, chodź – powiedział Snape, kierując się do kuchni.

- Czasu, ale na co? - podążyła za nim lekko zdezorientowana. Nie wiedziała, czy była zdziwiona zachowaniem Krzywołapa, który był wręcz uradowany przybyciem gościa, czy może nagłą wizytą Snape’a, czy tym, że mężczyzna poruszał się po jej mieszkaniu tak swobodnie, jakby czuł się u siebie. - Profesorze?

- Jestem strasznie głodny, zjemy coś – powiedział to tak swobodnie, jakby mówił o jutrzejszej pogodzie. Mogła zauważyć jego spojrzenie, gdy lustrował jej ciało, a ona nie wiedząc czemu, poczuła się nieswojo. Przyłapała go, gdy zatrzymał dłużej spojrzenie na jej drobnych ramionach, jakby chciał tylko dodać, że powoli znika w oczach. Hermiona przełknęła gulę w gardle, wyobrażając sobie kolejną rozmowę na temat jej odżywiania, na którą wcale nie była gotowa.

- Mam tylko masło orzechowe profesorze – wzruszyła ramionami.

- A podobno taka inteligentna – wskazał dłonią na siatkę, którą przyniósł ze sobą.

- Ale co pan robi profesorze – zdziwiła się, gdy zaczął wyciągać wszystko na blat, a następnie chować produkty do szafek czy lodówki. Kiedy zrozumiała, co właśnie się stało, w kilku krokach znalazła się w salonie. Z portfela wyciągnęła kilka banknotów, które po chwili wcisnęła w dłoń mężczyzny. - To za zakupy.

- Na głowę upadłaś Granger – prychnął, wciskając banknoty w kieszeń dresów, które miała. Ta nagła bliskość pomiędzy nimi była tak dziwnie ekscytująca, że Hermiona poczuła rozgrzane policzki. Mogła zauważyć jak jej wewnętrzne dziecko, uciekło do kąta, chowając zarumienioną twarz. Usłyszała prychnięcie gościa, gdy chciała wcisnąć dłoń w kieszeń spodni i wyciągnąć z nich banknoty. - Nawet się nie waż – upomniał ją ostrym tonem.

- Ale profesorze! - fuknęła zirytowana.

- Pozmywasz naczynia po kolacji, będziemy kwita.

Nie pozostało jej nic innego, jak oprzeć się o blat kuchenny i patrzeć jak Snape swobodnie przemieszcza się po jej kuchni. Pozwoliła sobie zatrzymać na nim dłuższe spojrzenie, gdy właśnie sprawdzał jej szafki kuchenne. Granatowe spodnie i biała koszula z podwiniętymi rękawami były dla niej czystym zaskoczeniem. Hermiona zdała sobie sprawę, że po wojnie profesor Snape posiadał coraz więcej kolorów w swojej garderobie, a to w jakiś sposób podobało się jej. Co prawda w czerni wygląda poważnie, ale biel niezwykle podkreśla blask jego oczu. Blask jego oczu, powtórzyło jej wewnętrzne dziecko, machając na nią złowrogo palcem. Uspokój się panienko, dodało jeszcze na koniec, a Hermiona poczuła, jak jej kąciki ust unoszą się lekko w górę.


- Co tak się uśmiechasz głupio? - zapytał, jak zawsze miłym tonem profesor Snape. Nawet nie zauważyła, że umył ręce i wycierał dłonie w ręcznik kuchenny, spoglądając na nią surowo. - Gdzie masz noże?

- W szafce za panem – wskazała dłonią.

Nagle poczuła, jak spada przez ciemną otchłań oceanu. Czas jakby stanął w miejscu gdy Snape wyciągnął z szafki czarny materiał. Położył go na blacie, a ona mogła zauważyć jak żyła na jego skroni, zadrżała minimalnie. Przejechał dłonią po ciemnym materiale futerału ochronnego, posłał Granger krótkie spojrzenie, ale nie odezwał się ani słowem. Otworzył materiał, a noże ze stali nierdzewnej połyskiwały w świetle kuchennego światła.


Hermiona szybko nalała wody do szklanki i zamoczyła w niej usta, czując zbierającą się w niej panikę. Snape do tej pory się nie odezwał, co było naprawdę dziwne i niepodobne do niego. Wyciągnął jeden z noży i położył poziomo na swojej dłoni, uważnie na niego spoglądając.


- Są wyważone idealnie – powiedział to samo zdanie, jak sprzed kilku laty, gdy pokazał jej kolekcje swoich noży. - Skąd je masz?

- Noże? - dopytała. - Dostałam w prezencie – wzruszyła ramionami.

- Od kogo?

- Od pana profesorze, pomyślała gorączkowo, jednak szybko zbeształa się myślach. - Dostałam je od starego przyjaciela, za jakąś przysługę, już nawet nie pamiętam za jaką – machnęła dłonią.

- Twój przyjaciel zna się na rzeczy – odpowiedział głębokim tonem Snape. - Wiesz co to za noże?

- Yyy no noże, po prostu noże.

- Granger – zrobił krok w przód, nie spuszczając z niej wzroku. Intensywność spojrzenia, z jaką na nią spoglądał, spowodowała, że zabrakło jej tchu. - Są to profesjonalne japońskie noże, wykonane ze stali nierdzewnej. Najlepsze z najlepszych, jakie można dostać na rynku.

- Ooo nawet nie wiedziałam – udała zdziwioną i sama chwyciła najmniejszy nóż, starając się wyglądać na zainteresowaną. - Kto by pomyślał - mruknęła pod nosem oglądając go z każdej strony.

- Naprawdę się dziwię Granger, że nic o nich nie wiesz – rzucił na nią chłodne spojrzenie. - Masz w swojej kuchni jedne z najlepszych narzędzi pracy, jaką mogą mieć mugolscy szefowie kuchni, a ty ich nawet nie używasz. Wyglądają na nietknięte.

- Nie potrafię gotować – wzruszyła ramionami.

- To nie jest wcale takie trudne, wystarczy mieć odrobinę wyczucia smaku i fantazji – powiedział Snape, podwijając rękawy.

- Więc od czego zaczynamy? - zapytała spinając włosy w ciasnego koka, jak za czasów ich wspólnej pracy podczas warzenia eliksirów. Pamiętała jak dziś, gdy zbeształ ją pierwszego dnia za rozpuszczone włosy, które sterczały we wszystkie strony. Uśmiechnęła się pod nosem na to wspomnienie.

- Będziesz pomagać, czy przeszkadzać, Granger? - zapytał poważnie, a Hermiona nie wiedząc czemu, roześmiała się na głos. - Wiedziałem – skomentował jej reakcje. - Jakbyś chciała, możesz mi nalać coś do picia, a ja zajmę się resztą.

- Na co ma pan ochotę profesorze? Może wino?

- Czerwone?

- Tak. Tym razem mam półsłodkie, ale powinno panu smakować – uśmiechnęła się delikatnie.

- Powiedzmy, że ci ufam – odpowiedział, wyciągając antrykot z lodówki.


Siedziała na blacie kuchennym, uważnie obserwując każdy ruch mężczyzny. Snape wyglądał jakby przebywanie w kuchni, było dla niego czymś naturalnym, jakby właśnie stał w pracowni swojego domu w Rye i mógł warzyć skomplikowane eliksiry. Wyglądał na skupionego, a każdy ruch nadgarstka przy krojeniu czy siekaniu był godny podziwu, że Hermiona dziwiła się, z jaką szybkością operuje ostrzem noża. Gdyby tylko spróbowała naśladować jego ruchy, zapewne byłaby już bez palców. Wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem była pod ogromnym wrażeniem, z jaką gracją krzątał się bezszelestnie, to podpalając patelnię, a to przyprawiając mięso. Jego gesty, czy styl bycia, były tak wyważone, że Hermiona była pewna, że Snape nie robi tego po raz pierwszy.


W międzyczasie gdy Snape kontrolował jedzenie, Hermiona włączyła telewizor, przeszukując wszystkie programy. Koniec końców trafiła na muzyczną listę, gdzie w tle rozbrzmiała gorąca lista hitów lat 80. Wpatrywała się w teledysk Take on me, zespołu Aha, gdy nagle wyczuła czyjąś obecność przy sobie. Wcale nie miała wyostrzonego słuchu, wystarczyło, że do jej nozdrzy doleciał zapach tak dobrze jej znanych męskich perfum i już wiedziała z kim ma do czynienia. Przełknęła ślinę, starając się zatrzymać tę woń jak najdłużej w pamięci.


- Wiesz, że początkowo zespół Aha nagrał inną wersję tego utworu, która rozeszła się zaledwie w nakładzie 300 sztuk? - stał tuż za nią, z ręcznikiem kuchennym przewieszonym na barku.

- Ale w końcu piosenka stała się hitem.

- Masz rację – pokiwał głową. - Poprawiona wersja utworu trafiła do sprzedaży i zawojowała listy przebojów. W 1985 roku zespół stał się popularny niemal na całym świecie.

- Wiele pan wie o mugolskiej muzyce.

- Wychowałem się wśród mugoli – odpowiedział Snape, wracając do kuchni. - O i to właśnie jest piosenka o mojej udręce z tobą!

- Słucham? - zapytała zdezorientowana, podążając za nim do blatu kuchennego. Snape w zabawny sposób prychnął pod nosem i wskazał na ekran telewizora, gdzie właśnie pojawił się zespół The Clash z piosenką Should I Stay or Should I Go. - Nie rozumiem? - zapytała zdezorientowana.

- No właśnie Granger, tylko ja tutaj pracuję, więc powiedz mi: Should I stay or should I go? – zapytał, podążając za wokalistą, spoglądając na nią w tak perfidny sposób, że poczuła, jak nogi zaczynają być z waty. W tym momencie cała pewność jej wewnętrznego dziecka wyparowała. Chociaż wiedziała, że żartuje, nie mogla pozbyć się przeświadczenia, że musi mieć niezły ubaw z jej przerażonej miny.

- Przecież powiedział pan, że sobie poradzi – rzuciła nieśmiało pod nosem, czując ciepło na policzkach. Snape zatrzymał spojrzenie na jej zarumienionej twarzy, a potem na jej oczach. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, coś dodać, ale w końcu uniósł brew ku górze. - Profesorze… - wyszeptała, czując wciąż palące spojrzenie mężczyzny. Snape wyglądał, jakby się obraził, gdzie rzucił ręcznikiem kuchennym i zaczął kierować się w stronę drzwi.

- Granger? - zapytał na odchodnym.

- Antrykot zaraz się przypali – to podziałało jak kubeł zimnej wody. Snape szybko odwrócił się na pięcie i w ostatniej chwili przewrócił mięso na drugą stronę. Spojrzał na nią spod byka, jakby chciał zaznaczyć, że jest to jej wina.


Should I stay or should I go now? If I go there will be trouble, And if I stay it will be double. So you gotta let me know, Should I stay or should I go? Zaśpiewał wokalista, a Snape uniósł palec ku górze, jakby chciał zaznaczyć, że ostatnia zwrotka utworu idealnie opisała całą obecną sytuację.


- Co złego to nie ja – uniosła ręce w górze, śmiejąc się delikatnie.


~*~


Snape spoglądał na siedzącą naprzeciwko niego Granger, próbując rozwikłać zachowanie dziewczyny. Już na samym początku zauważył różnicę, jaka w niej zaszła. Widział jaka siedzi spięta, co chwila, zakładając w nerwowym geście kosmyki włosów za ucho. Chwycił za kieliszek z winem i przelał resztkę rubinowego alkoholu do ust.


- Jak było na otwarciu księgarni? - zapytał, wyrywając ją z zamyśleń. Spojrzała na niego, wciąż siedząc w innym wymiarze, a kiedy uśmiechnęła się przepraszająco, zapytał raz jeszcze: Jak po otwarciu księgarni?

- Nerwowo – przyznała się szczerze. - Ale nie byłam sama. Harry, Ron i Ginny pomogli mi przy otwarciu.

- Merlinie dzięki ci, że nie zjawiłem się tam – rzucił kwaśno. - Jeszcze Pottera musiałbym oglądać – mruknął do siebie.

- Mam coś dla pana, kompletnie zapomniałam o tym – odpowiedziała, udając, że nie słyszała jego uwagi na temat Harry’ego.

Z półki z książkami wyciągnęła mały podarunek owinięty w szary papier. Usiadła na oparciu sofy i podała mężczyźnie prezent. Spojrzał na nią pytająco, a kiedy kiwnęła zachęcająco głową, chwycił za papier, rozrywając go. Krzywołap oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie usadowił się pomiędzy nimi, oczekując trochę uwagi, więc Snape zgniótł papier w kulkę i rzucił go w kąt pokoju, na co uradowany Krzywołap pobiegł w tamtą stronę. Chwycił za różdżkę, rzucił proste zaklęcie, które cały czas wpędzało kulkę papieru w ruch, przez co Krzywołap biegał w tę i we w tę pragnąc dogonić zaczarowaną zabawkę. Snape oczywiście nie mógł się powstrzymać, by nie mruknąć pod nosem, że Krzywołapowi przyda się trochę ruchu. Spojrzał sugestywnie na wielkiego włochatego sierściucha biegającego po salonie.

- Dedykacja? Dla mnie? - zapytał po dłuższej chwili gdy oderwał spojrzenie od atramentu.

- Pan Hughes promował w dniu otwarcia swoją najnowszą powieść kryminalną. Jest naprawdę świetny w tym co robi, kilka jego pozycji jest bestsellerami.

- Słyszałem o nim – powiedział Snape, kartkując powieść. - Nie musiałaś tego robić, Granger.

- Ale chciałam – wzruszyła ramionami, czując lekkie zakłopotanie. Snape odłożył książkę na stolik, a następnie spojrzał na Granger.

- Dziękuję – i nie wiedząc czemu, zarumieniła się na te słowa niczym piwonia.

- Profesorze za kilka dni wybieram się do Exmouth – odezwała się poważnym tonem, czując ogarniający ją strach. - Jest tam klinika onkologii, w której przebywa pani Morgan. Czy… czy chciałby pan... - mruknęła wyginając palcami.

- Czy chciałbym co?

- Towarzyszyć mi… w odwiedzinach u pani Morgan?

Snape już otwierał usta, aby odpowiedzieć, nim Krzywołap gwałtownie nie zrobił obrotu i pognał pod drzwi, kompletnie zapominając o zaczarowanej kulce papieru. Usiadł na wycieraczce i zaczął przeraźliwie miauczeć, zwracając na siebie uwagę właścicielki. Hermiona spojrzała przepraszająco na gościa i zwlekła się z kanapy, mrucząc pod nosem, że Krzywołap tego dnia nie jest sobą.


- Co jest Krzywołap? - uklękła, głaskając go po gęstym futrze. Ten nie wyglądał, jakby oczekiwał pieszczot, więc czym prędzej wyswobodził się spod dotyku swojej pani i zaczął drapać łapą w drzwi. - Kompletnie nie rozumiem, o co mu chodzi – zwróciła się do Snape’a, który oparł się o ścianę, spoglądając to na nią, to na kota.


Ten nie przestawał chodzić pod drzwiami, miaucząc przeciągle, więc Hermiona spojrzała przez wizjer, ale nikogo tam nie było. Rzuciła ostatnie spojrzenia na kota i już miała odchodzić nim Krzywołap, nie wydał z siebie dość dziwnego miauknięcia. Uniosła brew ku górze, spoglądając na towarzysza.


- Nikogo tam nie ma Krzywołap – zerknęła na niego. - Spójrz – otworzyła drzwi, pragnąc udowodnić kotu prawdę. Ten wychylił łepek za drzwi i już Hermiona myślała, że zamierza uciec, nim nie odwrócił się w jej stronę, trzymając w pyszczku kopertę, którą zgarnął z wycieraczki. - Co tam masz? - przechwyciła od niego zdobycz. Obróciła w dłoniach papier, ale nie był on do nikogo zaadresowany. Podała mężczyźnie kota, który patrzył na nią jakby spadła z choinki. Hermiona wyszła na korytarz i wychyliła się za barierkę, spoglądając w dół. Nie zauważyła nikogo, kto mógłby podrzucić jej kopertę. Już miała odwrócić się na pięcie, nim dobiegł do niej trzask zamknięcia drzwi wejściowych.







~*~


Dzień dooobry! ♥


I oto zjawiam się z nowym rozdziałem. Jestem niezwykle z niego dumna i sprawił mi ogromną przyjemność, kiedy mogłam go tworzyć 💕


Pojawił się długo wyczekiwany profesor Snape. Wierzę, że również tęskniliście za jego niespodziewanymi wizytami u panny Granger. Przyznam się, że ja również! 💕 Będzie już więcej Severusa w kolejnych rozdziałach, nie musicie się o to obawiać 😘


Co sądzicie o najnowszym rozdziale? Będzie mi bardzo miło móc przeczytać parę słów od Was w komentarzu 💕


Również zapraszam Was serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy, 65 rozdział. Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻


Kolejny rozdział już niedługo, także uważnie wyczekujcie sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.

sobota, 19 czerwca 2021

Rozdział 15 - Powrót do przeszłości

   Minęło pół godziny, odkąd zniknął Draco, zostawiając ją na Wieży Astronomicznej. Wypiła do końca chłodną już herbatę i spojrzała na pusty fotel, który jeszcze niedawno zajmował Ślizgon. Jej wewnętrzne dziecko pchało ją do jednego punktu w zamku, a robiło to z taką siłą i premedytacją, że Hermiona nawet nie wiedziała kiedy znalazła się w lochach. Jak przez mgłę pamiętała, jak przemierzała szkolne korytarze, opuszczając Wieżę Astronomiczną. Nawet nie wiedziała, czy spotkała kogoś po drodze, czy z kimś rozmawiała. Była niczym w transie, prowadzona przez swoje wewnętrzne dziecko, które ściskało jej dłoń, przemierzając ciemne i obskurne korytarze podziemi zamku.


Tuż po wojnie kiedy powróciła ukończyć wraz z innymi uczniami rok szkolny, zajęcia z eliksirów zostały prowadzone ponownie przez profesora Slughorna w jednej ze sal na parterze. Horacy nie czuł się na siłach, aby powracać do lochów, tłumacząc się, że nie chce naruszać w żaden sposób strefy byłego profesora eliksirów i byłego dyrektora, jakim był Snape. Tłumaczył się również swoim podeszłym wiekiem i tym, że schodzenie do lochów na zajęcia stało się wyczynem, dla jego starych kości, więc profesor McGonagall użyczyła dla niego jedną ze sal na parterze.



Hermiona nadusiła klamkę, za którą znajdowała się dawna sala do eliksirów, którą użytkował przez wszystkie lata profesor Snape. Zdziwiła się, że klamka ustąpiła pod naciskiem jej dłoni, była pewna, że dyrektor McGonagall nałoży zaklęcia ochronne na tę salę, aby uczniowie nie panoszyli się w niej. Jednak nic takiego się nie stało. Widocznie nikt o zdrowych zmysłach, nie chciał z własnej woli wkraczać do sali eliksirów, w której urzędował niegdyś znienawidzony przez uczniów profesor Snape.


Do jej nozdrzy wdarł się duszący kurz. W sali panował półmrok, ale gdzieniegdzie mogła zauważyć wyposażenie, które nie zostało naruszone w żaden sposób. Wszystko stało na swoim miejscu, jak przed kilku laty, gdy odbywała tu zajęcia. Zupełnie jakby profesor Snape wyszedł zaparzyć sobie mocnej kawy i miał powrócić za moment do sali. Jedynie długi czas nieużytku pomieszczenia mógł zdradzać kurz, który osiadł dosłownie wszędzie, otaczając swoją poświatą wszystkie meble znajdujące się w pomieszczeniu. Hermiona wycofała się z sali, zamykając za sobą drzwi. Poczuła dziwne szarpnięcie w okolicy serca, przypominając sobie wszystkie lata szkolne, które spędziła w tym miejscu.


Rozejrzała się po lochach. Były puste. Ani jednego ducha, ani jednego absolwenta, jakby wszyscy obecni w zamku, bali się przekroczyć granicy tego dość specyficznego miejsca. Znajdowała się tam zupełnie sama ze swoim wewnętrznym dzieckiem, które pociągnęło ją za skrawek długiej sukni, aby tylko na nie spojrzała. Hermiona oczami wyobraźni zerknęła na jej wewnętrzne dziecko, które właśnie uśmiechnęło się do niej nieśmiało, a następnie wskazało dłonią na drzwi oddalone nieco od sali eliksirów.


Gabinet profesora Snape’a, westchnęła w myśli.


Podeszła tam, a klamka, która nigdy nie powinna ustąpić pod naciskiem nieproszonego gościa, nie protestowała. Ze skrzypnięciem weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Przyjemne ciepło rozeszło się po wewnętrznej stronie dłoni, paraliżując ją dreszczem, o którym zdołała już zapomnieć. Nagle pomieszczenie w magiczny sposób rozświetliły świece, które były ustawione na mahoniowym biurku nauczyciela, a także światło rzuciły pochodnie, które wisiały tuż przy wejściu. W gabinecie profesora Snape’a znajdował się kominek, masywne biurko z wygodnym fotelem obitym ze smoczej skóry, a także krzesło dla interesantów, którzy zazwyczaj byli jego uczniami, przebywającymi na szlabany. Za biurkiem widniało ogromne godło Slytherinu, z którego spoglądał dumnie wijący się wąż, na każdego przybysza przekraczającego próg gabinetu Snape’a. Pomimo że nie stała z gadem po raz pierwszy oko w oko, tak za każdym razem powodował te same nieprzyjemne dreszcze rozchodzące się wzdłuż całego kręgosłupa, gdy tylko zawieszała na nim wzrok. Na jednej ze ścian były rozstawione księgozbiory prywatnej kolekcji nauczyciela, o różnej tematyce, zaczynając od magicznych ziół, kończąc na niebezpiecznych skutkach użycia czarnej magii. Na regałach ustawionych tuż przy ścianie były fiolki z różnymi zawartościami części roślin, zwierząt, czy kolorowe mikstury. Ciężkie słoje stały na najniższej półce, skrywając przed niepożądanym obserwatorem swoją zawartość.


Czas również nie oszczędził tego miejsca. Podobnie jak w sali eliksirów, kurz bezwstydnie zadomowił się, okalając wszystkie meble. Podeszła do krzesła, z którego zazwyczaj korzystali interesanci odwiedzający Snape’a. Przejechała opuszkami palców po chropowatym meblu, przymykając powieki, a dreszcz oblał całe jej ciało, od koniuszków palców, aż po cebulki włosów.


To tutaj się wszystko zaczęło, zaskrzeczało jej wewnętrzne dziecko.


Oczami wyobraźni ujrzała młodszą wersję siebie, która weszła do gabinetu profesora eliksirów. Zupełnie jakby zanurzyła się w myślodsiewnii, mogąc powrócić do wspomnień z przeszłości. Zajęła miejsce, które wskazał jej gestem dłoni profesor Snape. Siedział nonszalancko, patrząc na nią nieprzychylnie spod sterty dokumentów, które walały się na jego biurku. Mogła już wtedy wyczuć, jak napięta jest atmosfera pomiędzy nimi.


- Zdajesz sobie sprawę, dlaczego cię tu wezwałem, Granger? - zapytał swoim mrocznym głosem, od którego przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz na plecach.

- Oczywiście profesorze – odezwała się, a jej głos lekko zadrżał. Snape zmrużył oczy, uważnie spoglądając na Gryfonkę. - Na polecenie profesora Dumbledore’a mam panu pomóc w warzeniu eliksirów dla Zakonu.

- Nie uśmiecha mi się korzystać z twojej pomocy, Granger – zaczął swój wywód. - Niestety jako jedyna w tym zamku potrafisz coś więcej niż uwarzenie podstawowego Eliksiru Pieprzowego. Postawmy sprawę jasno – wstał, opierając dłonie o biurko. Jeśli już wcześniej myślała, że atmosfera pomiędzy nimi jest napięta, to teraz, było jeszcze gorzej. Jego ciemne oczy zwęziły się, a czarna szata, która okalała jego ramiona, dodała mu jeszcze większej mroczności. Granger przełknęła ślinę przerażona. - Jesteś na każde moje zawołanie, piątek, sobota, czy niedziela. Wolne dni od szkoły czy święta. Wojna zbliża się wielkimi krokami, a sam nie jestem w stanie się rozdwoić, warząc eliksiry i nauczać tej bandy idiotów jednocześnie. Będę przekazywał ci wiedzę z eliksirów, których nie znajdziesz w podręczniku Eliksirów dla Zaawansowanych. Będziesz musiała odbywać ze mną podróże w poszukiwaniu rzadkich składników do mikstur. Nie waż się nawet zrobić czegoś bez mojej wiedzy. Wszystko wykonujesz tylko po mojej wcześniejszej akceptacji. Niech Merlin ma cię w opiece, jeśli przyjdzie ci dodać jakiś składnik do wywaru, czy spróbować powiedzieć komuś o tym co tu się dzieje. Co ci powiedział Dumbledore?

- Że to tajne zadanie, o którym nikt nie może się dowiedzieć.

- Nikt, absolutnie nikt. Wliczając w to Pottera i Weasleya, rozumiesz? - ściszył swój głos. - Jedno przewinienie Granger, a wylatujesz, zrozumiano?

- Chyba tak...

- Chyba? - zagrzmiał. - Co jest takiego ciężkiego do zrozumienia? Oświeć mnie.

- Po spotkaniu z profesorem Dumbledorem miałam tyle pytań, o tak wiele rzeczy chciałam zapytać, dowiedzieć się więcej, a teraz... po prostu mam pustkę w głowie – rzuciła nieśmiało, spoglądając na swoje palce.

- A podobno uważając cię za najmądrzejszą czarownicę od czasów Roweny Ravenclaw – powiedział z wyczuwalną pogardą w głosie. - Szykuj się Granger, zaczynamy.

- Kiedy?

- Jak to kiedy? - zagrzmiał Snape. - Teraz.


Początki nie były łatwe, pomyślała, na wspomnienia, które kiełkowały w jej głowie.


Przebłyski z przeszłości odeszły. Ponownie stała sama w jego gabinecie. Nieznana jej siła skierowała ją do drzwi, które były tuż obok kominka. Wybrała te z lewej, za którymi kryła się prywatna pracownia mężczyzny. Drzwi ponownie ustąpiły. Kolejny raz wyczuła magię pod palcami, jak chwilę wcześniej miała okazję poczuć. W magiczny sposób pochodnie oświetliły pracownię, która była dość sporych rozmiarów. Znajdowały się tam dwa stanowiska, wiele półek z miksturami, częściami roślin i zwierząt, a także potężne księgozbiory, czy półki, na których dumnie prezentowały się masywne kociołki. Podeszła do głównego stanowiska, które należało do Snape’a. Tam przejechała opuszkami palców po czarnym materiale futerału ochronnego. Ostrożnie otworzyła pokrowiec kryjący noże.


Przymknęła powieki, czując, jak spada przez lodową otchłań oceanu, która porwała ją wprost do przeszłości.


Nieco młodsza Hermiona nieśmiało podniosła wzrok. Nie dane było jej oglądać nauczyciela w takim wydaniu. Stał przed nią z włosami spiętymi rzemykiem, które prezentowały ostre rysy twarzy. Ciężka szata, którą zazwyczaj nosił, odeszła w bok. Teraz stał przed nią w skórzanym kombinezonie ochronnym, w kolorze głębokiej czerni.


- Zepnij te kłaki – oświadczył na powitaniu, a ona poczuła, jakby dostała w policzek. Wyciągnęła z kieszeni spodni gumkę do włosów i spięła je w ciasnego koka, starając się, aby żadne kosmyki włosów nie mogły się wydostać. Snape rzucił jej dość chłodne oceniające spojrzenie. - Następnym razem masz mieć buty z metalowym podnoskiem chroniące palce. Zrozumiano?

- Oczywiście profesorze – spojrzała na swoje wysłużone już trampki. Pierwszy dzień i już zaczyna się jej czepiać. Nawet nie zaczęli przygotowywać eliksiru, a Snape już nad nią wisi, doszczętnie mordując jej poczucie własnej wartości.

- Nie będę kazał ci kupować fartucha ochronnego, jest on zbyt drogi, a nie chcemy brać pierwszego lepszego ze sklepu, który w żaden sposób nie uchroni cię przed ewentualnym wypadkiem. Weźmiesz mój.

- Dziękuję – chwyciła od niego ciężki materiał odzieży ochronnej, który jej podał. - Czy to jest skóra smoka i krokodyla? - wydusiła niepewnie, oglądając materiał.

- Granger – warknął przeciągle. - Jeśli chcesz bawić się teraz w obrończynię zwierząt, to miejsce nie jest dla ciebie. Skóry tych dwóch istot są najbardziej wytrzymałe i chronią najlepiej ze wszystkich dostępnych na rynku. Możesz warzyć eliksiry bez żadnego kombinezonu, ale ja już ci nie pomogę, jeśli zostaniesz poparzona, albo stracisz kawałki skóry - rzucił chłodno.


Długo nie musiał czekać, założyła przez głowę ciężki materiał odzieży ochronnej, a jej nozdrza zostały zaatakowane intrygującym zapachem. Zadrżała. Nieudolnie próbowała zapiąć z tyłu fartuch, ale z takiego stresu, kiedy stał nad nią Snape, skrawki materiału co rusz wylatywały jej niezdarnie z dłoni. Znalazł się za nią, wyrwał z jej nadgarstków materiał, a ją zaatakował ponownie ten zapach, który czuła chwilę wcześniej. To był jego zapach, to był zapach profesora Snape’a. Musiała stwierdzić, że jego perfumy były przyjemne, niezwykle kuszące i tajemnicze zarazem. Idealne, pomyślała w tamtej chwili. Kompletnie zapomniała, że mężczyzna cały czas znajdował się za nią. Pociągnął materiał tak, że lekko straciła równowagę, kołysząc się niebezpiecznie w tył i przód. Zacisnął go mocno w supeł, przez co poczuła silny ucisk w talii. Snape odszedł do swojego stanowiska, a ona mogła wciąż czuć jego zapach w nozdrzach. Spojrzała na profesora, stał przed nią w dokładnie takim samym kombinezonie ochronnym, tylko że na nim wyglądał nieco lepiej, był idealnie dopasowany, podkreślający zarys mięśni ramion i brzucha.


- Przestań się na mnie gapić Granger – warknął. - Podejdź tutaj.

Stanęli nad jego stanowiskiem. Snape otworzył materiał ochronny, a ona ujrzała noże, połyskujące w świetle pochodni. Różniły się i to diametralnie od tych, których używała na lekcji eliksirów. Snape wziął jeden z nich do dłoni i położył go na wewnętrznej stronie palców w pozycji poziomej.


- Spójrz tylko, są wyważone idealnie – powiedział już nieco spokojniej. - Zostały wykute w Japonii, są wykonane ze stali nierdzewnej. Takich samych używają mugolscy szefowie kuchni.

- Czy one są typowo mugolskimi nożami?

- Tak – stwierdził po chwili. - Noże, które są dedykowane dla czarodziei typowo do sztuki warzenia eliksirów, mają jeden zasadniczy problem. Niszczą wiele składników, usuwają wiele magicznych funkcji ingrediencji.

- Dlaczego?

- Dlatego Granger, że noże czarodziei posiadają już w sobie magię, która nieświadomie niszczy składniki aktywne znajdujące się przykładowo w Fidze Abisyńskiej. Dlatego na świecie jest niewiele Mistrzów Eliksirów. Większość czarodziei, która chce nimi zostać, nie daje rady. Nie są w stanie wykonać tak podstawowej czynności, jak odpowiednie skompletowanie narzędzi pracy.

- To, w jaki sposób jesteśmy w stanie uwarzyć eliksiry na pańskich zajęciach? - Snape prychnął w taki sposób, jakby chciał zaznaczyć, że większość z uczniów, nie jest w stanie zagotować wody w kociołku, a co dopiero rozwodzić się nad sztuką warzenia eliksirów. Przełknął gulę w gardle i odpowiedział, starając ukryć sarkazm, który, aż pragnął się z niego wydostać.

- Z racji tego Granger, że noże, które są w posiadaniu szkoły, straciły swoją pierwotną moc. Z biegiem lat ich magiczny zapas się wyczerpuje. Spójrz na to – wskazał jej długie, podłużne narzędzie. - Z tym musisz się zapoznać. Jest to ceramiczny musak do noży. Korzystając z mojego kompletu noży, musisz pojąć jedną zasadniczą rzecz, dbasz o nie, jak o własną różdżkę. Obchodzisz się z nimi z największą starannością. Ostrzysz je w odpowiedni sposób, pod odpowiednim kątem – chwycił ceramiczny musak i nożem zrobił coś na kształt nacięć, obracając raz jedną, raz drugą stronę metalowego ostrza. - Spróbuj – podał jej narzędzia. Granger wzięła je i wykonała pierwsze nacięcie, a Snape od razu wybuchł, powodując nieprzyjemne drżenie w uszach. - Czy nie słyszysz tego dźwięku?! Tego pisku? Granger, skup się! Raz jeszcze, obserwuj kąt nachylenia, ma być 15° – wyciągnął z jej dłoni nóż wraz z musakiem i pokazał raz jeszcze, wykonując nieco wolniejsze ruchy. - Próbuj. Musisz to umieć, inaczej zniszczysz wszystkie noże.

- Przepraszam profesorze – ponownie przejęła od niego narzędzia. Zanim zaczęła, Snape ponownie stanął za nią i położył dłonie, na jej dłoniach. Kolejny raz zadrżała, a te dreszcze okazały się niezwykle przyjemne i nieco intrygujące kiedy poczuła jego klatkę piersiową na swoich plecach. Jego oddech zaczął drażnić jej delikatnie zaróżowiony policzek.

- Kieruje cię – powiedział cicho i spokojnie, a cały układ nerwowy znieruchomiał onieśmielony bliskim kontaktem mężczyzny. - Skup się tylko Granger, inaczej oboje stracimy wszystkie palce.

Delikatnie nadusił na jej dłonie, kierując nią. Robili powolne ruchy, ostrząc nóż, a Hermiona kompletnie zapomniała jak się oddycha. Znalazła się w dość niezręcznej pozycji ze swoim nauczycielem, a perfumy, których używa, doszczętnie zniszczyły wszystkie receptory myślowe. Był tak blisko niej, ich policzki praktycznie się stykały, a ona tak była pochłonięta w wyimaginowanym świecie, w którym się znalazła, że nawet nie zauważyła kiedy mężczyzna odszedł. Została sama, ostrząc nóż, bez jego pomocy, jakby zupełnie wciąż był blisko niej, sterując jej nadgarstkami. Uniósł brew ku górze i prychnął głośno pod nosem, co spowodowało, że wróciła myślami do pracowni Snape’a.

Nieco już starsza Hermiona pokręciła głową, odsuwając od siebie wspomnienia, czując na policzkach ciepłe wypieki. Dość często wracała do tej sytuacji, która już nigdy więcej się nie powtórzyła. Jej wewnętrzne dziecko nakazało jej opuścić pracownię. Zamknęła futerał noży, odsunęła go na swoje miejsce i zamknęła za sobą drzwi. Ponownie stała w gabinecie Snape’a, w tym samym gabinecie, do którego nigdy nie powinna mieć dostępu.


Ponownie przymknęła powieki, wracając do przeszłości, kiedy po sześciu miesiącach ich współpracy Snape zaskoczył ją dość niespodziewaną nowiną. Stali przy jego biurku, po skończeniu warzeniu eliksirów leczniczych, których potrzebował Zakon. Założył dłonie na piersi i zmroził ją zimny spojrzeniem, zanim się odezwał.


- Dostaniesz dostęp do mojego gabinetu i pracowni – stwierdził ponuro. Wciąż nie był zadowolony z konieczności, do której był posunięty. - Już nie raz wybuchł mi kociołek, gdzie musiałem iść otworzyć ci drzwi, bo pukałaś, jakbyś zmysły postradała.

- Przepraszam, stało się to tylko raz – mruknęła zawstydzona, wyginając palce.

- Cztery razy – poprawił ją. Zbliżył się do drzwi, które prowadziły do jego pracowni. Położył dłoń na klamce i wyszeptał dość skomplikowaną formułkę, a srebrna łuna otoczyła jego dłoń, krążąc wokół niej tak długo, póki Snape nie puścił klamki. - Teraz ty, połóż dłoń. - zrobiła, jak nakazał, a wtedy Snape dotknął jej dłoń końcem różdżki. Znów pojawiła się smuga światła, która tańczyła wokół jej kończyny, a kiedy ustała, przeszedł ją dreszcz, tak intensywny przeszywający ją od koniuszków palców, aż po cebulki włosów.

- To już? - zapytała, zabierając dłoń.

- Tak. Działa to na wzór linii papilarnych, możesz wejść tylko ty, nikt inny, nie musisz podawać żadnego hasła, drzwi same będą wiedzieć kiedy cię wpuścić.

- Czy to działa na wszystkie drzwi? - Snape uniósł brew ku górze, a na jego twarzy ukazał się grymas.

- Na moje prywatne komnaty niestety też, spróbuj się tam znaleźć, a przeklnę cię Granger – pochylił się nad nią, szepcząc złowrogo. Hermiona mimowolnie zadrżała ze strachu.


Starsza, już nieco panna Granger zaśmiała się głośno wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem na to wspomnienie. Wciąż pamiętała morderczy wzrok nauczyciela, który podkreślał, że ma absolutny zakaz wstępu do jego komnat, ale jej wewnętrzne dziecko znów zadecydowało za nią. Chwyciła klamkę, która prowadziła do prywatnych kwater mężczyzny. Dreszcz przeszedł ponownie wzdłuż całego kręgosłupa.


Odpłynęła myślami, wracając do przeszłości.


Zauważyła jak jej młodsza wersja, wychyliła głowę za drzwi, zaglądając do wnętrza gabinetu profesora. Pukała, dobijała się od kilku minut. Byli umówieni na warzenie eliksirów, ale on nie otwierał, nawet nie raczył jej poinformować, że ich spotkanie mogło zostać odwołane. Zaryzykowała dostaniem się do środka, widząc przed oczami najróżniejsze myśli, szczególnie czarne myśli, powodujące nieprzyjemny ścisk w żołądku. Użyła dostępu, który jej przyznał i otworzyła drzwi do pracowni nauczyciela, ale powitała ją pustka. Nie było go tam, nie czekał na nią w kombinezonie ochronnym, z włosami spiętymi rzemykiem, jak miał w zwyczaju robić, od kilku miesięcy ich współpracy. Zaczęła panikować, gdyż nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, a Hermiona w tym momencie kompletnie nic nie rozumiała. Zawsze czekał na nią w gabinecie siedząc w fotelu, albo już stał w pracowni przy swoim stanowisku z założonymi rękoma na piersi, a na jego ustach widniał grymas niezadowolenia. Próbował za każdym razem wmówić pannie Granger, że bezczelnie jest spóźniona, ale nigdy nie przyznał się, że wiedział, że dziewczyna za każdym razem zjawia się przed czasem. Jak mógł na kogoś przenieść swoje negatywne emocje to miał do dyspozycji Granger, z którą widywał się prawie codziennie na warzeniu eliksirów. Opuściła pracownię, nerwowo wodząc wzrokiem po gabinecie, nim zauważyła błyszczący ślad, który widniał tuż obok drzwi prowadzących do kwater Snape’a. Dotknęła opuszkami palców połyskującej w blasku pochodni cieczy. Wystarczyła jej sekunda, by zdiagnozować szkarłatną smugę pomiędzy palcami, która okazała się krwią. Razem ze swoją młodszą wersją pchnęła drzwi, których nigdy nie powinna przekroczyć. Na nieco jaśniejszych ścianach widniały podłużne smugi krwi. Nie musiała długo się zastanawiać, z bijącym sercem wbiegła do jego kwater. Zadrżała. Czarna plama znajdowała się na dywanie, zatopiony w ciemnych szatach nieruchomo leżał profesor. Oczy wpatrywały się w sufit, a klatka piersiowa minimalnie wznosiła się w górę i w dół. Kąciki jego ust drżały delikatnie, jakby próbował wydostać z siebie ogłuszający go ból, ale nic takiego się nie wydarzyło.


- Profesorze! Profesorze Snape – podbiegła do niego. - Słyszy mnie pan? Proszę na mnie spojrzeć, profesorze...

Nie odpowiedział. Gałki oczne poruszały się coraz wolniej. Granger wyciągnęła różdżkę i wykonała parę zawziętych ruchów nad ciałem profesora, wysyłając sondę diagnozującą. Liczne rozcięcia, stłuczony bark, krwotok wewnętrzny, brak czucia – taką diagnozę otrzymała po kilku minutach. Drżącymi dłońmi odpięła szatę wierzchnią, a następnie surdut, który składał się chyba z miliarda małych guziczków. Użyła różdżki, aby wykonać to szybciej, nieświadomie rozrywając cały materiał nieśmiertelnych szat. Została na nim czarna koszula, która w miejscu lewego barku i całej klatki piersiowej zaczęła przeciekać krwią. Ostrożnie, żeby nie sprawić mu bólu, odpięła ją do końca i zakryła usta dłonią. Posiadał wiele ciętych ran, z których sączył się szkarłatny płyn. Przywołała do siebie jeden z noży, który używali przy warzeniu eliksirów i przy jego pomocy zrobiła parę nacięć na koszuli. Musiała dostać się do rany, aby sprawdzić, w jakim stanie jest ta część ciała. Drżącymi rękoma ostrym czubkiem sztyletu wykonała kilka nacięć, a następnie rozerwała cały rękaw, aż po nadgarstek.


- Mroczny znak – odskoczyła od mężczyzny przerażona, a jej słowa echem odbijały się w jej głowie.

To był jej profesor, który uczył ją przez tyle lat, był to mężczyzna, z którym spotykała się od kilku miesięcy, aby warzyć eliksiry potrzebne dla Zakonu na polecenie samego Albusa Dumbledore’a. Człowiek, którego uważała za prawego, któremu można zaufać, okazał się jednym z nich, jednym ze sług Czarnego Pana. Poczuła, jakby nagle leciała przez ciemną otchłań oceanu, to wszystko wydawało się takie nierealne i niedorzeczne. Profesor Snape okazał się Śmierciożercą, leży zakrwawiony na dywanie, zaatakowany, skrzywdzony przez kogoś. Tylko kogo? Aurorzy dowiedzieli się, że Snape tak naprawdę nie jest po ich stronie? A może to sam Czarny Pan tak go potraktował?


- Zostaw go, nie jest tego wart, on by dawno cię zostawił, a co gorsza zabił. Tacy, jak on są tylko maszyną do zabijania – usłyszała piskliwy głosik w swojej głowie. Nie należał on do jej wewnętrznego dziecka, zapewne był czymś na kształt rozsądku.

- Musisz mu pomóc, on umiera – spojrzała w bok, oczami wyobraźni ujrzała swoje wewnętrzne dziecko, które na kuckach wpatrywało się w nieruchomą twarz profesora.

- On by ci nie pomógł, już dawno podniósłby na ciebie różdżkę – odezwał się ponownie głos rozsądku.

- Ale nie podniósł na mnie różdżki przez tyle lat, nawet teraz kiedy pracowaliśmy sam, na sam przez tyle miesięcy – odpowiedziała rozsądkowi, a gdzieś z tyłu głosy usłyszała prychnięcie niezadowolenia.

- On się wykrwawia – wewnętrzne dziecko zwróciło jej uwagę.

- Przynieś ręczniki, proszę tylko szybko!

- Nie mogę – to prawda, jej wewnętrzne dziecko nie było żywą istotą, nie było duchem, ani zjawą, było czymś na kształt poświaty, która przybyła z jej wyimaginowanego świata. Wewnętrzne dziecko wskazało dłonią na drzwi, znajdujące się w głębi kwater Snape’a, a potem zniknęło, rozpływając się. Została sama, zupełnie sama z profesorem wykrwawiającym się na dywanie.


Wbiegła do pomieszczenia, które wskazało jej wewnętrzne dziecko. Okazało się to łazienką, ale Hermiona nie zastanawiała się, jak wygląda, w jakim stylu urządził je mężczyzna, zgarnęła ze szafki tuż obok umywalki parę ręczników i wróciła do profesora, który wciąż leżał w tej samej pozycji. Przycisnęła je do ran, gdzie krew zdążyła już uciec na podłogę, stapiając się z ciemnym kolorem dywanu.


- Ferula – tuż obok niej zmaterializowały się bandaże i szyna, która samoczynnie usztywniła stłuczony bark mężczyzny. - Episkey – zatoczyła nad sobą różdżką, wciąż starając się uspokoić drżenie rąk. Rany bardzo powoli zdały się zasklepiać, krew przestała wydostawać się z ciała mężczyzny, rozcięcie na jego ustach zniknęło, nawet nie pozostawiając najmniejszej blizny.


Snape delikatnie wciągnął powietrze, a jego gałki oczne zaczęły szybciej pracować. Ponownie wysłała sondę diagnozującą, krwotok wewnętrzny, który był w jego organizmie, ustał. Został jedynie brak czucia, tylko Hermiona nie miała pojęcia, czy ogarnął on całe ciało nauczyciela, czy tylko w okolicy klatki piersiowej, gdzie mężczyzna miał najwięcej ran i obrażeń. Podwinęła nogawkę spodni i uszczypnęła go, obserwując jego twarz, zauważyła, jak zamrugał szybciej oczyma. Następnie dotknęła jego dłoni i wykonała taki sam ruch, jak chwilę wcześniej, tylko że Snape już nie zareagował. Uszczypnęła go ponownie, ale bez zmian. Pochyliła się nad nim i dotknęła policzka mężczyzny, ale ten jedynie wpatrywał się w sufit. Przełknęła gulę w gardle i wybiegła z prywatnych kwater profesora, wbiegając do pracowni. Znalazła się przy szafce, z której Snape nigdy nie pozwalał jej korzystać. Czuła podświadomie, że to właśnie tam znajdzie pomoc, która przywróci czucie mężczyzny. Zdziwiła się, kiedy szafka otworzyła się przed nią. Wyczuła pod palcami taki sam rodzaj magii, jak przy klamkach, gdzie Snape udzielił jej wstępu do wszystkich pomieszczeń znajdujących się w jego prywatnych kwaterach. Nie chciała dłużej się nad tym zastanawiać czy mężczyzna zrobił to omyłkowo, pozwalając jej dostać się do tej szafki, czy zrobił to specjalnie tylko jemu znanych względów.


Znajdowało się tam kilkadziesiąt fiolet z różnymi połyskującymi w blasku pochodni zawartościami. Wszystkie posiadały na sobie etykiety, ze schludnym pismem mężczyzny, oświadczające co można znaleźć w każdej z fiolek. Drżącymi rękoma przesuwała eliksiry, starając się nie stłuc żadnego z nich, co by się stało, gdyby właśnie zniszczyła eliksir, którego tak potrzebuje. Gdzieś na końcu ujrzała malutką fiolkę, mniejszą od pozostałych. Schludny napis oświadczył, że jest to eliksir na „czarną godzinę”, jednak Hermiona nic z tego nie rozumiała. Wszystkie pozostałe eliksiry, które szybko przejrzała były na poparzenia, czy udrożnienie dróg oddechowych po wdychaniu duszących i czasem wręcz trujących oparów z kociołków. Jednak ta fiolka na „czarną godzinę”, była inna niż pozostałe. W świetle pochodni przyjrzała się cieczy w kolorze mlecznym, która połyskiwała z każdym przechyleniem fiolki. Zamknęła szafkę, chwyciła z półek, gdzie miała dostęp podczas warzenia mikstur, eliksir pieprzowy i eliksir słodkiego snu, po czym mocno ściskając fiolki w dłoni, wróciła do mężczyzny. Snape miał już zamknięte oczy, jego klatka piersiowa ledwo wznosiła się w górę i w dół. Odkorkowała fiolkę i uniosła głowę mężczyzny. Jego szczęka nie była zaciśnięta, więc udało jej się pomiędzy jego wargi włożyć chłodną fiolkę i powoli przelać substancję. Docisnęła jego żuchwę, aby przełknął całość, a następnie chwyciła pozostałe fiolki, robiąc z nimi dokładnie to samo, co z eliksirem na „czarną godzinę”.

Nic nie zmieniło się w ciele mężczyzny, leżał nieruchomo, a Hermiona co chwila sprawdzała jego puls. Prosiła Merlina, żeby mężczyzna tylko otworzył oczy, mógł nawet na nią nakrzyczeć, wyzwać ją od kretynek, ale niech tylko otworzy oczy. Machnęła różdżką i uniosła ciało profesora w górę. Lewitował za nią, gdzie prowadziła ich do drzwi, które znajdowały się w głębi korytarza. Jak przeczucie dobrze jej wskazało, była to sypialnia mężczyzny. Poczuła przeszywający ją dreszcz wzdłuż całego kręgosłupa, gdy zdała sobie sprawę, że jak tylko Snape się obudzi, na pewno na nią nakrzyczy, że raczyła wkroczyć do jego sypialni. Jednak w tym momencie Hermiona nie przejmowała się tym, mógł na nią krzyczeć do woli, najważniejsze było, żeby tylko się obudził. Odrzuciła kołdrę w bok, machnęła różdżką, a Snape po chwili znalazł się w swoim łóżku.


Potrząsnęła głową, odrzucając od siebie wspomnienia. Stała w tym samym miejscu, pośrodku salonu, gdzie na tym samym dywanie znalazła go na pół żywego, kiedy wrócił ze spotkania z Czarnym Panem. Zakryła usta dłonią, starając się nie wydostać żadnego dźwięku. Pamiętała, jakby to było dziś, jak się o niego bała, jak drżącymi dłońmi podawała mu eliksiry, jak czuwała nad nim całą noc, aby tylko odzyskał przytomność. Teraz była tu sama, nie było go z nią. Stała w prywatnych kwaterach mężczyzny, a demony przeszłości kąsały jej duszę. Wewnętrzne dziecko znów pchnęło ją do drzwi, które przekroczyła tylko raz, zapewne o jeden raz za dużo. Pchnęła ciężkie mahoniowe drzwi, a do jej nozdrzy wdarł się wszędzie zgromadzony kurz. Oparła się o framugę, spoglądając ze sentymentem na sypialnię mężczyzny. Wielkie łóżko z czarną pościelą stało na środku dość dużego pomieszczenia. Ściany były w kolorze grafitu, a pod stopami rozciągało się drewniane obicie podłogi. Znalazł się tam również dywan, kilka szaf, fotel stojący w rogu pomieszczenia i szafki nocne.


Hermiona ujrzała oczami wyobraźni jak w drzwiach, mija ją jej młodsza wersja, jak przyciąga dość ciężki fotel z końca pokoju i ustawia go przy samym łóżku, w którym leżał wciąż nieprzytomny czarodziej. Gryfonka usiadła w nim i podkuliła nogi pod brodę, obserwując jak Snape powoli, wznosi klatkę w górę i w dół. Sonda diagnozująca, którą wysłała kilka chwil wcześniej, dała jej znać, że czucie, które jeszcze kilka godzin temu stracił, powoli zaczęło wracać do jego organizmu, dzięki eliksirowi, który wybrała z całego rzędu różnych mikstur. Widziała, jak jej młodsza wersja siedzi w fotelu, jak jej kosmyki włosów okalają jej zmęczoną twarz. Sińce pod oczami były dość duże, a ona wciąż była w tym samym ubraniu, posiadając na sobie resztki zaschniętej krwi czarodzieja. Była tak wypompowana ze sił witalnych, że nie potrafiła rzucić na siebie tak prostego zaklęcia, jakim było chołoszczyć, aby usunąć z siebie resztki szkarłatnego płynu. Zerknęła na swój zegarek, minęła kolejna godzina, gdzie mężczyzna jeszcze się nie obudził. Dała mu książkową ilość eliksiru słodkiego snu, aby mógł przespać ten najgorszy czas, który zapewne rozgrywał się w jego organizmie. Hermiona spojrzała na młodszą wersję siebie jak ściąga brwi, myśląc nad czymś intensywnie. Doskonale wiedziała, czym zaprząta sobie głowę młoda panna Granger, zdawała sobie sprawę, że jej myśli krążą wokół Mrocznego Znaku na przedramieniu mężczyzny i tym, że profesor, którego uważała za jednego z członków Zakonu Feniksa okazał się Śmierciożercą, służącemu Czarnemu Panu.


Wyciągnęła dłoń i delikatnie dotknęła kosmyków włosów mężczyzny. To wszystko jej nie pasowało do układanki, którą próbowała rozwiązać. Gdyby Snape okazał się tak złym człowiekiem, za jakiego go wszyscy uważają, zapewne już dawno zrobiłby jej krzywdę, albo przyprowadziłby samego Harry’ego przed oblicze Czarnego Pana. Miał w końcu tyle możliwości, aby to uczynić, jednak nic takiego się nie stało. Co prawda Snape był opryskliwy, czasem arogancki, pewny siebie i zamknięty w sobie, a Hermiona przeczuwała, że za tą skorupą kryje się zwykły człowiek z krwi i kości. Zraniony mężczyzna. Jednak nie wiedziała, czym mógł zostać zraniony, co mogło zniszczyć jego duszę. Wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem miała przeczucie, że Snape jest jedną wielką zagadką, a za maską aroganckiego, wrednego nauczyciela kryje się wrażliwy mężczyzna. Opuszkami palców zjechała na jego policzek, wyczuwając pod palcami delikatny zarost, jednak szybko zabrała dłoń, besztając siebie za gest, który uczyniła.


Wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem ujrzała, jak młodsza Hermiona zasypia w fotelu, z dłonią wyciągniętą ku ramieniu mężczyzny. Nie dane jej było długo delektować się tym stanem, gdy po kilku godzinach poderwała się szybko, słysząc przeciągły jęk. Przetarła zmęczone oczy. To Snape kręcił się w łóżku, próbując się podnieść.


- Profesorze! - wyrzuciła z siebie, czując w kącikach oczu zbierające się łzy. Obudził się!, krzyknęła w myślach. Dziwny kamień spadł z jej serca, a ona poczuła, jak z jej ramion ktoś właśnie ściągnął ogromny ciężar. Snape dopiero teraz ją zauważył, gdy wypuściła ciężko powietrze. Poczuła na sobie zimne spojrzenie, ale nie odwróciła wzroku. Otwierał usta, by coś powiedzieć, zapewne chciał ją zbesztać, za to co zrobiła, ale nic takiego się nie stało. Nerwowo oblizał swoje wargi, oddychając ciężko. - Wody? - zapytała, ale Snape nie odpowiedział, jedynie wywrócił oczyma, co odczytała za potwierdzenie. Chwyciła za szklankę, którą miała przyszykowaną na stoliku nocnym i chwytając ostrożnie mężczyznę za kark, przelała mu do ust chłodnego płynu. Pił powoli, a kiedy skończył, podniósł na nią swoje ciemne spojrzenie. Wpatrywała się w jego oczy, szukając czegoś, nawet nie wiedziała czego, nim Snape odwrócił pierwszy wzrok.

- Granger – wychrypiał. Pomimo utraty dużej ilości krwi, osłabionego organizmu, jego głos wciąż powodował u niej nieprzyjemne ciarki. Jak to możliwe, że prawie umierający człowiek wciąż posiada w sobie tyle chłodnej aury?

- Profesorze, czy coś pana boli? Jak się pan czuje?

- Złamałaś główną zasadę – jego głos był cichy, ale wciąż zdawało się, że ociekał jadem. - Weszłaś do moich prywatnych kwater. Przeklinam cię – dodał spod przymkniętych powiek, a Hermiona przechyliła głowę w bok zdezorientowana. To prawda, przekroczyła jego prywatne kwatery, złamała jedną z głównych zasad ich współpracy, ale gdyby nie ona inaczej skonałby bez niczyjej pomocy.

- Uratowałam panu życie – wyszeptała.

- Mam pozwolić ci osiąść na laurach? Mam ci wręczyć za to medal? - zapytał kąśliwie, podnosząc się na łokciach, jednak szybko opadł na poduszki. - Trzeba było mnie zostawić.

- Mógł pan umrzeć.

- Może właśnie tego chciałem?

- Nie chciał pan – odpowiedziała cicho.

- Co ty możesz wiedzieć o życiu głupia dziewucho? - warknął, odrzucając od siebie kołdrę i dopiero wtedy zauważył, że miał na sobie wczorajsze spodnie, których Hermiona nie ruszyła, nie chcąc naruszać jego strefy intymności. Natomiast jego klatka piersiowa była goła. Miał na sobie tylko kilka bandaży i jeden wielki opatrunek w okolicy pępka, z którego wciąż miał otwartą ranę pomimo rzucanych przez nią zaklęć leczniczych. Podniósł wzrok na Gryfonkę, która wpatrywała się w Mroczny Znak na jego przedramieniu. - Poinformowałaś już wszystkich, że jestem Śmierciożercą, co?

- Nie, oczywiście, że nie!

- Dlaczego? - na jego twarzy malował się grymas, ale zacisnął szczękę i ponownie podniósł się na łokciach, tak, że mógł teraz siedzieć. - Wiesz dobrze kim są Śmierciożercy, a ty wciąż tutaj siedzisz. Nie sądziłem, że możesz być tak głupia i naiwna Granger. Przez moment naszej współpracy uważałem cię nawet za inteligentną osobę.

- Nie jest pan zły – spojrzała na niego spod zamglonych oczu. Nawet nie wiedziała kiedy na jej policzkach znalazły się łzy, których bądź co bądź nie starała się zatrzymać. Snape posłał jej spojrzenie, które mogło wręcz wypalić dziurę w brzuchu. - Jest pan moim profesorem, znam pana tyle lat, jest pan dobrym człowiekiem – usłyszała prychnięcie. - Profesor Dumbledore panu ufa, ja również.

- Jesteś głupsza, niż myślałem – powiedział chłodno, ostrożnie pochylając się w jej stronę. Doleciał do niej zapach mężczyzny, te perfumy, które w dziwny i kuriozalny sposób hipnotyzowały ją, za każdym razem, gdy wdarły się do jej nozdrzy. Przełknęła ślinę. - Lepiej idź stąd Granger, nic nie wiesz o życiu, a tym bardziej o mnie. Wynoś się!

- Proszę mi wybaczyć profesorze, majaczy pan. Przyniosę panu eliksiry wzmacniające, musi pan odpoczywać.

- Nawet nie waż się wejść do mojej pracowni – warknął, gdy Granger oddalała się od jego łóżka.

- Przypomnę, że sam dał mi pan dostęp. Wie pan co? - odwróciła się za siebie, mając dłoń na klamce. - Nie boję się pana i mam przeczucie, o tutaj – wskazała na swoje serce – Że jest pan dobrym człowiekiem, a to wszystko to gra, to maska, którą pan zakłada przed całym światem. Proszę leżeć, zaraz podam panu eliksiry.

- Idiotka, jakich mało – warknął pod nosem Snape, opadając na poduszki, gdy Granger opuściła już sypialnię. - Przynieś mi moją różdżkę, Granger! - krzyknął jeszcze za nią, ale szybko tego pożałował, języki ognia szybko zaatakowały jego gardło.


Hermiona zamknęła drzwi do sypialni mężczyzny, odsuwając tym samym od siebie wspomnienia tamtejszej nocy. Wraz z młodszą wersją siebie wróciła do salonu i usiadła w fotelu, który zazwyczaj zajmowała. Po kilku miesiącach współpracy Snape pewnego dnia zaproponował jej, zostanie na herbatę. Tak kończyli, każdy dzień ich współpracy siedząc wspólnie przed kominkiem, aż do samego końca ich zadania zleconego przez Dumbledore’a. Zazwyczaj siedzieli w ciszy, albo rozmawiali na temat eliksirów, czy wojny, która zbliżała się wtedy wielkimi krokami. Naprzeciw niej zwykle siedział profesor Snape, który po zakończeniu pracy kosztował się Ognistą Whisky, a Hermiona siedziała, popijając herbatę z kubka, w barwach jej domu, który raczyła przynieść ze sobą pewnego dnia. Chwyciła go do ręki, ścierając palcami wierzchnią warstwę kurzu, odkrywając tym samym godło Gryffindoru.


Hermiona czując ucisk w żołądku, odłożyła z powrotem kubek na stolik, przymykając powieki. Ponownie poczuła, jak została porwana w wir wspomnień.


- Co to jest? - zapytał Snape, kiedy tylko wyszła z jego kuchni. Zerknęła na niego, siedział z włosami wciąż spiętymi rzemykiem, które w dziwny sposób, idealnie podkreślały ostre rysy twarzy mężczyzny. Nie miał na sobie kombinezonu ochronnego, siedział w czarnej koszuli, a rękawy miał podwinięte, przez co mogła widzieć jego Mroczny Znak, do widoku, którego powoli się już przyzwyczaiła.

- Herbata – podsunęła w jego stronę kubek. - Wybrałam dziś malinową, mam nadzieję, że nie ma pan mi tego za złe? - zaśmiała się delikatnie, widząc jego podejrzliwą minę.

- Chodzi mi o to – wskazał swoim długim palcem w stronę kubka dziewczyny. - Czy ty chcesz się tutaj wprowadzić? - zagrzmiał. - Jeszcze twój kubek jest mi tu potrzebny – burknął pod nosem.

- To mój ulubiony, a ostatnimi czasy tylko z panem mogę napić się herbaty – powiedziała, nie kryjąc uśmiechu, który pojawił się na jej ustach.

- Jeszcze przyniesiesz chociaż jedną rzecz w barwach swojego domu, to przysięgam na Merlina, wyrzucę cię stąd Granger – zapewnił ją groźnie, a Hermiona mimo wszystko uśmiechnęła się pod nosem. Snape zatrzymał na moment spojrzenie na jej roześmianej twarzy, potem na oczach, w których gościły beztroskie iskierki, ale szybko odwrócił wzrok, wypijając do końca Ognistą Whisky.

Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. Zdecydowanie to wspomnienie było jednym z najzabawniejszych, jakie mogła doświadczyć z Mistrzem Eliksirów, który bądź co bądź, nigdy nie pozbył się jej kubka, pomimo groźby jego wyrzucenia, za każdym razem, kiedy Hermiona weszła mu za skórę. Ściągnęła ze stóp niewygodne szpilki, wypuszczając ciężko powietrze z płuc. Zawiesiła spojrzenie na zegarze, który wisiał tuż nad kominkiem. Minęły już cztery godziny, odkąd Draco zostawił ją w zamku. Hermiona wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem miała dziwne przeczucie, które jej szeptało, że właśnie komnaty jej byłego profesora, są największym azylem dla jej zbłąkanej duszy. Będąc tutaj ani przez chwilę nie myślała o tym, żeby wrócić do domu, gdzie czeka na nią Krzywołap, nie myślała nawet, by złapać Harry’ego i poprosić go, o zabranie jej stąd. Nie czuła tutaj strachu, nie były w stanie dosięgnąć jej demony przeszłości, które kroczyły za nią od przeszło dwóch lat. Będąc w jego komnatach nie myślała o tym co się z nią i jej wewnętrznym dzieckiem tak naprawdę dzieje. Podkuliła nogi pod brodę i spojrzała na pusty fotel, który zazwyczaj zajmował profesor Snape, a mocny ścisk zaplątał się w jej sercu. Nie wiedziała, nawet kiedy po jej policzkach poleciały łzy, gdy zdała sobie sprawę, że chce by mężczyzna, siedział z nią teraz jak za dawnych czasów, a ona mogłaby zatopić się w tajemniczym, hebanowym spojrzeniu.


Zagryzła mocno wargę, powstrzymując łzy. Przełknęła gulę w gardle i wtedy zauważyła na stoliku książkę, która leżała tuż obok jej kubka. Była zakurzona, palcami przejechała po okładce odkrywając tytuł mugolskiej powieści. Otworzyła na przypadkowej stronie, a na jej kolana spadła fotografia. Uniosła ją wyżej by spojrzeć na nią w blasku pochodni. Nagle, tak niespodziewanie poczuła na policzkach miłe wypieki. Ponownie przymknęła powieki, czując, że wraca wspomnieniami do dnia, gdy zrobiła to zdjęcie. Towarzyszyła swojemu profesorowi podczas wyprawy, w której szukali wspólnie dość rzadkich składników, potrzebnych im do warzenia eliksirów. Panna Granger już wtedy posiadała album i robiła zdjęcia każdej nowo spotykanej magicznej istoty, ziół, czy niezwykle trującym, lecz pięknym kwiatom, o których czytała tylko w podręcznikach. Na koniec dnia, gdy wracali do namiotu, w którym zamieszkiwali przez jakiś czas, siadała na prowizorycznym łóżku i wklejała do albumu wszystkie zdjęcia, które udało się jej wykonać danego dnia. Snape za każdym razem tylko prychał na jej poczynania.


Uśmiechnęła się, widząc przed oczami wyobraźni jak pewnego wieczoru, przysiadła się do mężczyzny na jego łóżku i wyciągnęła przed siebie aparat. Snape nie mógł nawet zareagować, gdy z aparatu wyskoczyło zdjęcie, które uradowana Hermiona szybko wyciągnęła. Odłożyła aparat na łóżko i spojrzała uradowana na fotografię.


- Granger!

- Proszę się nie boczyć, wyszedł pan bardzo ładnie, a gdyby jeszcze się pan uśmiechnął...

- Ja się nie uśmiecham Granger – warknął tamtego dnia, gdy pokazała mu przed nosem ich wspólne zdjęcie, na którym Granger szczerzyła się jak wariatka. - Oddaj mi to!

- Jest moje – zaśmiała się, robiąc krok w tył, chowając za sobą zdjęcie.

- Nie będę dwa razy powtarzał – również wstał, robiąc krok w przód.

- Zostawię na pamiątkę.

- Zmysły postradałaś Granger. Oddaj mi to natychmiast!

Zrobił szybki krok w przód, próbując chwycić zdjęcie, które kryła przed nim dziewczyna. Jednak ona uśmiechnęła się chytrze i zrobiła ponowny krok w tył. Snape już miał robić szybki unik i wyrwać jej fotografię, nim potknął się o plecak dziewczyny, który leżał na podłodze i upadł wraz z Granger na twardą ziemię. Podniósł się na łokciach i zlustrował ją spojrzeniem. Wtedy Hermiona czuła jakby czas się zatrzymał, jakby powietrze zgęstniało, utrudniając oddychanie. Wpatrywały się w nią ciemne oczy mężczyzny, a to, że znaleźli się w takiej niezręcznej i dość krępującej pozycji, sprawiło, że spłonęła purpurą, którą oczywiście wychwycił mężczyzna. Łaskotał ją kosmykami włosów, które opadały na jej twarz, a ona nie wiedząc czemu, zerknęła na jego usta. Zatrzymała na nich spojrzenie, tocząc w sobie jakąś dziwną walkę. Podniosła wzrok i również przyłapała go, jak oderwał spojrzenie od jej ust, a wtedy, coś przyjemnego zacisnęło się w okolicy jej serca. Nie miała pojęcia, co to było, gdyż Snape podparł się na dłoniach i wyciągnął w jej stronę rękę, pomagając jej wstać. Tamtego wieczoru już się do niej nie odezwał. Burknął jedynie pod nosem, żeby zniszczyła fotografię, a Hermiona nigdy tego nie zrobiła. W ostatni dzień ich podróży, gdy Snape’a nie było w namiocie, zakradła się do jego torby i pomiędzy ciepłymi swetrami a obszernymi księgami ukryła ich jedyne wspólne zdjęcie.


Nieco starsza Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, spoglądając na trzymaną w dłoniach fotografię, której Snape jednak nigdy nie wyrzucił. Nie wiedziała, czy wracał wspomnieniami do tamtego wieczoru, czy traktował to jedynie jako głupi wybryk nastolatki, chcącej upamiętnić wszystko z podróży łącznie z magicznymi ziołami, istotami, a także nauczycielem, z którym przebywała na wyprawie. Wrzuciła zdjęcie do torebki, czując, że jego miejsce znajduje się w Londynie, w jej kamienicy, a nie w pustych kwaterach mężczyzny.


Wyjrzała za okno, a przez ciemne niebo, zaczęło powoli wychylać się nieśmiało słońce. Zegar wiszący tuż nad kominkiem wskazywał, że niedługo wybije piąta nad ranem. Pierwszy dzień zjazdu absolwentów spędziła w lochach co rusz, odkrywając wspomnienia z przeszłości. Nie żałowała, ani chwili, którą spędziła w tym miejscu. Zapewne wciąż siedziałaby na Wieży Astronomicznej, oczekując powrotu Malfoya, albo próbowałaby znaleźć Harry’ego, prosząc go, żeby zabrał ją do Londynu. Jednak tutaj czuła się w dziwny sposób bezpiecznie. Wiedziała, że nie może siedzieć tutaj wieczność, musi powrócić na Wieżę Astronomiczną i tam już zaczekać na Malfoya, który skończy dyżur w Św. Mungu. Nie chciała nikogo spotkać po drodze, przeczuwała, że absolwenci mogli siedzieć do późna i zapewne wielu z nich, smacznie śpi w swoich dawnych dormitoriach, ale Hermiona chciała być pewna, że będzie mogła samotnie przemierzyć korytarze zamku, by dostać się do Wieży Astronomicznej. Wsunęła na nogi szpilki, zarzuciła torebkę na ramię i podniosła się z fotela, w którym spędziła ostatnie kilka godzin. Minęła dywan, na którym wykrwawiał się mężczyzna, półkę z książkami, z której często korzystał Snape, by pokazać jej smaczki literackie czy barek, z którego zawsze wyciągał Ognistą Whisky. Otuliła się złotą peleryną i oparła się o framugę drzwi, patrząc ostatni raz na salon, a coś w jej duszy nagle rozerwało się boleśnie na miliony kawałeczków. Upadła na kolana i zakryła twarz dłońmi, a po salonie rozszedł się jej przeraźliwy płacz. Broniła się rękami i nogami, ale wspomnienie z przeszłości było zbyt silne i zbyt bolesne, żeby mogła się przed nim uchronić.


Ponowne szarpnięcie w okolicy serca, sprawiło, że Hermiona ostatni raz została poprowadzona przez demony do wspomnienia, które było jednym z najtrudniejszych i najbardziej ukrywanych przez jej umysł. Wspomnienia, którego nie chciała pamiętać. Poczuła na ramieniu dotyk, więc podniosła zapłakaną twarz, spotykając się ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Spojrzało ono na nią smutnymi oczami, a następnie odwróciło się za siebie, wskazując dłonią na salon. Powędrowała tam wzrokiem i oczami wyobraźni ujrzała Snape’a, który minął ją w progu drzwi, a po chwili tuż obok niej przeszła jej młodsza wersja.


- Jednak przyszłaś – stwierdził Snape, zajmując miejsce. Nie spojrzał na nią, a nieco młodsza panna Granger usiadła w fotelu, który zazwyczaj zajmowała i splotła razem dłonie. - Dlaczego?

- To nasz ostatni dzień profesorze nie umiałabym odejść bez pożegnania. Chciałam panu podziękować za naszą współpracę. Był to dla mnie zaszczyt móc pracować u pana boku.


Nie odpowiedział, nawet nie prychnął, jak miał w zwyczaju robić. Wyciągnął z barku Ognistą Whisky z dwoma szklaneczkami. Nalał do obu bursztynowego płynu i podał Granger jedną z nich. Nie powrócił na fotel, usiadł na kanapie, klepiąc miejsce obok siebie. Hermiona lekko uniosła kąciki ust w górę i usiadła po drugiej stronie sofy, spoglądając nieśmiało na mężczyznę.


- To ostatni dzień, już nie jesteś moją uczennicą, a ja pozwoliłem sobie, byś napiła się wraz ze mną – uniósł szklaneczkę w górę, przechylając zawartość do ust, a Hermiona kontrolowała jak złoty płyn, znika pomiędzy jego wąskimi wargami. Przełknęła ślinę.

- Więc za co wypijemy?

- Za to, że nie sprowokowałaś mnie na tyle, żebym wrzucił cię do kociołka podczas naszej współpracy – odpowiedział całkiem poważnie, ale Hermiona mogła wyczuć w tym nutkę rozbawienia.

- Więc wypijmy – przelała niewielką ilość do ust, a po chwili potrząsnęła głową, czując rozgrzane policzki. Snape wpatrywał się w nią, a ona kompletnie nie wiedziała, o czym w tamtym momencie rozmyślał.


Jeszcze przed rokiem niepojęte dla niej byłoby siedzieć w salonie swojego nauczyciela i móc rozmawiać z nim bez skrępowania. Ich współpraca przyniosła im obojgu korzyść, z której każde z nich nigdy się nie przyznało. Snape nie umiał powiedzieć, że widzi w Granger godnego partnera do rozmowy na naprawdę wysokim poziomie. Czas, który spędzili w jakiś sposób, ocieplił ich niegdyś chłodne stosunki. Wiele godzin wspólnie spędzonych nad kociołkami sprawiły, że nauczyli się pracować ze sobą, dogadywać się, komunikować. Wyrobili nawet małą nić porozumienia, którą tylko oni rozumieli. Po skończonej pracy siadali w salonie, jak uczynili to teraz i spędzali jeszcze chwilę w swoim towarzystwie, nim Hermiona opuściła jego komnaty wracając do Wieży Gryffindoru.



Snape zatoczył szklanką, poruszając taflą płynu. Zdał sobie sprawę, że jest to ostatni raz jak siedzi z Granger, jak może z nią rozmawiać. Spotkają się ponownie, ale już na ostatecznej bitwie, która zbliżała się wielkimi krokami. Możliwe, że będą musieli stanąć naprzeciw siebie z różdżkami skierowanymi w swoją stronę, idealnie odgrywając swoją rolę. Hermiona zdawała się myśleć o tym samym. Przechyliła całą zawartość Ognistej Whisky do ust, postawiła szklankę na podłodze i spojrzała hardo na mężczyznę.


- Myśli pan, że wygramy wojnę?

- Nie mam pojęcia Granger – westchnął ciężko, podnosząc się z sofy. - Z niechęcią to mówię, ale wszystko w waszych rękach. - powrócił po chwili z butelką i ponownie polał im złotego płynu do szklanek. Wiedziała, że ma na myśli ją, Harry’ego i Rona, którzy już jutro wyruszają w poszukiwaniu horkruksów.

- Boi się pan?

- Czego?

- Bitwy...

- Okazałbym się głupcem gdybym się nie bał, ale zdążyłem już oswoić się z tą myślą. Żyję z nią kilkanaście lat, w końcu musi nadejść ten moment.

- Profesorze… a boi się pan śmierci? - wyszeptała swoje pytanie.

- Nie. Stałem ze śmiercią twarzą w twarz tyle razy, że z chęcią już odejdę z tego świata – dodał już ciszej.

- Proszę tak nie mówić – chwyciła go za dłoń, którą miał na oparciu sofy. Spojrzał na jej drobną piąstkę, ale szybko wyrwał się z uścisku.

- To wojna Granger, czego oczekujesz? Nie mam pojęcia czy zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiała zabijać, będziesz musiała zadecydować, komu pomożesz, a kto umrze.

- Proszę tak nie mówić!

- Czego spodziewasz się, Granger? Siedzę w tym bagnie tyle lat, widziałem wiele. Jak myślisz, że to się skończy? Albo wygramy, albo przegramy. Nie ma nic pośrodku. Pamiętaj, żeby przeżyć, musisz zabić, inaczej ktoś zabije cię. Granger… - powiedział przeciągle, wstając z sofy. - Proszę, idź już.

- Ale profesorze...

- Granger nie ma dłużej co tego przeciągać, jutro ruszacie z Potterem i Weasleyem, lepiej będzie, żebyś dobrze się przyszykowała do tej podróży.

- Od kilku tygodni jestem spakowana...

- Czemu mnie to nie dziwi? - Hermiona również wstała. Zauważyła na jego ustach delikatny uśmiech, jakby odrzucił na moment od siebie myśli o zbliżającej się bitwie.

- Czy ktoś o nas wie? O naszej współpracy? Ktoś może coś podejrzewać? - to pytanie tak wyrwało się z jej ust, że nawet mogła zauważyć lekkie zdziwienie na twarzy mężczyzny, dlaczego pyta właśnie o to teraz, na sam koniec ich współpracy.

- Nikt nie wie.


Nie uwierzyła mu. Wpatrywał się w nią, a ona mogła zauważyć, jak kącik jego ust lekko zadrżał. Był to minimalny ruch, zapewne niewidoczny dla mało bystrego obserwatora. Poczuła ścisk w żołądku. Stojący przed nią mężczyzna, z którym pracowała przez ostatni rok, mógł być w niebezpieczeństwie. Mimo że zdawała sobie wcześniej sprawę, dopiero teraz poczuła na sobie kubeł zimnej wody. Nie spotka go już. Nie będzie mogła sprawdzić, czy nie ucierpiał, nie uleczy już więcej jego ran, po krwawych spotkaniach Wewnętrznego Kręgu. Przełknęła ślinę. To on będzie pod największym nadzorem samego Voldemorta.


- Zanim pójdziesz mam coś dla ciebie – wyrwał ją z nieprzyjemnych myśli.

- Dla mnie? - zdziwiła się nieco. Wyciągnął z komody czarny podłużny futerał, podobny, jaki można znaleźć w jego pracowni.

- W podziękowaniu za naszą współpracę – powiedział spokojnie, a ton jego głosu nie pasował do opryskliwego nauczyciela, za jakiego wszyscy go uważali. - Spisałaś się Granger, będą z ciebie ludzie – taki komplement z ust Snape’a sprawił, że zarumieniła się delikatnie. Stali w ciszy patrząc na siebie nim Snape nie wyciągnął w jej stronę podarunku - Przydadzą ci się.

- Czy to jest to, co myślę? - obróciła w dłoniach futerał.

- Sprawdź – zachęcił ją.

- Zestaw noży… - westchnęła, spoglądając na lśniące ostrza, wykonane ze stali nierdzewnej. - Profesorze dziękuję bardzo, ale ja nie mogę tego przyjąć, jest to zbyt cenne.

- Granger, nie próbuj nawet się ze mną kłócić. Weź noże i idź już – schował butelkę do barku, dając do zrozumienia, że to pora na nią. Oparł się o regał i spojrzał na młodą kobietę. - Spróbujcie przeżyć, ty, Potter i Weasley – dodał już ciszej.

- Profesorze – zbliżyła się do niego. Snape spojrzał na nią z góry, spoglądając w jej czekoladowe oczy, które w tamtej chwili były pozbawione iskierek radości. Granger wspięła się na palcach i złożyła na jego policzku krótki, nieco nieśmiały pocałunek. Otulił go jej zapach, który spowodował, że Snape stał niczym spetryfikowany, czując w nozdrzach zapach truskawkowego szamponu, który kojarzył mu się tylko z nią. - Proszę uważać na siebie – wyszeptała.


Zanim się odwrócił, mógł zauważyć w jej oczach kłębiące się łzy. Nie rozumiał, dlaczego ten widok sprawił mu tyle bólu, że nie mógł na nią dłużej patrzeć. Odwrócił się do niej plecami, dając jej delikatnie do zrozumienia, żeby już wyszła, że to już czas się pożegnać, że nie ma co na siłę przeciągać czegoś, co nigdy nie istniało.


Granger oddaliła się do drzwi. Nie miała pojęcia, dlaczego ich pożegnanie stało się dla niej tak ciężkie, powodując silny ścisk w żołądku. Przed oczami ujrzała twarz starca, który szeptał jej, że trzeba zaufać profesorowi Snape’owi, że nie może się od niego odwrócić. Wierzyła w słowa dyrektora do samego końca, nawet kiedy Snape zabił go kilka dni wcześniej, a ona wciąż tu była, ślepo wierząc w idee Dumbledore’a. Chociaż jej wewnętrzne dziecko szeptało jej, że zrobiła dobrze, że powinna mu ufać i nie odwracać się od niego, kiedy zrobili to pozostali pracownicy Hogwartu, uczniowie czy członkowie Zakonu Feniksa.


Hermiona w tym momencie zdała sobie sprawę, w jakim niebezpieczeństwie go zostawia. Gdyby tylko ktoś się dowiedział, że współpracowali razem, że pomagał im, pomagał Zakonowi, robiąc to, wykonując zadanie zmarłego niedawno dyrektora, zostałby posądzony o zdradę i stracony z ręki samego Voldemorta. A przecież Snape był najważniejszą i kluczową postacią w bitwie. Stał na równi tuż obok Harry’ego, tylko Harry’emu każdy zapewnił bezpieczeństwo, a jemu nikt.


Supeł ponownie zacisnął się w żołądku. Powietrze stało się ciężkie, utrudniając oddychanie. Zagryzła wargę do krwi, wyciągając przed siebie różdżkę.


- Obliviate.

W tył głowy Snape’a ugodziła niebieska poświata. Smuga światła wpełzła z powrotem do różdżki Hermiony. Wszystkie wspomnienia z nią związane podczas ich współpracy zniknęły z podświadomości Snape’a. Zniknęła i ona Hermiona Granger, dając mu tym bezpieczeństwo, którego nikt mu nie zaoferował, nikt mu nie zapewnił, przed okrutnymi i mrocznymi czasami, do których wkraczali.


Została sama, otrzymując za towarzyszy demony ciemności, które nie opuściły jej już nigdy.



Hello darkness, my old friend

I've come to talk with you again

Because a vision softly creeping

Left its seeds while I was sleeping

And the vision that was planted in my brain

Still remains

Within the sound of silence


In restless dreams I walked alone

Narrow streets of cobblestone

'Neath the halo of a street lamp

I turned my collar to the cold and damp

When my eyes were stabbed by the flash of a neon light

That split the night

And touched the sound of silence


And in the naked light, I saw

Ten thousand people, maybe more

People talking without speaking

People hearing without listening

People writing songs that voices never share

And no one dared

Disturb the sound of silence


"Fools", said I, "You do not know

Silence like a cancer grows

Hear my words that I might teach you

Take my arms that I might reach you"

But my words, like silent raindrops fell

And echoed

In the wells of silence


And the people bowed and prayed

To the neon god they made

And the sign flashed out its warning

In the words that it was forming

And the sign said, "The words of the prophets are written on the subway walls

And tenement halls"

And whispered in the sound of silence


[Disturbed - The Sound Of Silence]







~*~


Dzień dooobry! ♥


Zjawiam się i ja z nowym rozdziałem. Od ostatniej publikacji minęły dwa miesiące. Chcąc Wam to wynagrodzić rozdziałem, który ma… 19 stron w wordzie. Jest to mój rekord - najdłuższy rozdział, jaki kiedykolwiek stworzyłam 📝🔥


Rozdział ten jest również dla mnie bardzo ważny. Jest trudny i wymagający.  Zagłębiamy się w przeszłość, możemy poznać jaka relacja dzieliła Hermionę i Severusa tuż przed wojną. Wiem, że wiele osób wyślę w moją stronę Avadę za Obliviate, którego użyła Hermiona. Niestety nic nie mogłam na to poradzić...


Jak wrażenia po najnowszym rozdziale? Co sądzicie? Będzie mi bardzo miło móc przeczytać parę słów od Was w komentarzu 💕


Również zapraszam Was serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy, 64 rozdział. Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻


Kolejny rozdział już niedługo, także uważnie wyczekujcie sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.