wtorek, 19 lipca 2022

Rozdział 21 - Potrzebuję pomocy


Minął tydzień od koszmarnego piątku, który zostawił na umyśle Granger obślizgłe piętno. Była w błędzie sądząc, że nie jest z nią wcale tak źle, że radzi sobie całkiem dobrze. Czuła, że powoli staje się zakładnikiem samej siebie, nie potrafiąc spokojnie i racjonalnie myśleć. Wiedziała, że traci zmysły, staje się rozhisteryzowaną wariatką, obracając się co chwila za siebie, nie będąc pewną czy aby ktoś właśnie nie zdecydował się jej śledzić.


Każdemu potencjalnemu przechodniowi, którego mijała w drodze do pracy, próbowała przykleić łatkę, tego mężczyzny, który wkopał ją do cuchnącego bagna, w którym topiła się, nadaremnie nie mogąc wypełznąć na powierzchnię. Jakoś natrętnie spoglądał na nią właściciel piekarni, chaotycznie rzucając pustymi skrzynkami w samochodzie dostawczym, a to jakiś nastolatek, kilka metrów od niej kopnął piłkę, śmiejąc się głośno do swoich rówieśników. Bezdomny mężczyzna, który siedział na ławce w parku, którego przemierzała w drodze do pracy, również łapał na nią ostrym, wręcz wściekłym spojrzeniem. Elegancki mężczyzna po drugiej stronie ulicy, odziany w beżowy płaszcz, z połyskującymi czarnymi butami i skórzaną aktówką pod pachą, która swoją drogą musiała zostać obita skórą nieludzko zamordowanego zwierzęcia, również uważnie się jej przyglądał, znad papierowego kubka z gorącą kawą.


Czuła na sobie wzrok każdego przechodnia, do tego stopnia, że zaczęła osądzać sędziwą staruszkę, sterczącą w oknie o dosypanie jej do drinka obezwładniającego specyfiku. Tęgawy mężczyzna z warzywniaka na rogu, również nie zdobył jej zaufania, w nerwowym drygu, poruszając lewą brwią ku górze i bełkocząc coś pod nosem.


Starała wmówić sobie, że mijane osoby na ulicach wcale nie łapią na nią w złowrogi sposób, że to tak naprawdę nikt z nich nie dosypał jej do drinka tabletki gwałtu. Wiedząc, że musi trochę wyhamować w swoich podejrzeniach i osądach, każdego, kogo mijała na ulicy, zdecydowała się za każdym razem wybierać inną drogę do pracy, chcąc, aby ścieżki, którymi podąża nie powtarzały się. Jednak pula wyczerpała się tak szybko, że nawet nie spodziewała się tego, musząc na szybko wybierać czy przemierzy park, czy pójdzie okrężną drogą do pracy, mijając po drodze wiele zakrętów i mostów.


Zdyszana wpadła do księgarni, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Sapała ciężko, nie potrafiąc uspokoić rozbieganego oddechu. Uspokój się, to nie jest normalne, co robisz, skarciła samą siebie, rzucając klucze obok kasy fiskalnej. Nikt cię nie śledzi.


Musiała się przyznać sama przed sobą, że najgorsza w tym wszystkim była niewiedza. Za nic nie mogła sobie przypomnieć, kogo tak naprawdę spotkała w barze. Próbowała kilkakrotnie medytacji, aby uspokoić swój umysł, wsłuchać się w swoje wewnętrzne ja, i być może poznać zagadkę tamtego wieczoru. Oprócz wielkiej czarnej dziury i przechadzającego się co jakiś czas, po jej umyśle wewnętrznego dziecka, nie znalazła nic, co mogłoby jej pomóc.


Założyła nawet, że znalazła się w tym barze z własnej, nieprzymuszonej woli. Może chciała wypić jakiegoś odprężającego drinka po ostatnich szaleńczych wydarzeniach w jej życiu? I być może weszła tam, zamówiła alkohol, a ktoś pod jej nieuwagę dosypał coś do jej drinka? A co jeśli siedziała przy barze pośród innych ludzi? Jeśli obok niej była inna dziewczyna, dla której miał być ten drink i to ona miała zostać skrzywdzona? Hermiona zagryzła wargę do krwi, myśląc nad tym intensywnie. Może ten drink nie miał być dla niej, może przez przypadek wypiła go, ratując życie potencjalnej dziewczyny siedzącej obok..


A jeśli tak naprawdę, ktoś zaprosił ją tam i postawił jej drinka? A co jeśli nie wybrała się tam z własnej woli, jeśli ktoś użył wobec niej siły? Zmusił ją? Być może zastraszył? Następnego dnia, gdy tylko względnie uspokoiła się, szukała na swym ciele siniaków czy otarć, świadczących, że została zaciągnięta siłą do baru. Nie znalazła niczego niepokojącego, oprócz blizny na przedramieniu, po spotkaniu z Bellatrix Lestrange.


Przed oczami ukazała się jej twarz mężczyzny o hipnotyzującym spojrzeniu, z czarnymi kosmykami włosów, okalającymi twarz. Była mu ogromnie wdzięczna, że znalazł się wtedy tamtego dnia, że szukał jej i zabrał bezpiecznie do domu. Jakże chciałaby się bić ze swoimi myślami, wypierać się ich, tak nie mogła oprzeć się przeświadczeniu, że coraz częściej myśli o tym mężczyźnie, co nie raz powodowało u niej szybsze bicie serca.


- Nie możesz – wyszeptała do samej siebie, kręcąc głową. - Wszystko zniszczysz Hermiono.


Starała się zająć swój umysł księgarnią, skupić się na wykonywaniu swoich obowiązków względem Oczytanej, jak na właścicielkę przystało, a nie rozmyślać o nierealnych wyobrażeniach życia, którego nigdy nie będzie mieć. Wyniosła na zaplecze puste kartony po dostawie książek. W dalszym ciągu powieść kryminalna pana Hughes’a była najlepiej sprzedającą się pozycją w księgarni. Hermiona przystanęła przy półce z psychologią i chwyciła jedną z książek, które wyłożyła z najnowszej dostawy. Przekartkowała strony, nieco obszernej publikacji, a jej spojrzenie zatrzymało się na słowie, które powtarzało się na tej stronie kilkukrotnie.


- Depresja – przeczytała na głos. - Jeżeli w ciągu kolejnych 14 dni, co najmniej 5 symptomów wskazanych przez WHO utrzymuje się, należy jak najszybciej zgłosić się do lekarza – przewróciła kartkę na następną stronę. - Brak energii, zmęczenie, smutek, utrata zainteresowań, zmiana apetytu, zaburzenie snu, niska samoocena, poczucie bezużyteczności, niepokój, lęk, myśli samobójcze…


Nie mogąc dłużej czytać o symptomach tej okropnej choroby, zamknęła z hukiem książkę, odkładając ją na półkę. Poczuła się nagle, jakby dostała pięścią w brzuch, gdzie wszystkie objawy zaczęły hulać w jej umyśle, niczym neonowe napisy, a wewnętrzne dziecko stanęło pośrodku by wskazać na nią oskarżycielsko palcem.


- Nic mi nie jest, nie jestem chora – potrząsnęła głową, starając się odepchnąć ze swojego umysłu widok jej wewnętrznego dziecka, nakazującego jej udać się po pomoc lekarską. - Nic mi nie jest… - powtarzała jak mantrę, zduszając w głowie, piskliwi głosik natrętnego wewnętrznego dziecka, które zaczęło zaciskać z nienaturalną siłą drobne rączki wokół jej ramion.

~*~


Wrzuciła do torebki pęk kluczy, chwytając klamkę, upewniając się, czy aby na pewno Oczytana jest zamknięta. Zdarzało się jej kilkukrotnie wracać do mieszkania, ledwo go opuszczając, po wyjściu do pracy, upewniając się, że drzwi na pewno są dobrze zamknięte i nic nie stanie się spokojnie drzemiącemu Krzywołapowi. Zapięła kurtkę pod samą brodę i wcisnęła zmarznięte dłonie do kieszeni. Zanim stanęła przy pasach, oczekując na zielone światło, spojrzała raz jeszcze na księgarnię i czerwone, jarzące się migotanie żarówek alarmu zawieszonego tuż przy drzwiach wejściowych. Załączyłaś go przed wyjściem, uspokój się, upomniała samą siebie, wkraczając wraz z innymi pieszymi na zebrę.


Mijała ludzi ślęczącymi nad parującymi kubkami w pobliskich kawiarniach. Wszyscy z nich byli tacy beztroscy, śmiejąc się głośno w towarzystwie innych, bliskich im osób. Hermiona przyłapała samą siebie, że znalazła się przed kawiarnią, w której kiedyś spotkała się z profesorem. Przy ich stoliku, siedziała właśnie jakaś młoda dziewczyna, z idealnie wykonanym manicure, ułożonymi połyskującymi włosami i piękną, promienną cerą, co chwila energicznie gestykulując do dziewczyny, siedzącej obok niej. Hermiona zastanawiała się, o czym rozmawiają, jaki temat właśnie poruszyły, że obie wybuchnęły gromkim śmiechem, o mało co nie strącając ze stolika latte. Wypuściła ciężko powietrze z płuc, ruszając przed siebie, zdając sobie sprawę, że tylko jej życie jest tak popaprane. Na pewno te dwie dziewczyny, nie utraciły pamięci, ani nikt im nie dosypał do drinka tabletki gwałtu. Gdyby tylko tak się stało, zapewne nie byłyby tak otwarte do przebywania w miejscach publicznych.


Skręciła w zaułek, którym jeszcze nigdy nie przemierzała, bynajmniej się jej tak zdawało, bo za nic nie mogła sobie przypomnieć tych kamieniczek. Obróciła się za siebie. Z oddali, na tle granatowego nieba widać było połyskujący szyld Oczytanej. Jak tylko o tym pomyślała, poczuła okropny ścisk w żołądku. To tutaj musi być ten bar!, wręcz krzyknęła do swojego wewnętrznego dziecka.


Profesor Snape zbyt wiele jej nie powiedział o tamtym wieczorze, zapewne sam będąc w szoku, co tak naprawdę miało miejsce. Hermiona rozejrzała się po migających ulicznych światłach i budynkach przeciwległych do ulicy. W ten jej oczom ukazał się neonowy szyld, który oświadczał, że można znaleźć w środku bar. Nie będąc pewną czy dobrze robi, zbliżyła się tam, widząc na zewnątrz grupkę kobiet, z której jedna z nich, miała uczepiony do włosów welon. Zapewne jeden z wielu przystanków ich wieczoru panieńskiego, pomyślała, spoglądając na drzwi wejściowe, w których zniknął pyzaty okularnik.


Pamiętając słowa profesora Snape’a, że znalazł ją za budynkiem, udała się tam, mijając zaparkowane auto z przyciemnionymi szybami. Za nic nie znalazłaby w sobie odwagi, aby przekroczyć próg baru i zapytać barmana, czy aby nie kojarzył jej z zeszłego tygodnia, czy nie widział jej w towarzystwie kogoś podejrzanego. Pacnęła się dłonią w myślach. W miejscu takim jak te przetaczają się setki osób, a barman akurat miałby zauważyć właśnie ją, pośród innych ludzi. Poszłaby do środka i co by mu powiedziała? Że nie pamięta, jak znalazła się w barze, że ktoś dosypał jej tabletkę gwałtu i o mało co nie zainteresował się jej ciałem? Zapewne zwyzywałby ją od alkoholiczek i łatwych dziewczyn, którym tylko film się urwał, pragnąc wyrwać forsę od nadzianego faceta, kupując ich milczenie, za rzekomą ciążę, którą ich obdarzono po szybkim numerku w toalecie.


Czuła się niewyobrażalnie źle, wiedząc, że to właśnie tu znalazł ją profesor Snape. Obróciła się szybko za siebie na przejeżdżający samochód. A co jeśli trafi zaraz na tego mężczyznę? Co jeśli on tylko pragnął znaleźć ją ponownie w tym miejscu, wiedząc, że wróci tutaj? Poczuła szybsze bicie serca. Powinna uciekać stąd najszybciej, jak się da, a nie spokojnie stać, spoglądając na elewację budynku. Gdyby krzyczała, ktoś usłyszałby ją? Czy tamtego piątkowego wieczoru próbowała krzyczeć? Nie pamiętała nic. Zadarła głowę w górę, spoglądając na pobliskie budynki. Powybijane okna, zabite deskami ramy. Na pewno nie było nikogo, kto zainteresowałby się ledwo trzymającą się na nogach dziewczyną.


Wyciągnęła telefon z torebki, włączając latarkę w telefonie. Oświetliła nią ściany budynku, szukając kamer, czy czegokolwiek innego, co mogłoby jej pomóc rozwiązać tę dziwną sytuację. Już miała schować telefon do torebki, nim nie zauważyła pod butami niewielkiej, czerwonej plamy. Uklękła, spoglądając na nią. Krew nie wyglądała na świeżą. Była tu wcześniej? Nie widziała na swoim ciele zadrapań, czy ran. Profesor Snape również nie wyglądał, jakby stracił trochę krwi. A może to była krew tego mężczyzny? Profesor wspomniał, że odepchnął go zaklęciem ogłuszającym. Może zdrapał sobie skórę na dłoniach, albo stłukł nos, padając na bruk? Chciała pochylić się nieco niżej, uważniej się jej przyjrzeć, nim telefon w jej dłoni nie zawibrował. O mało co nie straciła równowagi, kompletnie będąc skupioną na szkarłatnym płynie. Zerknęła na wyświetlacz telefonu.


- Profesor Snape – szepnęła pod nosem, czując, jak cieplejszy promień, rozlał się w okolicy serca.


Wyłączyła latarkę w telefonie i już miała schować go do torebki, nim usłyszała jak tylne drzwi od lokalu, otworzyły się z potężnym skrzypnięciem. Na zewnątrz wydostała się muzyka, która krążyła w barze, a przez drzwi wyszła para młodych ludzi intensywnie się całujących, kompletnie nieinteresujących się tym, że obok nich znajduje się obca osoba. Hermiona jak najszybciej wrzuciła telefon do torebki, oddalając się od pary kochanków.


~*~


Granger, daj znać, jak wrócisz do domu.


Severus Snape

Mistrz Eliksirów


Odłożył telefon na stolik, wpatrując się w czarny ekran. Już od kilku dni o tej samej porze wysyłał jej wiadomość, czekając na odpowiedź zwrotną. Zawsze jakoś lżej się czuł, gdy dała mu znać, że wróciła do domu, że nic jej nie jest. A on nie wiedząc czemu, czuł wtedy spadający z barków ciężar. Ostatnie wydarzenia również jemu dały mocno w kość.


Ponownie skupił swoją uwagę na wywarze, który stał na palenisku. Cały dzień, zresztą jak poprzednie spędził w pracowni, kompletując podstawowe eliksiry lecznicze służące jemu i niekiedy Malfoyowi. Próbował również wynaleźć eliksir, który, chociaż w minimalny sposób przywróci funkcjonowanie nerwów Granger do pierwotnego stanu. I chociaż początkowo miał dobre przeczucia, że jest na właściwej drodze, że wszystko idzie po jego myśli, tak teraz, nie był niczego pewien. Kolejna mikstura była do niczego. I chociaż był najlepszym z Mistrzów Eliksirów, takie niepowodzenie plamiło jego honor.


Wypróbował niemal wszystkich mikstur, zużył niemal cały swój zapas, by wynaleźć eliksir dla Granger, jednak za każdym razem coś szło nie tak. Nie chodziło o to, że Mistrz Eliksirów utracił swój fach, że nie jest już taki dobry, jak kiedyś, tylko to, że przypadek Granger był tak prosty, a jednocześnie skomplikowany, że Snape stawał dosłownie na rzęsach. Mógł ją oczywiście poić wszystkimi miksturami, jednak wiedział, że żaden z nich nie zadziała, że nie są na tyle silne, by zniszczyć wciąż panującą w jej ciele klątwę cruciatus. Były to silne mikstury, zapewne mogące pomóc innym, jednak do walki z czarną magią nie miały szans.


Zdawał sobie sprawę, że nigdy nikomu nie udało się odwrócić skutków cruciatusa, że czas, z którym Granger zmaga się z drżeniem dłoni, już dawno powinny zakwalifikować ją do przegranej pozycji. Być może nigdy nie zahamuje drżenia samoistnego całkowicie, może nie przywróci nerwów do pierwotnego stanu, tak będzie się czuł lepiej, wiedząc, że próbował cokolwiek zrobić, aby jej pomóc.


Przerażała go myśl, że jego możliwości już dawno wyparowały, że całe to przywrócenie zdrowia Granger, po czarno magicznym zaklęciu jest jedną wielką bzdurą, że w tym wszystkim oszukuje samego siebie. Spędzając całe dnie w pracowni, próbował uciekać myślami od dziewczyny z burzą włosów na głowie, skupiając się na eliksirze, który nigdy nie powstanie. Próbował sam siebie oszukać, że może jest cień szansy, aby pomóc jej, przywrócić jej nerwy do pierwotnego stanu, zmniejszyć drżenie samoistne. Wiedział, że jego wysiłki i dobre chęci, były niczym przy okrutnej prawdzie. Nie można było jej pomóc. To czarna magia, a nie leczenie przeziębienia.


- Martwisz się o nią – odezwał się jakiś głosik w jego głowie. Snape zamknął z hukiem obszerną księgę, kręcąc głową, kompletnie nie mogąc zgodzić się z tą bzdurą, którą podsyła mu jego własna wyobraźnia. - Samego siebie nie oszukasz – dodał na koniec filozoficznym tonem.


Telefon na blacie zawibrował, sprowadzając go na ziemię. Machnięciem różdżki opróżnił zawartość kociołka i posprzątał pracownie przy użyciu prostego chołoszczyć. Pogasił światła, zabezpieczył zaklęciem pracownię, oddalając się do salonu. Gdy tylko odblokował telefon, na jego wąskich wargach ukazało się coś na kształt uśmiechu, zapewne niewidocznego dla mało spostrzegawczego obserwatora.


Dobry wieczór profesorze. Melduję się, jestem już w domu :)


Hermiona Granger

Właścicielka księgarni „Oczytana”


P.S. Może jakiś film?


Dziwiąc się samemu sobie, uśmiechnął się lekko pod nosem, wchodząc pod prysznic. Zmył z siebie uciążliwe i duszące opary z mikstur, nad którymi spędził ostatnie kilka godzin. Przymknął powieki, zastanawiając się co on właściwie, ze sobą robi. Ogarnia go dziwne poczucie spokoju i euforii, gdy tylko jego myśli zahaczą o Granger. Bez większego zastanowienia wybiera ponad innymi sprawami. Przecież nie powinna go w ogóle obchodzić ta smarkula. Nie powinien nawet na moment o niej myśleć, spędzać z nią czas, ani próbować odnaleźć do niej drogę pośród innych spraw, by tylko zobaczyć kolejny raz byłą Gryfonkę.


Położył dłoń po lewej stronie klatki, oddychając ciężko. Czyżby możliwe było to, że po tylu latach zaczął miewać ludzkie odruchy? Zaczął czuć jakiekolwiek emocje, zwłaszcza pozytywne? Pokręcił głową, zakręcając kurki z wodą.


- Mięczakiem się robisz na stare lata – skarcił samego siebie, przepasając w biodrach puchaty ręcznik.


~*~


Krzywołap słysząc dzwonek do drzwi, zerwał się z fotela, na którym dotychczas leżał i podbiegł w ich stronę, miaucząc przeciągle. Po niedługiej chwili tuż obok niego zjawiła się jego pani, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Zdecydował się, pomyślała, chwytając za klamkę.


- Cała flota mnie wita – rzucił nieco kąśliwie na powitanie Snape, głaszcząc na swoje niedowierzanie Krzywołapa po gęstym futrze.

- Zawsze i wszędzie profesorze.

I gdy tylko wyprostował barki, spoglądając na nią, poczuła, jak zabrakło jej tchu. Stał przed nią z włosami spiętymi rzemykiem, a parę nieco wilgotnych kosmyków, opadło mu na twarz. Woń perfum, których użył, doszczętnie nią zawładnęła, porywając w dzikie tango, którego nie potrafiła zrozumieć. Intensywność jego spojrzenia sprawiła, że czuła się przy nim malutka, dosłownie jakby była wielkości Krzywołapa. Nie mogąc się powstrzymać, pozwoliła sobie zahaczyć wzrokiem o jego kości jarzmowe, następnie na szczękę i szyję, na której zarysowane było jabłko Adama. Przełknęła gule w gardle, wiedząc, że zapewne wpatruję się w nią, mając wysoko uniesioną jedną z brwi.

- Coś do picia? - zapytała pośpiesznie, przekręcając zamek w drzwiach.

- Herbata może być.


Czuła na swoich plecach jego spojrzenie, gdy tylko krążył po salonie. Lekko drżącymi rękoma wyciągnęła dwa kubki z szafki, kładąc je na blacie. Tak jak wcześniej mogła z nim swobodnie rozmawiać, tak teraz, czuła się onieśmielona, kompletnie nie rozumiejąc tego stanu. Zagryzła wargę, starając się uspokoić.


- Wybrałaś jakiś film?

- Profesor chyba będzie na mnie zły – spojrzała na niego niepewnie, chwytając za parujące kubki. - Próbowałam znaleźć jakiś film, ale przez tę pogodę, antena nie łapie sygnału. Za silny wiatr jest. Przepraszam… - rzuciła, siadając na kanapie.

- Właściwie to nawet nie miałem ochoty na żaden film – zajął miejsce obok niej, a Krzywołap po chwili usadowił się pomiędzy nimi, kładąc łepek na kolanie mężczyzny. - Coś się działo przez ostatnie dnie?

- Wszystko było w porządku.

Uśmiechnęła się delikatnie, chwytając za kubek, a on dopiero zrozumiał, dlaczego dziwne siły ciągnęły go do niej. Granger była ucieleśnieniem dobra i zagubionej, zranionej duszy jednocześnie. Snape nie rozumiał, dlaczego właśnie on sam położył na swoich barkach ogromny ciężar strzeżenia jej. Właściwie nie wiedział, dlaczego za wszelką cenę próbował zapewnić jej bezpieczeństwo. Może gdzieś głęboko w sobie wiedział, że Granger była zagubioną duszą potrzebującą pomocy. Może po prostu zaczął ją… lubić? Nie na pewno nie, zaparł się od razu w myślach, kręcąc głową, na co zdziwiona Granger, spojrzała na niego, znad parującego kubka.


- Na pewno? - dopytał nieco podejrzliwie po chwili.

- Nie działo się nic niepokojącego profesorze.


Przecież nie mogła mu powiedzieć, że traci już całkowicie zmysły, oglądając się za siebie na każdym kroku, że podejrzewa dosłownie wszystkich, których mija na ulicy o dosypanie jej do drinka tabletki gwałtu. Złapałby się za głowę, gdyby tylko wiedział, jakie przerażające tango hula w jej umyśle. Byłby na nią zły, a tego by nie chciała. Zapewne próbowałby ją uspokoić, mówiąc, że nic jej nie grozi, że jest bezpieczna. Upiła dość spory łyk herbaty, zastanawiając się, co zrobiłby, wiedząc, że pojawiła się dziś na tyłach tego nieszczęsnego baru. Chciała tylko sprawdzić, czy coś może pamięta z tamtego wieczoru, być może byłby cień szansy, że przypomniałaby sobie cokolwiek. Planowała już otworzyć usta, zwierzyć mu się, że niczego nie odkryła, ale w porę je zamknęła, besztając się w myślach. Byłby na nią wściekły, że pojawiła się tam. Już wyobraziła sobie, jak unosi w złowrogi sposób palec ku górze, mrużąc przy tym niebezpiecznie oczy. Im mniej wie, tym lepiej, pomyślała.


- Od jutra nie będę dostępny przez dwa dni – odezwał się, patrząc gdzieś przed siebie.


Poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Wyjeżdża? Zostawia mnie?, pomyślała skołowana, uważnie analizując jego twarz. Nagle, otoczyło ją przerażające uczucie wyobcowania, że utraci swą deskę ratunku, że zabraknie go gdyby coś miało się wydarzyć.


Uspokój się!, zbeształo ją w myślach wewnętrzne dziecko. Zrozum, że nic się nie dzieje, dodało na koniec nieco przemądrzałym tonem. To prawda w ciągu ostatniego tygodnia nic niepokojącego nie miało miejsca. Może tak naprawdę ta tabletka gwałtu nie miała być dla niej? Może wypiła drink innej dziewczyny, ratując jej przy tym życie? Chciała liczyć, że tak właśnie było, pomimo wszystkich przerażających szeptów, które podrzucała jej wyobraźnia. Zrozum, że to była fikcja, nic nie miało tak naprawdę miejsca, pomyślała przerażona tym, że to być może jej mózg z nią pogrywa, podrzucając jej chore i sprzeczne obrazy, że w tym wszystkim to ona potrzebuje pomocy.


- Wyjeżdża pan?


Zauważył, jak wyprostowała barki, wpatrując się w niego uważnie. Zarejestrował jakby gasnący blask w jej oczach. Czyżby Granger ogarnął smutek? Nie uszło jego uwadze, jak zaczęła wyginać palce. Widział takie zachowanie u niej, nie po raz pierwszy. Denerwuje się, pomyślał, mrużąc oczy. Czym?


- Potrzebuję zebrać parę ingrediencji do eliksirów – odpowiedział. Nie chciał się jej przyznać, że jego zbiory są praktycznie puste, po nieudanych próbach wynalezienia dla niej eliksiru.

- Daleko pan wyjeżdża?

- Do Doliny Selakano – upił trochę przestudzonej herbaty. - Wyglądasz, jakbyś miała tęsknić, Granger – rzucił nieco kąśliwie. - Chcesz się ze mną wybrać? - zażartował.

- Mogłabym? - zapytała niepewnie, a ten dopiero zrozumiał, że ona odebrała całkiem poważnie jego pytanie. - To znaczy… nie… - zająkała się zmieszana widząc jego minę. - Proszę o tym zapomnieć.

Podrapała się po karku, a następnie chwyciła do połowy opróżniony kubek, stwierdzając, że herbata jednak jej nie smakuje. Patrzył, jak się oddala, nie rozumiejąc kompletnie jej zachowania. Czy przydałaby mu się pomoc w poszukiwaniu ingrediencji? Zapewne nie. Okazy, których miał poszukać, nie były wybitnie trudnymi do odnalezienia. Jednak jakiś głosik w jego głowie podpowiadał mu, że całkiem znośnie byłoby mieć towarzystwo obok.


- Granger – podążył za nią do kuchni, gdzie stała oparta dłońmi o blat, wpatrując się w okno. - Będę się już zbierać.

- Oczywiście profesorze – odwróciła się za siebie, posyłając w jego stronę nieco niepewny, wymuszony uśmiech. - Dziękuję za towarzystwo.

- Herbata była względnie dobra – postawił na blacie pusty kubek, a na jego wargach ukazało się coś, na kształt półuśmiechu.

Był już przy drzwiach wyjściowych, gdy odwrócił się za siebie. Stała nieruchomo, obejmując się ramionami. Oczy były pozbawione blasku, jakby były martwe, nie posiadając w sobie ani grama wesołych iskierek. Już niejednokrotnie zauważył to u niej, lecz za każdym razem, coraz bardziej ten widok nie podobał się mu. Chwycił za klamkę, biorąc głęboki oddech.


- Weź ze sobą tylko ciepłe rzeczy i wygodne buty, nic innego nie potrzebujesz. Będę o siódmej – i wyszedł, nie oczekując nawet odpowiedzi z jej strony. Zostawił ją całkowicie samą z lekkim szokiem zmalowanym na twarzy.


~*~


Hulający wiatr wzmógł na sile, zrywając linie wysokiego napięcia. Hermiona jak i setka innych mieszkańców zamieszkujących jej okolicę została pozbawiona prądu. Tuż po wyjściu profesora zapaliła świece w salonie, chcąc nadać mieszkaniu chociaż trochę przyjemnego ciepła. Malutka cząstka niej cieszyła się na wieść o wyjeździe w poszukiwaniu ingrediencji do eliksirów. Demony przeszłości podrzucały jej myśl, że może poczuje się jak kiedyś, gdy wspólnie odbywali podróże, wykonując misje dla Zakonu. Pomyślała o fotografii spoczywającej w szafce nocnej, którą wykonała na jednej z takich wypraw. Ogromny ból przeszył jej serce, gdy wspomnienia w zastraszającym tempie zaczęły przeskakiwać jej przed oczami. Widziała, jak chodzili skąpani w deszczu, poszukując rzadkich i trudno dostępnych roślin, albo jak siedzieli pod drzewem, czekając na odpowiedni moment zebrania drogocennych owadów, których suszone skrzydła, były niezwykle cennym składnikiem w magicznym świecie. Na jej policzkach ukazał się delikatny i nieco nieśmiały uśmiech, gdy przed oczami ujrzała scenkę, gdy leżeli na sobie w nieco niezręcznej pozycji w namiocie, a ona miała dziwną ochotę skosztować wtedy ust swojego profesora. Pokręciła głową, starając się odrzucić te myśli od siebie. To jest przeszłość, którą powinna już dawno oddzielić wysokim murem od swojego życia.


Wewnętrzne dziecko, które wyszło z kąta, nakazało jej spojrzeć inaczej na zbliżający się nowy dzień. Spędzi czas w towarzystwie mężczyzny, który ostatnimi czasy zrobił dla niej tak wiele. Będą mogli wspólnie posiedzieć, porozmawiać, a ona będzie musiała zrozumieć, że przeszłość, która ciągnie się za nią, jest skończonym tematem, do którego nie powinna już nigdy wracać.


Światło w salonie rozbłysło, rażąc ją swym blaskiem. Malutkie radio, na kuchennym blacie zawyło denną balladą, powodując nieprzyjemne dreszcze na plecach. Sądziła, że awaria potrwa znacznie dłużej, a prąd wróci dopiero nad ranem. Miłe zaskoczenie, pomyślała z małą nutką goryczy, na wizję gaszenia wszystkich świec, rozstawionych w salonie. Jednak wpierw musiała wyłączyć radio, które wprawiało ją w głębsze przytłoczenie.


Po kilku intensywnych godzinach walki ze swoim umysłem, starając się usunąć wizję przeszłości ze swojego umysłu, usiadła skulona w fotelu, czytając publikację, którą wzięła z księgarni. Początkowo biła się ze swoimi myślami, wyzywając samą siebie od słabeuszek, które na siłę próbuje wynaleźć sobie jakąś chorobę. Jednak z każdym przeczytanym rozdziałem, czuła, że coraz bardziej osuwa się ze stabilnego muru, pod którym stała. Drżała wewnątrz na samą myśl strachu, który odbierał jej tlen, który nie pozwalał jej w żaden racjonalny sposób spoglądać na otaczający ją świat. W pewnym momencie wybuchnęła płaczem, rzucając książką w bok.


- Kogo ty chcesz oszukać Hermiono – zagryzła wargę do krwi, ocierając z policzków łzy. - To trwa już zbyt długo, potrzebujesz pomocy…


Pomyślała o różdżce, która spoczywała w głębi szafy, o magii, której bała się używać. Myślała o rodzicach, których jeszcze nie odnalazła, o martwej twarzy Neville’a i uśmiechniętej Luny… o tym, że usunęła wspomnienia jednego z ważniejszych mężczyzn ostatnich czasy w swoim życiu. Przed jej oczami przetoczyła się setka wizji, która jeszcze bardziej pogłębiała u niej rozterkę i wewnętrzny ból.


W kuchni otworzyła wino i nie trudząc się z nalaniem rubinowego płynu do kieliszka, wzięła potężny łyk wprost z butelki. Zakaszlała głośno, ponownie zalewając się łzami. Z kieszeni spodni wyciągnęła telefon i wybrała jeden z niewielu kontaktów, który posiadała. Już nie walczyła ze sobą, dała się poprowadzić swojemu wewnętrznemu dziecku, wybierając połączenie.


- Hallo?


Pociągnęła głośno nosem, czując przeraźliwy ból w gardle. Słyszała swój własny, przyśpieszony oddech. Czuła, jak spocone dłonie, zaciskają się kurczowo na telefonie, jak osłabione ciało, drży niekontrolowanie. Czuła, jak tonie w bagnie własnego strachu i przerażenia, jak wydarzenia z ostatnich tygodni odbierają jej życiodajny tlen.


- Hallo?

- Malfoy...

- Hermiona? - usłyszała ten spokojny, kojący głos po drugiej stronie, który sprawił, że chociaż przez moment poczuła, że podejmuje słuszną decyzję. - Coś się stało?


Oczywiście, że coś się stało, pomyślała zrozpaczona. Dziwne zdjęcia, które dostała, śledzenie ją w nocy, odurzenie jej specyfikiem, nagła choroba pani Morgan, wojna, którą wciąż pamięta, koszmary nawiedzające jej każdej nocy i ten nieszczęsny profesor, któremu wymazała pamięć.


- Przepraszam, że dzwonię o tej godzinie, ale – zacięła się, zaciskając palce na butelce z winem. Wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić. - Potrzebuję twojej pomocy…


Krzywołap zeskoczył z kanapy, obserwując swoją panią zalaną łzami. Stała tam młoda kobieta, siłą trzymając telefon przy uchu. Drżała na całym ciele, nie potrafiąc ukoić nieprzyjemnych spazmów. I chociaż Krzywołap był mądrym kotem, rozumiał wiele spraw, tak był pewien, że jego pani, właśnie podjęła jedną z cięższych, ale i ważniejszych decyzji w swoim życiu. To już nie była ta sama dziewczyna sprzed kilku laty, którą można było spotkać na korytarzach zamku, ściskając pod pachą opasłe tomiszcze Historii Magii. Tamta dziewczyna już dawno nie istniała. Stała przed nim zagubiona i zraniona przeszłością kobieta, kompletnie zagubiona w świecie, w którym się znalazła, w świecie, który po części i ona sama wykreowała. Upadła na kolana, przyciskając telefon do piersi. I gdyby tylko Krzywołap chciał wziąć na siebie cały ból swojej pani, tak nie mógł, wiedząc, że to ona musi się uporać z demonami przeszłości, że to jest w końcu ten czas, by stawić im czoła.






~*~


Dzień dooobry! ♥


Drogi Czytelniku 💕🙏 Witam Cię ponownie w moim magicznym świecie. Z całego serca przepraszam za dość długą nieobecność, która była spowodowana... życiem. Mam nadzieję, że uda mi się odnaleźć regularność, aby móc zaskakiwać Cię nowymi przygodami Hermiony i Severusa (nie zapominając oczywiście o Krzywołapie 🙏).

Z całego serca dziękuję, że tu jesteś i cierpliwie na mnie czekałaś/eś! 🥰


I... jak wyszło? 🤔 Wyszłam z wprawy po takim czasie, czy jest jeszcze w granicach przyzwoitości? 😅🙈 Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz swoją opinię w komentarzu 😇

Również zapraszam Cię serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy rozdział.

Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻


Będzie mi bardzo miło, móc gościć Cię tam 💕


Kolejny rozdział tuż, tuż. Uważnie wyczekuj sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.

środa, 2 marca 2022

Rozdział 20 - Déjà vu

  

Snape chodził nieobecny przez następne dnie. Zachowywał się jakby ciałem był w Rye, a myślami wędrował tylko w sobie znanym kierunku. Kilkukrotnie o mały włos nie wpadł na ludzi, kręcących się po ulicznym targowisku z plecionymi koszykami wypchanymi świeżym pieczywem, owocami i warzywami od lokalnych sprzedawców. Mieszkańcy powoli przyzwyczaili się do nieco dziwnego, małomównego mężczyzny, spod numeru dziewiątego, który znalazł się w Rye przed dwóch laty. Nikt tak naprawdę nie znał go z imienia i nazwiska, czując dziwną, trudną do opisania i zrozumienia aurę, unoszącą się nad mężczyzną, która wręcz odpychała mieszkańców od nowo przybyłego gościa.


Rzadko widziano go w ciągu dnia, a gdy już wyszedł na główne ulice Rye, przemykał szybko między uliczkami, nie chcąc być wciągniętym w durnowate rozmowy mieszkańców. Nie udzielał się w akcje charytatywne, nie uczestniczył w wieczornych spotkaniach przy domu parafialnym St. Mary's Church, nie widziano go również na wieczorkach poetyckich organizowanych przez tamtejsze koło gospodyń wiejskich. Jedynym miejscem, gdzie można było go zastać jeszcze kilka miesięcy temu, była tamtejsza biblioteka miejska. Jej zbiór był tak ubogi i ukrojony, że widziano go kilka razy, jak odnosił książki, przeczytawszy wszystkie interesujące go pozycje.


W swoim mieszkaniu w Rye również chodził nieobecny, chaotycznie wykonywał obowiązki, będąc pozbawionym grama koncentracji. A to wcześniej nigdy nie miało miejsca. Praktycznie nie słuchał, co mówił do niego Draco, wzruszając jedynie ramionami by tylko młodszy czarodziej, mógł się od niego odczepić. Któregoś dnia Malfoy w końcu nie wytrzymał, rzucił w bok trzymaną ścierką i wyrwał mężczyźnie chochlę, którą już miał zanurzać w bulgoczącym kociołku. Starszy czarodziej jakby wybudził się z transu, rzucając chłodne spojrzenie na towarzysza. Zapewne jeszcze przed kilku laty, taki widok mógł przerazić młodszego czarodzieja, sprawiając, że kuliłby się pod bacznym wzrokiem wuja. Ten dojrzalszy i bogatszy w doświadczenia Ślizgon, jedynie zwęził źrenice, nie spuszczając wzroku ze starszego czarodzieja.


- Snape co się z tobą dzieje? - zapytał Draco.

- Co ty wyprawiasz dzieciaku? Oddaj mi tę chochlę – wycedził przez zęby.

- Skup się. Warzymy napój leczący z czyraków – upomniał go Malfoy. - Przed zamieszaniem trzeba dodać marynowane kręgosłupy jeżanek. Snape – pstryknął palcami. - Snape!

- Dokończ to Draco – warknął ni to obrażony, ni to zły Snape opuszczając w dół rękawy fartucha ochronnego.

Draco rzucił mu pytające spojrzenie, gdy ten opuścił pracownię, trzaskając drzwiami. Mieszał powoli w wywarze, aby nie dopuścić do uszkodzenia jeżanek. Następnie dodał odpowiednią ilość podduszonych rogatych ślimaków. Jako ostatni etap wrzucił kolce jeżozwierza i odczekał równo trzy minuty, zanim machnął różdżką nad kociołkiem, zabezpieczając eliksir. Zostawił go do ostygnięcia i uprzątnął pracownię, zgasiwszy na sam koniec światło.


Nie było go w kuchni, ani w salonie zajmując ulubiony fotel. Zastał wuja dopiero na werandzie ze szklaneczką Ognistej Whisky w dłoni. Przyjemnie chłodny wiatr wdarł się do mieszkania, poruszając ciemnymi zasłonami. Zamknął za sobą drzwi, ujrzawszy drugie szkło, które leżało na stoliku, zapewne będąc przygotowane dla niego. Chwycił więc je, siadając obok w fotelu. Spojrzał na płynącą spokojnie w oddali rzekę Rother, a potem na Snape’a, którego szczęka była niebezpiecznie zaciśnięta.


- Przez całe swoje życie, nigdy nie spotkałem się z tym, aby najlepszy Mistrz Eliksirów pomylił kroki przy wywarze. Co się z tobą dzieje Snape?

- Nic się nie dzieje.

- Przecież widzę… - upił łyk alkoholu, czując przyjemne ciepło w przełyku. - Odkąd wróciłeś od Granger nie jesteś sobą.

- Nic mi nie jest – dorzucił, dobitnie podkreślając każde słowo. Draco jedynie uniósł brew ku górze.

Młody Ślizgon założył nogę na nogę, bawiąc się alkoholem w szklaneczce. Snape wyglądał, jakby miał za chwilę stracić nad sobą kontrolę. Żyłka na jego czole niebezpiecznie drżała, źrenice byłe zwężone, a oddech krótki i płytki. Malfoy znał go na tyle długo, że widział, iż jedyną rzeczą czego potrzebuje wuj, było danie mu czasu na pozbieranie rozbieganych myśli. Sam zaszył się w swojej świadomości, próbując zrozumieć, co takiego stało się tamtej nocy, gdzie Snape pośpiesznie opuścił mieszkanie, a wrócił dopiero kilka godzin później praktycznie nad ranem, całkowicie spięty i małomówny.

- Uczą was tam jak zrozumieć kobiety? - zapytał w końcu, lekko kwaśnym tonem.

- Słucham? - odstawił szklaneczkę na stolik. - Masz problemy z Granger?

- I z czego się śmiejesz? - warknął widząc zanoszącego się śmiechem Malfoya. - Kto powiedział, że to Granger?

- Nie masz kontaktu z inną kobietą, Snape.

- Chrzań się Malfoy – odpyskował niczym nastolatek, wypijając do końca zawartość Ognistej. Draco wiedział, że takie wyznanie było czymś wielkim ze strony wuja, który zawsze był skryty i zamknięty w sobie, otaczając się z każdej ze stron, wysokim murem.

- Co się dzieje? - zapytał już spokojniej.

- Granger jest jakaś... dziwna? - spoglądał na rzekę Rother, nie zaszczycając młodszego ani jednym spojrzeniem. - Odniosłem ostatnio wrażenie, że mnie… lubi?

- Lubi? To chyba dobrze – przytaknął głową. - Widać, że nieźle się dogadujecie.

- Nie bądź śmieszny – prychnął pogardliwie.

- A kto leciał do niej w środku nocy? Odwiedza ją bez powodu w Londynie? Wraz z nią zjawia się u pani Morgan? Kupuje jej jedzenie?

- Czułem, że muszę to zrobić.

- A żałowałeś tego? Zrobiłeś coś wbrew sobie? - Snape przeniósł na niego spojrzenie.

- Nie… wszystko zrobiłem z własnej woli. Chciałem to zrobić.

- Więc masz odpowiedź.

- Jaką odpowiedź?

- Lubisz Granger.

W jednej sekundzie Snape pobladł, a w drugiej prychnął tak głośno, jakby słowa Draco były totalną bzdurą. Nalał sobie Ognistej Whisky do szklaneczki i zamoczył w niej usta, odpływając myślami tylko w sobie znanym kierunku. Czy lubił Granger? Nie miał pojęcia. Tak jak kiedyś określił, że jest w niej coś tajemniczego i ciekawego zarazem, tak teraz, to uczucie spotęgowało się, a Snape kompletnie tego nie rozumiał.


Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, gdy dotarło do niego, w jakiej pozycji znalazł się z Granger parę dni temu. Nie zarejestrował w tamtym momencie tej dziwnej bliskości między nimi i to, w jaki sposób leżeli przez dłuższą chwilę na dywanie, albo to jak przyparł ją do muru na peronie, a przecież mógł ją tylko chwycić za łokieć, odciągając w bok. O Merlinie… albo jak trzymał ją za dłoń. Poczuł wbijające się kolce w kark, więc szybko pokręcił głową, odrzucając od siebie wspomnienia ostatnich dni.


- Mam jakieś dziwne déjà vu.

- Z czym konkretnie?

- Sam nie wiem. Z Granger? - zastanowił się na głos. Jakoś nienaturalnie dobrze się z nią dogaduje, pomyślał.

- Dwa tęgie umysły się spotkały. Granger nie jest taka zła do rozmowy, jak się wydaje.

- Sam nie wiem… jeszcze na stare lata potrzebne mi takie problemy.

- Ciężko zrozumieć kobiety – odpowiedział swoim filozoficznym tonem Malfoy, na co Snape jedynie wywrócił oczami.


Kiedy młodszy zaszył się w swoim pokoju studiując magomedyczne księgi, Snape w tym czasie siedział w salonie, próbując rozgryźć to dziwne uczucie, które go ogarniało za każdym razem, gdy Granger pojawiła się przed jego oczami. A jak zawsze miał do niektórych spraw olewający stosunek, nawet nie poświęcając chwili swojej uwagi na coś, co nie było tego godne, tak tutaj, nie potrafił zrozumieć samego siebie, kiedy samoczynnie zaczynał myśleć o Granger. A to absolutnie mu się nie podobało, że jakaś młoda dziewucha zabiera mu cenny czas, pojawiając się w jego umyśle. I chociaż biłby się ze sobą, pluł sobie w brodę to w jakiś dziwny i kuriozalny sposób, lubił widzieć oczami wyobraźni stojącą ją ze swoim kotem w ramionach. Uśmiechnął się lekko pod nosem, czując, że na stare lata naprawdę zaczyna tracić zmysły, a wszystkiemu była winna Granger. Bo któż by inny.


~*~


Rye żyło własnym życiem. Zbliżająca się wielkimi krokami jesień również dała o sobie znać mieszkańcom malutkiej mieściny. Na kamiennych ścieżkach można było znaleźć złote i ognisto czerwone liście, porwane przez hulający wiatr. Rzeka Rother płynęła spokojnie, nie zwracając uwagi na zmieniający się krajobraz wokół niej, ani na ptaki, które lecąc w kluczu, oddalały się od Rye tylko w im, znanym kierunku.


Takie dni jak te Snape lubił najbardziej. Nie chciał się nikomu przyznać, ale uczucie było całkiem znośne, gdy mógł wyjść na ganek, zarzucając na barki nieco cieplejszy sweter. W dłoni trzymał gorący kubek z kawą, której zapach drażnił jego nozdrza. Co rusz wrzucał do ust słone orzeszki, głośno je rozgryzając między zębami. Po latach spędzonych jako podwójny szpieg, biegający od jednego pana, do drugiego, taka zwykła chwila, móc posiedzieć na ganku i spojrzeć na ciemniejące niebo, które o tej porze roku było przepiękne, było dla niego czymś abstrakcyjnym. Przez wiele lat, nie mógł żyć jak wolny człowiek, spokojnie pijąc kawę w swoich kwaterach w Hogwarcie, wiedząc, że zaraz zostanie wezwany przez któregoś ze szaleńców.


Pozwolił swoim myślą zawędrować do Londynu i do księgarni, lub kamienicy, w której znajdowała się zapewne Granger. Znów nie miał z nią kontaktu przez ostatnie dnie. Chyba sam celowo jej unikał, nie mogąc zrozumieć, co tak naprawdę zaszło między nimi. Co prawda nic nie zaszło, ale Snape miał jakieś dziwne przeczucie, że coś musiało mu umknąć przez ostatnie tygodnie. Jak wspomniał Draco o dziwnym poczuciu déjà vu ostatnimi czasy, tak nie mógł odepchnąć myśli, że coś musiało być na rzeczy. Jako wieloletni szpieg po prostu czuł, że coś mogło być nie tak, tylko nie miał pojęcia gdzie i od czego zacząć, by poskładać wszystkie brakujące puzzle w całość.


- Urojenia starego szpiega… - mruknął sam do siebie, kręcąc głową. Może tak naprawdę wszystko było w porządku? Może to déjà vu, które odczuł, było zwykłą łatką przeszłości, starymi przyzwyczajeniami dawnego życia szpiega?


Siedział tak długo, że nie zdał sobie sprawy, że ściemniło się całkowicie, a kawa, którą opróżnił tylko do połowy całkowicie już ostygła. Miał się zbierać do środka, zaszyć się w jakiejś lekturze nim telefon na stoliku zawibrował na sekundę. Snape uniósł brew ku górze, gdy wibracje ustały. Nie kłopocząc się, by sprawdzić ten krótki sygnał, od kogo mógł być, wcisnął telefon w kieszeń spodni i chwycił kubek, wchodząc do mieszkania. Już miał opadać na sofę, nim telefon ponownie nie zawibrował. Tym razem połączenie było dłuższe, a poprzez wyciszone urządzenie, dźwięk wibracji stał się o wiele bardziej nieznośny. Wyciągnął telefon z kieszeni, unosząc brew ku górze. Granger, pomyślał o dziewczynie z burzą loków wpatrując się w nazwę kontaktu.


- Przypomniałaś sobie, że istnieje? - rzucił jak na siebie nieco zabawnym tonem, opadając na sofę.

- Cały czas o panu myślę profesorze – poczuł się nieco zaskoczony jej bezpośredniością. Usłyszał, jak zachichotała do telefonu. - Bałam się, że zapomniał pan o mnie po tym… po tym...

- Granger, czyś ty piła? - przerwał jej ostro, prostując barki.

- Ja? - czknęła. - Tak troszeczkę tylko – zachichotała ponownie do telefonu.

- Kładź się spać lepiej.

- Spanie jest dla mięczaków – powiedziała nieco poważniejszym tonem. Gdyby stał obok niej, zapewne mógłby ujrzeć, jak unosi w filozoficzny sposób palec ku górze.

- Gdzie ty jesteś? Co to za głosy w tle? - zapytał nagle, usłyszawszy stukot szkła i głośne śmiechy.

- Nie wiem...

- Gdzie jesteś? - powtórzył nieco władczym tonem, aby skupiła się na rozmowie z nim, aby udzieliła mu odpowiedzi, a nie na tym co dzieje się wokół niej.

- W jakimś barze, na jakiejś ulicy… nie wiem – sapnęła do telefonu. - Moja głowa… - mruknęła. - Nie powinnam pić tego drinka… on jest taki miły...

Snape poczuł jakby ktoś, wrzucił mu do żołądka woreczek z lodem. Ledwo co mógł zrozumieć z paplaniny upitej byłej uczennicy, ale ostatnia jej wypowiedź, sprawiła, że zimny dreszcz przeleciał mu wzdłuż kręgosłupa. Zacisnął palce na telefonie, starając się oddychać spokojnie.

- Co to za miejsce? Gdzie jesteś?

- W barze… chyba koło Oczytanej… gdzieś na rogu…

- Zaraz będę po ciebie.

- Tak strasznie spać mi się chce… - mruknęła coraz ciszej, zanim się nie rozłączyła, omyłkowo kończąc połączenie.

- Granger? Granger?! - spojrzał na telefon. - Cholera – chwycił ze stolika różdżkę, zmierzając ku polu teleportacyjnemu przed domem.


Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Wylądował pomiędzy dwoma obskurnymi budynkami. Wcisnął różdżkę za pasek spodni i wyszedł na zalaną światłem latarni ulicę, wpadając na jakiegoś starszego mężczyznę. Skinieniem głowy przeprosił go, rozglądając się wokół. Gdzieś po drugiej stronie ulicy, zauważył połyskujący szyld Oczytanej, jeśli Granger miała rację, musiał znajdować się gdzieś blisko niej. Zaczął maszerować szybkim krokiem, rozglądając się wokół. Minął jeden zakręt i wnet ujrzał grupkę młodych ludzi stojących na chodniku i głośno zanoszących się śmiechem. W dłoniach trzymali kolorowe drinki, a niektórzy z nich palili papierosy. Spojrzał w górę. Neonowy szyld oznaczał, że można było znaleźć tam bar.


Wyciągnął telefon wybierając połączanie z Granger. Sygnał ciągnął się w nieskończoność, jednak nie odebrała telefonu. Wybrał ponownie jej numer, rozglądając się wokół ludzi, nasłuchując dźwięku połączenia, kompletnie nie wiedząc nawet, jaki Granger ma dzwonek. Nie widząc innego wyjścia, wszedł do środka zatęchłego baru. Było tam dość ciemno, a ludzi było sporo, więc niemożliwym było dla niego odnalezienie w takim tłumie pijanej Granger.


Kompletnie nie przejmując się ledwo kontaktującymi, całkowicie pijanymi mugolami wokół niego, wyciągnął zza paska spodni różdżkę, szepcząc pod nosem: Avenseguim. Skierował strugę pomarańczowego światła na serwetkę leżącą na jednym ze stolików, myśląc o Granger. Zaklęcie tropiące, którego użył, wzniosło w górę serwetkę, zmieniając je w narzędzie śledzące. Zaczęła się ona obracać wokół własnej osi, wirować, nim nagle nie czmychnęła tuż obok niego, wylatując przez drzwi wejściowe. Snape niedługo po tym znalazł się na zewnątrz, szukając wzrokiem serwetki. Ujrzał ją, jak znika pośród grupki ludzi, by w następnej chwili zawędrować za róg budynku. Znalazł się tam w kilku krokach, a serwetka w magiczny sposób samoistnie rozdarła się na małe kawałki, opadając na bruk.


Była tam. Nieujarzmione włosy, napuszyły się, od zmieniającej się co chwila kapryśnej pogody. Kurtka, którą miała na sobie, była rozpięta, ukazując błękitny, nieco za duży sweter. Lekko spłowiałe i wytarte jeansy, białe sportowe buty, nie wyglądały, jakby właśnie Granger miała wkroczyć na jakąkolwiek imprezę. Już prędzej posądziłby ją o wizytę w kole miłośników kotów, przy paskudnej różanej herbacie, niż imprezowanie w zatęchłym barze.


Torebka, którą miała zarzuconą na ramieniu, z daleka ukazywała malutkie ślady, po ostrych pazurach Krzywołapa. Snape nie znał się zbytnio na mugolskich barach, ale był świetnie przekonany, że na pewno w jakiś stopniu obowiązywał tam, chociaż minimalny dress code. Kto wpuściłby w piątkowy wieczór młodą dziewczynę, która swoim wyglądem, aż krzyczała, że jest pełnoetatową mamą humorzastego kota, do baru, w których widział wiele młodych osób w drogich, połyskujących strojach?


Poczuł dziwny ucisk w żołądku. Takie zachowanie nie przypominało Granger, którą znał. Drżącym krokiem szła, podpierając się muru. Już zaciskał palce na różdżce, nim nie zarejestrował, jak jakiś zakapturzony mężczyzna, który zjawił się znikąd, chwycił Granger pod ramię, kierując się w przeciwległą stronę.


- Ej, ty! - krzyknął Snape.


Nieznajomy jedynie lekko drgnął, kompletnie nie spodziewając się osób trzecich. Snape w dwóch krokach zjawił się przy nim, zaciskając palce na jego ramieniu. Gdyby tylko można było wyłączyć muzykę, która wściekle wydostawała się z baru, zapewne Snape mógłby usłyszeć jak jego własne serce, energicznie pompuje życiodajny tlen, jak adrenalina, pobudza każdą żywą komórkę w jego organizmie. Wciągnął powietrze do płuc. Doskonale pamiętał te skrajne emocje, które towarzyszyły mu na spotkaniach Wewnętrznego Kręgu w Malfoy Manor.


- Zostaw ją – wycedził przez zęby, lodowatym tonem. - Mówię do ciebie. Puść ją.

- Staruszku nie utrudniaj zabawy.


Głos tego człowieka był cwaniacki i arogancki. Nieznajomy zacisnął palce na talii dziewczyny, przyciągając ją bliżej siebie. Zauważył, jak prawie minimalnie podniosła dłonie, chcąc odepchnąć go od siebie, ale wyglądała, jakby nie posiadała w sobie ani grama energii, jej ruchy były powolne, a wzrok błądził po elewacji budynku. Wtedy stało się coś, czego kompletnie nie zrozumiał. Poczuł, jakby pękł w nim mur, odsłaniając ludzkie odczucia. Poczuł, jak ogarnia go chaos, jak palce na różdżce coraz mocniej się zaciskają. Wyrwał Granger z rąk obcego mężczyzny z taką siłą, że upadła na bruk. Rzucił na nią tylko krótkie spojrzenie, by w następnej sekundzie przywrzeć mężczyznę do muru, wbijając w jego szyję koniec różdżki.


- Patykiem chcesz mnie dźgnąć? - zaśmiał się lekceważąco.

- Jeśli tknąłeś ją, albo inną dziewczynę w takim stanie to przysięgam, że...

- Że co? - splunął mu pod nogi, a to zadziałało na czarodzieja jak płachta na byka. - Przerywasz nam zabawę – wyszeptał.

Już chciał chwycić za jego kaptur, by poznać, z kim ma do czynienia, kto śmiał mieć tak upodlone zachowanie, by pragnąć, tknąć ledwo kontaktującą dziewczynę, nim nie usłyszał za sobą jej delikatnego, słabego głosu.


- Profesorze…


Dziwne było, że to właśnie ona potrafiła sprowadzić go na ziemię. Szalała w nim dzika złość, której nie czuł od dawna, a były to odległy czasy, gdy stał u boku Czarnego Pana. Wciągnął rześkie powietrze do płuc, otrzeźwiając trochę, wiedząc, że ona leży na tym bruku i potrzebuje jego pomocy. I chociaż tak bardzo chciał poturbować jakimś paskudnym zaklęciem tego mężczyznę, rzucić w niego crucio, czy sectumsemprę, tak samo wiedział, że Granger była ważniejsza. Chwycił go za skraj bluzy i rzucił nim o chodnik, by w następnej sekundzie oszołomić go prostym zaklęciem.


Granger leżała na bruku, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Ukląkł przy niej, stwierdzając z niepokojem, że jej spojrzenie było puste. Powieki coraz ciężej opadały, by zamknąć się już całkowicie. Chwycił ją za ramiona, a po chwili w pustej uliczce rozległ się charakterystyczny dźwięk aportacji.


Wylądowali na środku salonu. Krzywołap słysząc kroki dobiegające z pomieszczenia, zerwał się z sypialni, wbiegając do pokoju. Snape minął go, rzucając jedynie: nie teraz kocie. Położył ją na łóżku, ściągnął jej buty i okrył szczelnie kołdrą. Dotknął jej policzka, nawoływał ją, by spojrzała na niego, ale nic takiego się nie stało. Coraz bardziej nie podobała mu się ta sytuacja, a jedyna osoba, która mogła mu teraz pomóc, znajdowała się w Szpitalu Św. Munga. Chwycił telefon do ręki i wysłał mu wiadomość o pilnym przybyciu, licząc, że uda się młodemu Uzdrowicielowi wyrwać jak najszybciej z oddziału.


Po dwudziestu minutach w salonie rozległ się charakterystyczny dźwięk teleportacji. Do sypialni wszedł Malfoy, ubrany w biały kitel, ściskając pod pachą wielką, skórzaną torbę. Rzucił okiem na wuja i na dziewczynę, leżącą bezwładnie na łóżku.


- Co się dzieje? - zapytał, otwierając neseser i wyciągając z niego jednorazowe rękawiczki ochronne. Krzywołap wskoczył na łóżko, obserwując każdy ruch młodego mężczyzny, względem jego pani. Zaczął miauczeć przeraźliwie, zapewne nie rozumiejąc, co się dzieje, więc Snape wziął go na ręce, by nie przeszkadzał on Malfoyowi.

- Zadzwoniła do mnie. Wiem, że piła, potem coś mówiła, że źle się czuje, że nie powinna przyjmować jakiegoś drinka...

- Brak reakcji na światło, bardzo płytki oddech, wolny rytm serca… - mruczał pod nosem Malfoy, chowając do nesesera jakieś dziwne przyrządy.

- Wiesz, co się dzieje? - zapytał Snape, krążąc po pokoju.

- Muszę pobrać jej krew.

- Rób, co masz robić – kiwnął głową.

Nie wiedział, ile mogło to trwać, zanim nie wkłuł się do jej żyły, by następnie pobrać materiał i spędzić nad nim kilkanaście minut w kuchni, unosząc nad próbką różdżkę i szepcząc pod nosem skomplikowaną formułkę. Snape krążył wokół niego, ale nie odezwał się ani słowem, nie chcąc wybić z transu młodego Uzdrowiciela. Po kilkunastu minutach, które ciągnęły się w nieskończoność Malfoy podniósł na niego wzrok. Wskazał mu kanapę, którą po chwili oboje zajęli.


- Coś nie tak?

- Tak jak się obawiałem we krwi Granger wykryłem kwas gamma-hydroksymasłowy. Jest to bezwonna, bezbarwna i bezsmakowa substancja, która dobrze rozpuszcza się w wodzie, alkoholu. Służy do obezwładnienia ofiary i wykorzystania jej na tle seksualnym. - Snape pobladł, spoglądając w stronę sypialni, gdzie znajdowała się Granger. - Mugole nazywają to tabletką gwałtu.

- Myślisz, że została zgwałcona?

- Jest jedno zaklęcie, które może pokazać akty seksualne na przestrzeni ostatniej doby. Zaklęcie to było dość często wykorzystywane podczas wojny przez Uzdrowicieli, gdy szmalcownicy napadali na miasta i wioski, grabiąc złota, wyłapując mugoli i zdrajców krwi oraz korzystając z łatwej okazji gwałtów.

- Ile było gwałtów podczas wojny?

- Ze źródeł i kartotek, które przejrzałem w Św. Mungu, było ich… - westchnął ciężko. - Zresztą, nie chcesz wiedzieć. Zazwyczaj byli to najniższym strzeblą słudzy Voldemorta, chociaż… było paru śmierciożerców, którzy również mieli lepkie łapska do kobiet, jednak zapewne znasz ich nazwiska.

- Jesteś w stanie sprawdzić, czy ktoś skrzywdził Granger?

- Tak.

Ponownie musiał wziąć Krzywołapa na ramiona, gdyż ten nie wyglądał na spokojnego. Trzymał go stabilnie, głaszcząc po gęstym futrze, gdy Draco w tym czasie stał nad Granger z rozłożonymi obiema dłońmi. Oczy miał zamknięte, mrucząc pod nosem skomplikowaną formułkę zaklęcia. Nad dziewczyną uniosła się błękitna poświata, krążąc i wirując wokół własnej osi. Lewą dłonią dotknął jej czoła, a magiczna łuna zniknęła. Otworzył oczy, odsuwając się nieco.


- I co?

- Nie została zgwałcona.

- Merlinie… - wypuścił ciężko powietrze z płuc, opadając obok niej na łóżku.

- Jestem pewien, że właśnie uratowałeś jej życie. Zjawiłeś się tam w odpowiednim momencie. Kilka minut później, mogła nie mieć już tyle szczęścia.

- Co teraz z nią będzie? Jakieś skutki uboczne po tej tabletce będzie odczuwać?

- Z tego co orientuje się z mugolskich źródeł, może mieć zaniki pamięci i utraty świadomości nawet do ośmiu godzin po przyjęciu tego specyfiku.

- Czyli nic nie będzie pamiętać?

- Absolutnie nic. Wiesz może, co to był za człowiek?

- Miał kaptur, było ciemno, a ja jakoś nie skupiłem się na tym… myślałem, by zabrać stamtąd Granger – pokręcił głową.

- Zrobiłeś wszystko by zapewnić jej bezpieczeństwo – dotknął jego ramienia, lekko je ściskając. Snape spojrzał na młodszego czarodzieja. - Zostaniesz z nią, dopóki się nie obudzi? Muszę wracać na oddział.

- Nigdzie się nie wybieram – odpowiedział. - Dziękuję Draco.

Uzdrowiciel posłał mu długie spojrzenie, kiwnął głową, wciskając pod pachę neseser i wyszedł z sypialni. Po chwili rozległ się dźwięk deportacji. Snape machnięciem różdżki przywołał do siebie fotel z salonu i ustawił go tuż przy łóżku, w którym znajdowała się Granger. Zajął go, wcześniej zapalając lampkę nocną. Krzywołap usadowił się tuż przy dłoni Hermiony, bardzo powoli machając ogonem. Niedługo i on zasnął, delikatnie mrucząc pod nosem.


Snape nie mógł oderwać wzroku od Granger. Zawiesił spojrzenie na rozrzuconych na poduszce włosach, lekko zaróżowionych policzkach i małych ustach. Poczuł ogarniającą go złość na Gryfonkę znajdującą się obok niego. Co robiła o tej porze sama na zewnątrz? Ktoś ją zaprosił? Sama z siebie wybrała się do tego baru tuż po zamknięciu Oczytanej? Może ktoś ją zwabił? Przecież jej strój, nie wyglądał, jakby miała uczestniczyć w piątkowej imprezie. Westchnął ciężko, wpatrując się w swoje dłonie. A co jeśli by nie miał przy sobie telefonu, jeśli by nie odebrał połączenia? A co jeśli, ktoś by ją…


- Wystarczy – mruknął pod nosem, potrząsając głową.


Rzucił krótkie spojrzenie na Granger i skierował się do kuchni. Tam zaparzył sobie czarnej kawy, wiedząc, że dzisiejsza noc będzie długa. Wpatrywał się w jej mieszkanie, mając dziwne ogarniające go przeczucie, że czuje się tutaj całkiem dobrze i swobodnie. Do zamieszkania w Rye musiał się przekonać, by dopiero po pewnym czasie poczuć, że tam jest jego miejsce. A tutaj? W jednej z wielu kamienic w Londynie? Czuł… dziwną swobodę. Jakby prostota, z jaką Granger urządziła mieszkanie przypadła mu do gustu. A może było to, że czuł się w tym miejscu mile widziany? Pokręcił głową, sam nie wiedząc, jaka jest prawidłowa odpowiedź.


Odłożył kubek na blat i otworzył jedną z szafek, w której znajdowały się noże. Wyciągnął futerał ochronny, otwierając go. Wziął do dłoni najmniejszy nóż, uważnie się w niego wpatrując. Znajomy Granger miał naprawdę świetny gust i znał się na rzeczy. Obrócił metalowym ostrzem, oglądając trzonek z każdej ze stron, ale nie znalazł żadnego inicjału osoby obdarowującej Granger tym prezentem. Sam nawet nie wiedział, po co szukał właściwie czegoś takiego. Prychnął pod nosem, zdając sobie sprawę, że na stare lata zaczyna już wariować. Odłożył na miejsce nóż i gdy miał już zamykać futerał, poczuł, jakby nagle został wciągnięty przez lodową otchłań oceanu, spadając przez ciemny wir. Wzdłuż jego kręgosłupa przeszedł zimny dreszcz, przyspieszając bicie serca. Otworzył oczy, odpychając od siebie futerał.


- Co to było? - mruknął sam do siebie, rozglądając się po mieszkaniu. Ponownie dotknął czarnego materiału, ale żadne dreszcze ani przeszywające zimno nie otuliły jego ciała. Snape potrząsnął głową, tłumacząc sobie, że jedynie jego wyobraźnia zaczęła płatać mu figle.


~*~


Ranek przyszedł dość szybko, gdy Snape cały czas myślami wędrował wokół dziwnej aury, które zatoczyło nad nim wiry w środku nocy. Odepchnął od siebie niezrozumiałe uczucie, gdy tylko dotknął noży i poświęcił całą swoją uwagę myśląc o Granger i sytuacji, jaka im się przytrafiła. Nawet nie spodziewał się, że zbudziła się z głębokiego snu, przeciągając się na łóżku.


- Zapraszałam pana?


Usłyszał jej zaspany głos. Wpatrywała się w niego uważnie, lekko mrużąc oczy i marszcząc piegowaty nos. Kompletnie nie spodziewała się ujrzeć w blasku mdłego światła lampki nocnej, siedzącego jak nic w fotelu profesora. Podrapała się po karku, czując dziwnie, spięte i zaspane mięśnie.


- Jak się czujesz?

- Nie wiem… - naciągnęła na siebie nieco wyżej kołdrę. - Co pan tu robi? - zapytała w końcu, zbita całkowicie z tropu. Snape wypuścił ciężko powietrze z płuc i pochylił się w jej stronę. - Nie można tak wchodzić do czyjegoś mieszkania… - fuknęła ni to zła, ni to rozdrażniona.

- Pamiętasz coś z wczorajszego dnia? - zapytał spokojnie.

- Coś się stało?

- Co wczoraj robiłaś?

- Co to za pytania? - pokręciła z bezradności głową. - Zjawia się pan w moim mieszkaniu, zadaje mi jakieś niedorzeczne pytania. To ja powinnam wiedzieć, co pan tutaj robi?

Snape wypuścił ciężko powietrze z płuc, poprawiając się na fotelu, w którym spędził całą noc. Czując okropny ból w karku, rozmasował go lekko dłonią, spotykając się z pytającym spojrzeniem dziewczyny.


- Dojdziemy do tego później, co ja robię tutaj – odpowiedział znów spokojnie. - Powiedz mi najpierw, co robiłaś wczoraj?

- No dobrze – przetarła dłonią, zaspane oczy, nie chcąc się z nim kłócić. - Byłam w pracy, a potem...

- A potem co?

- Ja… - zmarszczyła piegowaty nos, rozglądając się po pokoju. - Nie wiem...

- Nie pamiętasz?

- Wiem, że byłam w jednym barze, chyba widziałam tam znajomego, a potem… - zachłysnęła się powietrzem, czując nieprzyjemne kolce wbijające się w kark. - Nic nie pamiętam.

- Hermiono – zaczął delikatnym tonem, samemu właściwie nie wiedząc, dlaczego użył jej imienia. Zauważył w jej oczach delikatny połysk, który był ledwo zauważalny w blasku mdłego światła lampki nocnej. Chciał wiedzieć, co mógł on oznaczać, czym było to spowodowane, ale wiedział, że musiał zająć się ważniejszą sprawą, musiał zbadać jak wiele dziewczyna, pamiętała z poprzedniego wieczoru. - Pamiętasz, że zadzwoniłaś do mnie wczoraj?


Oparła się o zagłówek, biorąc parę głębokich wdechów. Przymknęła powieki, czując ogarniający ją okropny, pulsujący ból głowy. Nigdy dotąd nie miała problemów z pamięcią, ani żadnych przesłanek stanu, który może nawiedzić ją w przyszłości. Nie miała pojęcia, że kontaktowała się ze swoim profesorem. Powinnam to pamiętać?, zapytała samą siebie. Próbowała się skupić i wytężyć wszystkie zmysły, ale nawet nie wiedziała, gdzie miała swój telefon. Może był on w torebce, a może zostawiła go na ladzie w księgarni? Merlinie, ten okropny ból… zawyła w myślach, chcąc skryć się w kącie razem ze swoim wewnętrznym dzieckiem.


Usłyszała odsuwany fotel, a potem kroki wychodzące z pokoju. Czyżby profesor był na nią zły? Może myśli, że udaję i nic nie pamiętam?, pomyślała. A co jeśli ma mnie za kompletną wariatkę, która wydzwania do ludzi, a potem twierdzi, że nic takiego nie miało miejsca? Okropny skurcz, ścisnął jej żołądek. Uspokój się!


- Wypij to.


Usłyszała ponownie ten spokojny i głęboki głos. Odsunęła dłonie z twarzy, spoglądając na mężczyznę siedzącego ponownie w fotelu. Wyciągnął w jej stronę szklankę z musującą wodą.


- Proszki przeciwbólowe. Znalazłem w kuchni.

- Dziękuję.


Wypiła na raz całą chłodną wodę, prosząc Merlina, aby te środki zadziałały i mogła normalnie i racjonalnie skupić się na tym co dzieje się wokół niej, a nie na pulsującym bólu, pragnącym rozerwać jej głowę. Oblizała spierzchnięte wargi, pragnąc wypić jeszcze jedną i drugą, a może i nawet trzecią szklankę wody. Nie miała pojęcia, skąd wzięło się u niej tak wielkie pragnienie. Rozejrzała się po podłodze. Zawsze gdzieś miała butelkę z otwartą wodą, która ratowała ją w środku nocy, gdy nie miała w sobie ani grama siły, aby pójść do kuchni po świeżą wodę. Zauważyła pustą butelkę leżącą przy drzwiach. Widocznie Krzywołap już się nią wcześniej zainteresował, wbijając w nią ostre pazury. Przecież wyrzuciłam ostatnio jakąś butelkę do śmietnika, pomyślała. Czyżby Krzywołap wszedł w etap wyciągania wszystkiego z kosza na śmieci?


Nie spostrzegła nawet, że mężczyzna znów opuścił sypialnie, by wrócić po chwili z większą szklanką wody, którą podał jej bez słowa. Zapewne zauważył jej pragnienie i chaotyczne poszukiwanie wzrokiem jakiejkolwiek wody w pokoju. Wypiła ją duszkiem, czując niemałą ulgę. Zdecydowanie, tego było jej trzeba.


Zauważyła kątem oka, jak wyciągnął telefon z kieszeni spodni i stukał kciukami w ekran. Ukazała się na jego czole delikatna lwia zmarszczka. Hermiona przekręciła lekko głowę w bok, stwierdzając, że wcześniej nie zauważyła jej. Może była tam cały czas? Może to ona nic nie pamięta? Czyżby to objaw Alzheimera? Przecież nikt w rodzinie nie zmagał się z zaburzeniami pamięci. Bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo...


- Spójrz – wyrwał ją z rozmyślań, pokazując jej ostatnie połączenia. Faktycznie, to był jej numer. Przecież nie mógłby tego sfałszować. - Nie pamiętasz nic?

- A powinnam? Profesorze… - westchnęła ciężko. - Co się dzieje?

- Wczoraj po twoim telefonie zacząłem cię szukać. Nie brzmiałaś dobrze. Znalazłem cię przy jednym z barów, gdzie zainteresował się tobą jeden mężczyzna.

- Co to znaczy zainteresował? - pobladła.

- Kompletnie nie kontaktowałaś, jakbyś była nieświadoma, co dzieje się wokół ciebie, a ten mężczyzna najwidoczniej chciał cię wykorzystać. Teleportowałem się z tobą tutaj i wezwałem Draco, by ciebie zbadał.


Hermionie wydawało się, jakby słyszała historię obcej osoby. Nie mogła, albo nie chciała zrozumieć, że to, co mówił jej profesor, dotyczyły jej. Przecież nie okłamałby mnie, wymyślając taką historię, prawda? Próbowała wytężyć umysł, przypomnieć sobie cokolwiek, o czym mówił profesor, ale w swojej głowie miała jedną wielką pustkę. Czarna dziura, która nie posiadała nic, ciągnąc się w nieznane. Jak to możliwe, że niczego nie mogła pamiętać? Nigdy w całym swoim życiu nie straciła nad sobą kontroli. Zawsze sądziła, że była uważna i ostrożna ze wszystkim.


- W twojej krwi wykrył pewien kwas, który jest odpowiedzialny za substancję, która została ci podana. Ktoś ci dosypał do drinka tabletkę gwałtu.


Nie, nie, nieto jakiś chory żart, krzyczał jej umysł. Chwyciła się za brzuch, czując niepojęte dla niej obrzydzenie. Starała się oddychać spokojnie, zapanować nad własnym umysłem, nie pozwalając, aby przerażający strach przejął nad nią kontrolę.


- To nie możliwe… czy, czy… - spojrzała na niego z przerażeniem w oczach. - Czy ktoś mnie… - ledwo wykrztusiła to z siebie.

- Draco użył skomplikowanego zaklęcia, które ukazać miało ślady ostatnich aktów seksualnych, w przeciągu doby. Nic takiego nie wykazało. Nikt cię nie skrzywdził.

- Merlinie… - zakryła usta dłonią, a po jej policzkach pociekły gorzkie łzy.


Ból głowy zaczął odchodzić, robiąc miejsce dziwnemu poczuciu pustki i paniki. Teraz już zrozumiała, dlaczego nie pamiętała nic z tego, co mówił chwilę wcześniej profesor. Drżała na całym ciele, nie potrafiąc się uspokoić, nie umiejąc opanować niekontrolowanych spazmów. Wyczuła, że materac obok niej się ugiął. Na swym ramieniu poczuła lekki, niepewny dotyk. Wiedziała, że chciał okazać jej swoje wsparcie, a profesor Snape zwykle tego nie robił, osłaniając się z każdej ze stron wysokim murem.


Niewiele myśląc, wsłuchując się w głos swojego wewnętrznego dziecka, wtuliła się w tors mężczyzny, wybuchając płaczem. Jego perfumy zapewniły jej ukojenie i spokój. Wdychała orzeźwiającą woń ziołowo – cytrynową, idealnie połączoną i skomponowaną z nutą sandałowca, imbiru i kadzidła. Cała mieszanka została dopieszczona ostrym pieprzem. Ich wspólne zajęcia z przeszłości, wyostrzyły w niej zmysł, o który nigdy nie podejrzewała samej siebie, że może być tak zaawansowany i wyczulony, na otaczające ją wokół zapachy i aromaty. To zabawne, że mężczyzna, który siedział obok niej, sam przekazał jej tę wiedzę, będąc pewnie zaskoczony, że była uczennica, podałaby mu idealnie wyśpiewaną formułkę jego własnych perfum, kładąc nacisk, które składniki zostały wykorzystane w największych ilościach. Wdychała je całą sobą, pragnąc zapamiętać je już na zawsze, chcąc, każdego ranka móc je poczuć, na nowo odtwarzając w swojej głowie zmysłowe nuty zapachowe.


Drżała na całym ciele, nie będąc w stanie się uspokoić. Snape nie do końca wiedział, co powinien zrobić w tej sytuacji, jak powinien się zachować. Analizował w swojej głowie różne za i przeciw, by w końcu zdecydować się na objęcie jej ramieniem.


- Jesteś już bezpieczna - usłyszała jego cichy i głęboki głos tuż przy swoim uchu. Wiedziała, że przy nim nic jej nie grozi.



~*~


Dzień dooobry! ♥


Po nieco dłuższej obecności zjawiam się ponownie! Dziękuję, że tak cierpliwie na mnie czekałaś/eś. To cudowne uczucie wiedząc, że wciąż tutaj jesteś, Drogi Czytelniku 💕🙏


Ciemne chmury wciąż unoszą się nad panną Granger. Już nie jest tak spokojnie jak kiedyś. Myślisz, że to zakończy tę sekcję feralnych zdarzeń rzucanych Granger pod nogi? Czy to dopiero początek? 🤔

Podziel się swoją opinią w komentarzu. Będzie mi bardzo miło móc przeczytać parę słów od Ciebie 😇

Również zapraszam Cię serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy rozdział.

Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻


Będzie mi bardzo miło, móc gościć Cię tam 💕


Kolejny rozdział tuż, tuż. Uważnie wyczekuj sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.