piątek, 19 sierpnia 2022

Rozdział 22 - Dolina Selakano


Zerwał się silny wiatr, poruszając koronami drzew. Ptaki poderwały się z gałęzi, wbijając się w zachmurzone niebo, znikając na tle szarego nieba. Dolina Selakano, znajdująca się na Krecie otoczona była pasmem górskim na wschodzie wyspy. Większa część obszaru porośnięta była sosnami, cyprysami i dębami kermesa.


Hermiona wcisnęła dłonie w kieszenie kurtki, odwracając się za siebie. Profesor Snape właśnie rozkładał namiot przy użyciu magii, a ona musiała zdusić w sobie ból przeszłości. To był ten sam namiot, który im służył w podróżach, gdy zbierali ingrediencje do eliksirów. Dotknęła opuszkami palców grubego materiału tuż przy wejściu do namiotu. Z zewnątrz był malutki, niepozorny, jednak po wejściu do środka, wymiarami przypominał niedużej wielkości mieszkanie. Profesor Snape przeszedł tuż obok niej, wnosząc ich bagaże. Nie chcąc ze sobą dłużej walczyć, podążyła za nim, przechodząc pomiędzy ciemnym materiałem.


Gdy tylko wyprostowała barki, poczuła ogromny ścisk w żołądku. Wszystko wyglądało jak dawniej. Układ nie zmienił się, a na środku wciąż stał mały stoliczek, na którego zazwyczaj wrzucali swoje torby, po intensywnym dniu poszukiwań ingrediencji. Po lewej stronie była malutka łazienka, znalazł się kącik na prowizoryczną kuchnię, stolik z dwoma krzesłami, zużytą i poszarpaną w niektórych miejscach kanapę, kozę, nad którą ogrzewali zmarznięte dłonie oraz dwa pojedyncze łóżka, które oddzielone były od reszty zasłonką. Wyglądało tu tak, jakby cofnęła się wspomnieniami o parę lat wstecz. Wszystko było tak realistyczne, że Hermiona nie mogła uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno, krzątała się po tym namiocie z całkowitą swobodą.


- Tam znajduje się łazienka, kuchnia, jest dość spora szafa, możesz zostawić w niej swoje rzeczy, a tutaj – wskazał dłonią, przechadzając się po namiocie – będziesz spać. Jeśli przeszkadza ci, że jesteśmy w tym samym pomieszczeniu, mogę zrobić przemeblowanie.

- Nie, nie… - potrząsnęła głową, wyciągając dłonie z kieszeni kurtki. - Jest dobrze.


Snape zmrużył oczy, ale nie odezwał się już ani słowem. Za pomocą magii, rozpakował się w dosłownie kilka chwil, umieszczając swoje rzeczy w szafie, a wszystkie probówki i szklane słoiki, które potrzebne im będą w wyprawie, zostały nie tknięte, czekając w skórzanym neseserze.


Hermiona usiadła na skraju prowizorycznego łóżka, wiedząc doskonale, które z nich może zająć. Zawsze podczas ich podróży to właśnie jej profesor wybierał te z lewej, przez co mogła korzystać z tego po prawej. Rozpakowanie nie zajęło jej wiele czasu. Oprócz paru grubych swetrów, podręcznej kosmetyczki, nie miała wielu rzeczy ze sobą. Brakowało jej Krzywołapa, ale Snape stwierdził, że lepiej byłoby zostawić go pod opieką Malfoya, który właśnie miał wolne, niż ciągnąć go z nimi, po dość górzystym terenie. Hermiona musiała stwierdzić, że na pewno spodobałoby się tutaj Krzywołapowi w otoczeniu natury. Zapewne miałby niezły ubaw, próbując dogonić wiewiórkę, czy polować na spadające szyszki.


W kuchni Snape już przygotowywał dla nich śniadanie. Krzątał się z gracją, wyciągając produkty, które zabrał ze sobą z Rye. Hermiona lekko uśmiechnęła się pod nosem, wyciągając z torby małą puszkę z kawą. Była pewna, że jej profesor pamiętał o wszystkim, jednak nie o najważniejszym - o kawie. Podczas ich podróży zawsze o niej zapominał i na trzeciej wyprawie, Hermiona nauczyła się, że powinna zabierać ją ze sobą. Profesor za każdym razem posyłał w stronę puszki nieco podejrzliwe spojrzenie. Jednak szybko ono łagodniało, gdy upił łyk gorącego napoju.


- Możesz się rozejrzeć gdzie, co jest – odezwał się Snape, wbijając na rozgrzaną patelnię jajka. - Rzuciłem tylko chołoszczyć, aby pozbyć się kurzu.

- Chyba dawno pan nie używał tego namiotu – odezwała się, wyciągając kubki, doskonale pamiętając, w której szafce się znajdowały.

- Sam już nie pamiętam kiedy – machnął różdżką, nakrywając do stołu.

- Kawy? - zaproponowała, unosząc w górę kubki.

- Sprawdź w tamtej szafce czy jest, ale szczerze to wątpię.

- Nie ma – odpowiedziała, nawet nie zaglądając do szafki. Snape uniósł brew ku górze, ale nie skomentował jej dziwnego zachowania. - Ale mam swoją kawę – dodała, nalewając do garnuszka wody.

- No popatrz Granger… - skomentował tymi samymi słowami co niegdyś, na które Hermiona poczuła rozpływające się ciepło w okolicy serca. - Po śniadaniu ruszymy w poszukiwaniu dyptamu, jest to idealna pora na jego zbiór.

- Dobrze znam tę roślinę – mruknęła pod nosem, obserwując gotującą się wodę w garnuszku.

- Miałaś okazję jej użyć?

- Kilkukrotnie… - obserwowała, jak nałożył jajecznicę na talerze i skinieniem głowy zaprosił ją do stołu. - Pamiętam, gdy użyłam esencji dyptamu do oczyszczenia rany Rona. Rozczepił się podczas teleportacji – wyjaśniła, stawiając przed nim kubek z parującą kawą.

- Więc wiesz, jak ważna jest ta roślina. Jedz, bo wystygnie – dodał po chwili nieco łagodniejszym tonem.


Ubrali buty za kostkę, ciepłe swetry i przeciwdeszczowe płaszcze. Coraz ciemniejsze niebo nie zapowiadało słonecznego dnia. Zarzucili plecaki, zapięli pod samą szyję odzież i ruszyli w głąb doliny w poszukiwaniu dyptamu.


Snape nie wymagał od niej niczego szczególnego, podczas tej wyprawy. Nie kazał jej rozglądać się za rośliną, ani obserwować unikatowych owadów, które przypadkowo mogłyby im się przydać. Traktował ją jako kompankę u boku, musząc stwierdzić, że Granger była nawet znośna, czego się nie spodziewał. Na początku obawiał się, że będzie paplać mu nad głową, a on będzie zmuszony odesłać ją do namiotu, lub będzie podsyłać w jego stronę setkę pytań, jak zwykła uczennica, delektująca się z wycieczki szkolnej.

Obserwował Granger z boku, jak szła nieco swoją ścieżką, mając spuszczoną głowę. Drobne dłonie miała zaciśnięte w piąstki, wargi zagryzała niemal do krwi, a jej brwi były zmarszczone, ukazując, że rozmyśla nad czymś intensywnie. Oczy wciąż miała podkrążone i czerwone, a zauważył to rano, gdy tylko zjawił się w jej mieszkaniu. Nie pytał, dlaczego płakała, wiedział, że sama z tym do niego przyjdzie, gdy tylko będzie tego potrzebować, a on, nie chciał rozdrapywać niewidzialnych ran. Nie spodziewając się tego po sobie, nagle w jednej chwili zapragnął dowiedzieć się, o czym tak rozmyśla Granger, co zaburza jej spokój, podczas spokojnej wędrówki po dolinie Selakano. Oczywiście mógłby użyć na niej legilimencji, zajrzeć w każdy zakamarek jej umysłu, poznać każdą jej tajemnicę, sprawdzić z czymś się zmaga, co ją trapi. I gdy już zaciskał dłonie na różdżce, Granger niespodziewanie odwróciła się w jego stronę, wskazując dłonią przed siebie. Znalazła dyptam. A potem uśmiechnęła się w jego stronę tak ciepło, że Snape rozluźnił uścisk na różdżce, delikatnie opuszczając ją w dół. Zbeształ się w myślach, za chęć wdarcia się z buciorami do jej umysłu.


- Masz chyba lepszy wzrok niż ja – pochwalił ją, ostrożnie wykopując roślinkę wraz z korzeniami za pomocą magii.

- Czuję się, jakby właśnie przyznał pan Gryffindorowi pięć punktów – zażartowała, podstawiając pod jego dłonie słoik.

- Nie rozpędzaj się tak, Granger – jego głos był cichy, przez co idealnie udało mu się wywołać gęsią skórkę na jej ramionach. Zauważył, jak odchrząknęła, by po chwili zacząć wyginać palce w akcie zdenerwowania. Delikatnie uniósł kąciki ust w górę, chowając słoik. - Jeden dyptam to za mało, potrzebujemy ich co najmniej z tuzin. Chodź. Wyżej będzie ich więcej.

- Jesteśmy w dolinie Selakano, prawda? - zagadała go, trzymając w dłoni długi patyk, który zaczął służyć jej za podpórkę. Snape uśmiechnął się nieco wrednie pod nosem, za brak kondycji u swojej byłej uczennicy, zważając, że była od niego co najmniej dwie dekady młodsza. - Czytałam kiedyś, że właśnie w jednej z tutejszych jaskiń narodził się Zeus...

- Najwyższy z bogów w mitologii greckiej – dokończył za nią, na co onieśmielona Hermiona, jedynie kiwnęła głową.

- Dokładnie. Kolejny raz jestem mile zaskoczona. Wpierw wie pan o muzyce mugoli, a teraz dowiaduje się, że grecka mitologia, której uczą się dzieci w szkołach, również nie jest panu obca.

- Nie jestem taki prymitywny, jak ci się może wydawać Granger – odgryzł się nieco wrednie, rzucając spojrzenie na jej patyk. - Bynajmniej mam kondycję.

- No wie pan co? - oburzyła się, trącąc go zuchwale w bark.

Jakie było ich obojgu zdziwienie, gdy Snape wyrwał jej patyk, odrzucając w bok, a Granger, sekundę później przycisnął do najbliższego drzewa. Spoglądał na nią nieco z góry, rejestrując jej zabiegane i nieco zamglone spojrzenie, zaróżowione policzki i wargi, które zaczęła przygryzać. Zatrzymał na nich dłużej spojrzenie, by przenieść je potem na oczy. Otulił go zapach truskawkowego szamponu, który kojarzył się mu tylko z nią. Cisza pomiędzy nimi była tak wyczuwalna, że niemal słyszał stukot jej serca. Pochylił się nad nią, wyczuwając jej płytki oddech na swoim policzku. Odgarnął kosmyki włosów, zakładając je za ucho, by po chwili najciszej jak się da, móc wyszeptać: nie chciej sprawdzić wiarygodności mojej kondycji, Granger.


I jakby gdyby nic, oderwał się od niej, oddalając się wzdłuż krętej ścieżki. Hermiona potrzebowała chwili, by zrozumieć, co właściwie miało miejsce. Odnalazła swój patyk, chwyciła go, podążając za oddalającymi się plecami mężczyzny. Był kilkanaście metrów przed nią, a jego kondycja, z jaką co rusz pokonywał wzniesienia, była godna podziwu. Uśmiechnęła się delikatnie, gdy wiatr otulił jej rozgrzane policzki. Dotknęła opuszkami palców swoich ust, zastanawiając się nad tym, czy on myślał o tym samym. Na pewno nie, jej wewnętrzne dziecko pomachało na nią złowrogo palcem. Masz zbyt wielką wyobraźnię, dodało na koniec, patrząc na nią z lekką rezerwą.

Snape tymczasem zbeształ się w myślach na samego siebie. Co mu u licha przyszło do głowy, by przyprzeć Granger do tego drzewa i zmniejszyć w ten sposób dzielący ich dystans. Przeklął dość głośno pod nosem, wdrapując się na wielki głaz, który był na środku ścieżki. Odwrócił się za siebie, obserwując, jak Granger zasapana wciąż włóczy nogami, próbując dorównać mu kroku, a na jego niedowierzanie wciąż w dłoni ściskała ten sam kij, który wytrącił jej chwilę wcześniej. Gdy tylko zbliżyła się do głazu, wyciągnął w jej stronę dłoń. Początkowo patrzyła na nią niepewnie, by po chwili jednak przyjąć jego pomoc. Wyczuwając jej delikatną piąstkę, mocno zacisnął palce, ciągnąc ją w górę. Stanęła tuż obok niego. Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy, a żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Tę dość niezręczną i dziwną sytuację przerwały ptaki, które raptownie poderwały się z gałęzi drzew, wznosząc się w górę. Ich jazgotanie sprowadziły mężczyznę na ziemię, przerywając ten dziwny, a zarazem przyjemny kontakt wzrokowy. Sięgnął po plecak, wyciągając z niego butelkę z wodą i jabłko, które wręczył towarzyszce. Granger z ulgą przyjęła napój, wypijając niemal naraz, całą wodę, gdy Snape w tym czasie oddalił się, rozglądając się wokół. Zauważyła, jak po chwili wyciągnął z plecaka kolejne słoiki, umieszczając w nich dyptam.


W ciągu kolejnych kilku godzin udało im się odnaleźć ponad tuzin dyptamu, a także dziką i niezwykle rzadką odmianę czyrakobulwy. Probówki zapełnili również znalezionym asfodelusem i pykostrąkiem. Wiatr wzmagał na sile, ciągnąc za sobą ciemne chmury. Snape zadarł wysoko głowę, skanując spojrzeniem niebo.


- Schodzimy w dół. Zaraz będzie padać.

- Mamy wszystko? - zapytała, spoglądając na wypchany plecak mężczyzny.

- Mamy więcej, niż myślałem – odpowiedział, wyciągając przed siebie różdżkę. - Lumos – wyszeptał, a na jej końcu ukazało się małe światełko, które zaczęło oświetlać im drogę. - Jednakże muszę tu wrócić jeszcze w nocy.

- Dlaczego?

- Potrzebny jest mi śluz, a zrywa się go jedynie w pełni księżyca. Idź obok mnie, Granger – odezwał się, obracając się za siebie. - Nie chcemy, aby jakieś stworzenie cię pożarło.

- Zapewniam, że jestem niejadalna – odpowiedziała, starając się brzmieć całkiem poważnie, chociaż kąciki jej ust co rusz, wędrowały w górę.

~*~


Płaszcze przeciwdeszczowe, które mieli, kompletnie nie spełniły swojej funkcji. Wrócili do namiotu cali przemoczeni. Snape gdy tylko znalazł się w środku, rzucił na siebie zaklęcie suszące. Zaoferował swoją pomoc Granger, jednak ta grzecznie podziękowała, wybierając ciepły prysznic i suche ubrania. Nie narzucał jej w żaden sposób magii, jeśli wciąż nie była na nią gotowa.


Przygotował dla niej gorącą herbatę z miodem i cytryną. Nie pamiętał kiedy ostatni raz przebywał w tym namiocie, jednak wiedział, że musiał mieć gdzieś dodatkowy puchaty koc, który chciał wręczyć Granger, żeby tylko nie złapała zaraz po pierwszej lepszej wyprawie przeziębienia. Sprawdził pod łóżkami i w szafie, ale nie znalazł go tam. Dość długo nie był obecny w tym namiocie, jakieś parę lat z tego co pamięta, ale był pewien, że gdzieś musiał mieć dodatkowy koc. Zapewne wcisnął go gdzieś z pośpiechu, kompletnie nie odkładając go na należyte miejsce. Przechadzał się po namiocie, gdy jego wzrok przykuł kosz wiklinowy znajdujący się tuż pod małym stolikiem, gdzie zostawił swój plecak wypchany słoikami. Otworzył go, uśmiechając się pod nosem.


- Znalazła się zguba.


Wyciągając koc, usłyszał głośny stukot. Początkowo myślał, że była to Granger w toalecie, że coś musiało jej upaść, jednak dźwięk był nieco wyraźniejszy tuż obok niego. Spojrzał pod swoje nogi. W jednym z rogu koca zawinięty był mały aparat. Chwycił go w dłonie, obracając z każdej ze stron. Snape zastanowił się skąd wziął się tutaj mugolski gadżet. Kompletnie nie miał pojęcia, by go tam umieścił, a co prędzej, żeby kiedykolwiek z niego korzystał. Nadusił różne przyciski, ale nic się nie wydarzyło. Gdy tylko przyłożył aparat do oka, ujrzał w obiektywie wychodzącą Granger z łazienki. Włosy miała zawinięte w ręcznik, pod pachą ściskała małą, granatową kosmetyczkę. Ubrana była w nieco za duży miodowy sweter i ciemne jeansy. Kiedy podniosła na niego wzrok, ujrzał w obiektywie, jak zamarła, a wtedy on poczuł dziwne, otulające go uczucie, jakby spadał przez otchłań oceanu. Jego wyobraźnia zaczęła mu w zawrotnym tempie podrzucać obrazy, których nie potrafił w tamtej chwili odszyfrować.


- Profesorze? - usłyszał z oddali głos. - Profesorze Snape? Wszystko w porządku?

- Oczywiście – odsunął od twarzy aparat, patrząc na niego podejrzliwie. Wciąż czuł na karku przeszywający zimny podmuch. Przez moment poczuł, jak kręci mu się w głowie, jakby zabrakło mu tchu. Podparł się o stolik, biorąc kilka głębszych wdechów.

- Coś się stało? - ostrożnie dotknęła jego ramienia. - Źle się pan czuje?

- Nie – odpowiedział, przywracając się do porządku. Chwilowe odurzenie minęło, sprawiając, że czuł się nieco lepiej, chociaż wciąż dziwny podmuch na karku mu towarzyszył. - Znalazłem koc dla ciebie – skierował się na kanapę. - Chodź, herbata ci wystygnie.

- Profesorze, co to jest? - usłyszał jej pytanie, gdy tylko zarzuciła na swoje barki koc, siadając obok niego. Wciąż uważnie skanowała jego twarz wzrokiem, widząc, że wciąż wyglądał nienaturalnie blado. Przełknęła nieprzyjemną gulę w gardle, zaciskając dłonie w piąstki.

- Mugolski aparat fotograficzny – obrócił go w dłoniach, lekko podrzucając w górę. - Właśnie go znalazłem. Dziwne...

- Co jest takiego dziwnego? - zapytała, starając się mieć całkiem neutralny głos.

- Nigdy nie miałem czegoś takiego i jestem święcie przekonany, że nie należy do mnie – odłożył go na stolik, uważnie wpatrując się w obiektyw.

- To doprawdy niecodzienna sytuacja – zgodziła się z nim, mocząc usta w gorącym napoju.


Podczas gdy Snape zastanawiał się skąd u licha mugolski gadżet wziął się w jego magicznym namiocie, Hermiona siedziała niczym na szpilkach, wpatrując się w swój aparat. Kompletnie zapomniała, że zostawiła go w namiocie profesora, licząc, że jeszcze przed laty odbędą podróże, a ona będzie mogła go ponownie użyć, dokumentując rośliny, które spotkaliby na swojej drodze. Spojrzała kątem oka na mężczyznę, mając nadzieję, że w życiu nie wpadnie na pomysł, że ten aparat tak naprawdę należy do jego byłej uczennicy. Bo jak inaczej miałaby mu to wyjaśnić? Przecież nie mogłaby mu się przyznać, że odbywali razem podróże, że wspólnie szukali ingrediencji do eliksirów, że to właśnie ona… wymazała mu pamięć. Przełknęła wielką gulę w gardle, starając się zepchnąć myśli na całkiem inny tor.


- Rozmawiałam z Malfoyem – odezwała się, pragnąc, by zwrócił na nią swoją uwagę. Podziałało, gdyż po chwili wrzucił do wiklinowego kosza aparat i wrócił do niej, siadając obok na sofie. Jej wewnętrzne dziecko nieco odetchnęło z ulgą, wychodząc z ciemnego kąta.

- Kiedy?

- Wczoraj, jak pan wyszedł – wyczuła jego spojrzenie na swojej twarzy. Była onieśmielona, jego bliskością, gdzie siedział może w odległości pół metra od niej. Zawiesiła wzrok na swoich kolanach, wiedząc, że nie umiałaby spojrzeć mu w oczy. Cały ten dzień był wielką mieszanką wybuchową i na każdym kroku była coraz bardziej przekonana, że przez swoje nieuważne zachowanie, mężczyzna zacznie coś podejrzewać, że zorientuje się, że Granger w jakiś dziwny i pogmatwany sposób była obecna w jego życiu. A ona nie chciała do tego doprowadzić, wiedząc, że on nigdy by nie wybaczyłby jej za manipulowanie jego wspomnieniami. Przełknęła ciążącą gulę w gardle.

- Chcesz o tym porozmawiać? - zapytał w delikatny sposób, kładąc dłoń na jej barku. Poczuła, jak gorący dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa, powodując przyjemne ciepło na całym ciele. Kiwnęła głową, w końcu znajdując w sobie odwagę, by zajrzeć w ciemne oczy mężczyzny.

- Umówiłam się z Malfoyem na wizytę… – wyszeptała, czując zbierające się w oczach łzy.

- Widzę, że jest ci ciężko – przejechał delikatnie kciukiem po jej barku. - Podjęłaś słuszną decyzję, cieszę się, że zdecydowałaś się na tak ważny krok. Nie ma nic złego w proszeniu o pomoc.

- Zobaczymy – mruknęła, wzruszywszy ramionami.

- Nie jesteś z tym sama… Hermiono – usłyszała jego spokojny głos. Przymknęła powieki, uśmiechając się przez łzy. - Jeśli chciałabyś, to mogę ci towarzyszyć w drodze na wizytę.

- Nie chcę robić problemu... – wyszeptała, kręcąc głową. - Proszę… nie chcę już o tym rozmawiać.

- Oczywiście, wcale nie musimy. Możemy po prostu posiedzieć.


Poczuła jego zimną dłoń na twarzy. Drobnym ruchem ocierał łzy z jej policzków. A potem w tak delikatny i subtelny sposób dotknął jej brody, lekko pocierając skórę kciukiem. Spojrzała na niego nieco onieśmielona spod zamglonych od oczu łez. Nawet nie pamięta kiedy przybliżyła się do niego znacząco, kładąc swoje dłonie na jego klatce. Kilkakrotnie przejechał ręką po wilgotnych włosach, muskając jej czoło swoimi wargami. Zadrżała.


- Spróbuj się zdrzemnąć. Będę tutaj - objął ją mocno ramieniem, naciągając na jej barki puchaty koc.

Nie sprzeciwiła się. Przymknęła powieki, mając nadzieję, że zostanie porwana w objęcia Morfeusza, że koszmary i demony przeszłości nie nawiedzą jej pierwszy raz od dwóch lat.


Snape zawiesił spojrzenie gdzieś przed sobą, czując, że otacza go dziwne uczucie spokoju, gdy trzyma w ramionach tę drobną dziewczynę. Nawet nie wiedząc kiedy, stwierdził, że było to całkiem przyjemne uczucie, mogąc zaoferować jej swoje wsparcie. Poczuł nieco niepewny dreszczyk na karku, gdy Granger wtuliła swoją twarz w zgięcie jego szyi, a jego nozdrze zostały zaatakowane przyjemnym zapachem truskawkowego szamponu.


~*~


Uczucie niezręczności i lekkiego dystansu towarzyszyło im przez cały następny poranek. Hermiona gdy tylko się obudziła, zdała sobie sprawę, że była w swoim łóżku, a to za sprawą profesora Snape’a, który musiał ją przenieść w nocy. Chodził nieco małomówny, jakby chciał jej pokazać, że wydarzenie z wczorajszego wieczoru, gdzie zbliżyli się nieco do siebie, było jedną wielką fikcją i nieporozumieniem, o którym powinni zapomnieć.


Hermiona starała się iść za przykładem mężczyzny i udawać, że nic się nie stało, że jedynie to wszystko było bujną wyobraźnią. Chociaż gdzieś w głębi siebie nie chciała wcale o tym zapomnieć. Czuła się odrobinę lżej, gdy tylko sunęła myślami do wieczoru, jak przytulił ją do siebie i złożył na jej czole delikatny pocałunek. Jak mogła kolejny raz poczuć orzeźwiającą ziołowo – cytrynową woń perfum, idealnie połączoną i skomponowaną z nutą sandałowca, imbiru, kadzidła i czarnego pieprzu. Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, czując przyjemnie wbijające się kolce w kark. Ten wir wspomnień, był niczym muśnięcie skrzydeł motyla po gołej skórze. Czuła, jak zatraca się w tym wspomnieniu, jak coraz bardziej jest porwana przez wir swojej wyobraźni.


- Uważaj, bo się oparzysz – usłyszała nad swoim uchem nieco chłodny głos. Otrząsnęła się z transu, spoglądając na swoje dłonie. Wrzątek, który wlewała do kubków, wylał się ponad ścianki, skapując na blat.

- Oh… - jęknęła niezręcznie, odkładając rondelek. - Przepraszam.

- Usiądź, dokończę - machnięciem różdżki usunął cały bałagan, wskazując jej miejsce przy stole. Nie chcąc się z nim kłócić i wchodzić w niepotrzebną dyskusję, jedynie przytaknęła.

- Jaki mamy plan na dziś? Co jeszcze musimy zebrać?

- Mamy już wszystko – postawił przed nią kubek z herbatą.

- Doprawdy? - zdziwiła się nieco. Co prawda byli wczoraj kilkanaście godzin w poszukiwaniu dyptamu, udało im się znaleźć inne ingrediencje, ale muszą jeszcze zerwać śluz, o którym wspominał profesor Snape. - Został nam jeszcze śluz.

- O to się nie martw, już dawno został zebrany.

- Kiedy? - spojrzała na niego, nieco zaskoczona. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała. - Sam pan poszedł – stwierdziła. - Dlaczego mnie pan nie obudził?

- Bo spałaś.

- Ale ja chciałam pomóc… - jęknęła zażenowana.

- Na pół śpiąca byś mi nie pomogła – rzucił nieco z przekąsem, ale mogła zauważyć, jak kąciki jego ust delikatnie uniosły się w górę, a był to widok niezauważalny dla mało bystrego obserwatora.

Ostatnie godziny wyprawy poświęcili na spacer po dolinie Selakano. Nie gawędzili za wiele a pierwszy raz Hermionie ten brak rozmowy pomiędzy nimi zaczął ciążyć i przeszkadzać. Co rusz starała się zgadywać profesora, posyłając w jego stronę ciekawostki dotyczące Krety, czy samego Zeusa, który według legend narodził się w tutejszej jaskini, jednak profesor Snape odpowiadał zdawkowo. W końcu dała sobie spokój, zagadując go na siłę, widząc, że woli on pobyć we własnym świecie, zaszyć się w swoich myślach niż trajkotać z byłą uczennicą. Zerknęła w jego stronę. Ile dałaby, aby móc dowiedzieć się, o czym tak naprawdę rozmyśla.


Nie zdawała sobie sprawy, że jego myśli tak naprawdę krążą wokół niej i wczorajszego wieczoru. Nie wiedziała również, że gdy tylko zasnęła, odczekał kilkanaście minut, by przenieść ją do łóżka, a następnie wyruszył po śluz, zrywając go w pełni księżyca. Całą swoją nocną wędrówkę poświęcił na rozmyślaniu o Granger i do czego między nimi doszło. Wiedział, że w jakiś dziwny i pogmatwany sposób gest, który wykonał w jej stronę, znacznie ją uspokoił, a przecież nie powinno tak być, prawda? Powinna czuć niemałą odrazę do dojrzałego mężczyzny. Mógłby być nawet jej ojcem. Dlaczego tak młoda dziewczyna nie obawiała się jego bliskości? Przecież taka Granger powinna szukać pocieszenia w ramionach młodszego i przystojniejszego mężczyzny, a ona w jakiś dziwny sposób lokowała swoje potrzeby w nim. Snape nie wiedział w tamtej chwili, czy powinien cieszyć się z tego, czy jednak postawić na rozsądek i być przerażonym. Może to wszystko mu się wydawało? W końcu Granger przechodzi gorszy okres w swoim życiu, a on w jakiś sposób był najbliżej niej. Starał się tłumaczyć samemu sobie, że jej zachowanie było spowodowane ostatnimi intensywnymi wydarzeniami. Pewnie, gdyby miała nieco lepszy moment swojego życia, na pewno nie wybrałaby starego profesora do dzielenia się swoimi rozterkami i wypłakiwaniu się w jego ramię.


Gdyby tylko Snape wiedział i zdawał sobie sprawę, w jaki sposób patrzy na niego, że nie jest dla niej obojętny, zapewne wszystko byłoby łatwiejsze.


Zapewne...




~*~


Dzień dooobry! ♥


Obiecałam cały rozdział poświęcony tylko naszej dwójce i… mamy to! Tylko Hermiona i Severus 🙈💕 Chociaż podejrzewam, że Krzywołap będzie mieć mi to za złe… 😅


Nie chciałam na siłę, wciskać tu nie wiadomo czego, ciągnąć tego rozdziału przez dwadzieścia stron (finalnie mamy 9), sprawić, że stałby się mdły. Może część z Was uznać, że jest za krótki, ale spokojnie, jeszcze nie raz poświęcę im cały rozdział. Zawarłam w nim wszystko, co chciałam ✨ i przyznam się szczerze… podoba mi się, a nie piszę tego za często ❤ Robi się coraz poważniej. Snape znajduje Hermiony aparat, noże, które jej podarował, ma jakieś dziwne odczucia déjà vu, a sama Hermiona coraz niebezpieczniej stąpa po lodzie przeszłości. Myślicie, że Snape odkryje prawdę? Lub czy powinien dociekać, by rozwiązać tę dziwną zagadkę? 🤔 Podziel się swoją opinią w komentarzu. Będzie mi bardzo miło móc przeczytać parę słów od Ciebie 😇

Również zapraszam Cię serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy rozdział.

Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻


Będzie mi bardzo miło, móc gościć Cię tam 💕


Kolejny rozdział tuż, tuż. Uważnie wyczekuj sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.

wtorek, 19 lipca 2022

Rozdział 21 - Potrzebuję pomocy


Minął tydzień od koszmarnego piątku, który zostawił na umyśle Granger obślizgłe piętno. Była w błędzie sądząc, że nie jest z nią wcale tak źle, że radzi sobie całkiem dobrze. Czuła, że powoli staje się zakładnikiem samej siebie, nie potrafiąc spokojnie i racjonalnie myśleć. Wiedziała, że traci zmysły, staje się rozhisteryzowaną wariatką, obracając się co chwila za siebie, nie będąc pewną czy aby ktoś właśnie nie zdecydował się jej śledzić.


Każdemu potencjalnemu przechodniowi, którego mijała w drodze do pracy, próbowała przykleić łatkę, tego mężczyzny, który wkopał ją do cuchnącego bagna, w którym topiła się, nadaremnie nie mogąc wypełznąć na powierzchnię. Jakoś natrętnie spoglądał na nią właściciel piekarni, chaotycznie rzucając pustymi skrzynkami w samochodzie dostawczym, a to jakiś nastolatek, kilka metrów od niej kopnął piłkę, śmiejąc się głośno do swoich rówieśników. Bezdomny mężczyzna, który siedział na ławce w parku, którego przemierzała w drodze do pracy, również łapał na nią ostrym, wręcz wściekłym spojrzeniem. Elegancki mężczyzna po drugiej stronie ulicy, odziany w beżowy płaszcz, z połyskującymi czarnymi butami i skórzaną aktówką pod pachą, która swoją drogą musiała zostać obita skórą nieludzko zamordowanego zwierzęcia, również uważnie się jej przyglądał, znad papierowego kubka z gorącą kawą.


Czuła na sobie wzrok każdego przechodnia, do tego stopnia, że zaczęła osądzać sędziwą staruszkę, sterczącą w oknie o dosypanie jej do drinka obezwładniającego specyfiku. Tęgawy mężczyzna z warzywniaka na rogu, również nie zdobył jej zaufania, w nerwowym drygu, poruszając lewą brwią ku górze i bełkocząc coś pod nosem.


Starała wmówić sobie, że mijane osoby na ulicach wcale nie łapią na nią w złowrogi sposób, że to tak naprawdę nikt z nich nie dosypał jej do drinka tabletki gwałtu. Wiedząc, że musi trochę wyhamować w swoich podejrzeniach i osądach, każdego, kogo mijała na ulicy, zdecydowała się za każdym razem wybierać inną drogę do pracy, chcąc, aby ścieżki, którymi podąża nie powtarzały się. Jednak pula wyczerpała się tak szybko, że nawet nie spodziewała się tego, musząc na szybko wybierać czy przemierzy park, czy pójdzie okrężną drogą do pracy, mijając po drodze wiele zakrętów i mostów.


Zdyszana wpadła do księgarni, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Sapała ciężko, nie potrafiąc uspokoić rozbieganego oddechu. Uspokój się, to nie jest normalne, co robisz, skarciła samą siebie, rzucając klucze obok kasy fiskalnej. Nikt cię nie śledzi.


Musiała się przyznać sama przed sobą, że najgorsza w tym wszystkim była niewiedza. Za nic nie mogła sobie przypomnieć, kogo tak naprawdę spotkała w barze. Próbowała kilkakrotnie medytacji, aby uspokoić swój umysł, wsłuchać się w swoje wewnętrzne ja, i być może poznać zagadkę tamtego wieczoru. Oprócz wielkiej czarnej dziury i przechadzającego się co jakiś czas, po jej umyśle wewnętrznego dziecka, nie znalazła nic, co mogłoby jej pomóc.


Założyła nawet, że znalazła się w tym barze z własnej, nieprzymuszonej woli. Może chciała wypić jakiegoś odprężającego drinka po ostatnich szaleńczych wydarzeniach w jej życiu? I być może weszła tam, zamówiła alkohol, a ktoś pod jej nieuwagę dosypał coś do jej drinka? A co jeśli siedziała przy barze pośród innych ludzi? Jeśli obok niej była inna dziewczyna, dla której miał być ten drink i to ona miała zostać skrzywdzona? Hermiona zagryzła wargę do krwi, myśląc nad tym intensywnie. Może ten drink nie miał być dla niej, może przez przypadek wypiła go, ratując życie potencjalnej dziewczyny siedzącej obok..


A jeśli tak naprawdę, ktoś zaprosił ją tam i postawił jej drinka? A co jeśli nie wybrała się tam z własnej woli, jeśli ktoś użył wobec niej siły? Zmusił ją? Być może zastraszył? Następnego dnia, gdy tylko względnie uspokoiła się, szukała na swym ciele siniaków czy otarć, świadczących, że została zaciągnięta siłą do baru. Nie znalazła niczego niepokojącego, oprócz blizny na przedramieniu, po spotkaniu z Bellatrix Lestrange.


Przed oczami ukazała się jej twarz mężczyzny o hipnotyzującym spojrzeniu, z czarnymi kosmykami włosów, okalającymi twarz. Była mu ogromnie wdzięczna, że znalazł się wtedy tamtego dnia, że szukał jej i zabrał bezpiecznie do domu. Jakże chciałaby się bić ze swoimi myślami, wypierać się ich, tak nie mogła oprzeć się przeświadczeniu, że coraz częściej myśli o tym mężczyźnie, co nie raz powodowało u niej szybsze bicie serca.


- Nie możesz – wyszeptała do samej siebie, kręcąc głową. - Wszystko zniszczysz Hermiono.


Starała się zająć swój umysł księgarnią, skupić się na wykonywaniu swoich obowiązków względem Oczytanej, jak na właścicielkę przystało, a nie rozmyślać o nierealnych wyobrażeniach życia, którego nigdy nie będzie mieć. Wyniosła na zaplecze puste kartony po dostawie książek. W dalszym ciągu powieść kryminalna pana Hughes’a była najlepiej sprzedającą się pozycją w księgarni. Hermiona przystanęła przy półce z psychologią i chwyciła jedną z książek, które wyłożyła z najnowszej dostawy. Przekartkowała strony, nieco obszernej publikacji, a jej spojrzenie zatrzymało się na słowie, które powtarzało się na tej stronie kilkukrotnie.


- Depresja – przeczytała na głos. - Jeżeli w ciągu kolejnych 14 dni, co najmniej 5 symptomów wskazanych przez WHO utrzymuje się, należy jak najszybciej zgłosić się do lekarza – przewróciła kartkę na następną stronę. - Brak energii, zmęczenie, smutek, utrata zainteresowań, zmiana apetytu, zaburzenie snu, niska samoocena, poczucie bezużyteczności, niepokój, lęk, myśli samobójcze…


Nie mogąc dłużej czytać o symptomach tej okropnej choroby, zamknęła z hukiem książkę, odkładając ją na półkę. Poczuła się nagle, jakby dostała pięścią w brzuch, gdzie wszystkie objawy zaczęły hulać w jej umyśle, niczym neonowe napisy, a wewnętrzne dziecko stanęło pośrodku by wskazać na nią oskarżycielsko palcem.


- Nic mi nie jest, nie jestem chora – potrząsnęła głową, starając się odepchnąć ze swojego umysłu widok jej wewnętrznego dziecka, nakazującego jej udać się po pomoc lekarską. - Nic mi nie jest… - powtarzała jak mantrę, zduszając w głowie, piskliwi głosik natrętnego wewnętrznego dziecka, które zaczęło zaciskać z nienaturalną siłą drobne rączki wokół jej ramion.

~*~


Wrzuciła do torebki pęk kluczy, chwytając klamkę, upewniając się, czy aby na pewno Oczytana jest zamknięta. Zdarzało się jej kilkukrotnie wracać do mieszkania, ledwo go opuszczając, po wyjściu do pracy, upewniając się, że drzwi na pewno są dobrze zamknięte i nic nie stanie się spokojnie drzemiącemu Krzywołapowi. Zapięła kurtkę pod samą brodę i wcisnęła zmarznięte dłonie do kieszeni. Zanim stanęła przy pasach, oczekując na zielone światło, spojrzała raz jeszcze na księgarnię i czerwone, jarzące się migotanie żarówek alarmu zawieszonego tuż przy drzwiach wejściowych. Załączyłaś go przed wyjściem, uspokój się, upomniała samą siebie, wkraczając wraz z innymi pieszymi na zebrę.


Mijała ludzi ślęczącymi nad parującymi kubkami w pobliskich kawiarniach. Wszyscy z nich byli tacy beztroscy, śmiejąc się głośno w towarzystwie innych, bliskich im osób. Hermiona przyłapała samą siebie, że znalazła się przed kawiarnią, w której kiedyś spotkała się z profesorem. Przy ich stoliku, siedziała właśnie jakaś młoda dziewczyna, z idealnie wykonanym manicure, ułożonymi połyskującymi włosami i piękną, promienną cerą, co chwila energicznie gestykulując do dziewczyny, siedzącej obok niej. Hermiona zastanawiała się, o czym rozmawiają, jaki temat właśnie poruszyły, że obie wybuchnęły gromkim śmiechem, o mało co nie strącając ze stolika latte. Wypuściła ciężko powietrze z płuc, ruszając przed siebie, zdając sobie sprawę, że tylko jej życie jest tak popaprane. Na pewno te dwie dziewczyny, nie utraciły pamięci, ani nikt im nie dosypał do drinka tabletki gwałtu. Gdyby tylko tak się stało, zapewne nie byłyby tak otwarte do przebywania w miejscach publicznych.


Skręciła w zaułek, którym jeszcze nigdy nie przemierzała, bynajmniej się jej tak zdawało, bo za nic nie mogła sobie przypomnieć tych kamieniczek. Obróciła się za siebie. Z oddali, na tle granatowego nieba widać było połyskujący szyld Oczytanej. Jak tylko o tym pomyślała, poczuła okropny ścisk w żołądku. To tutaj musi być ten bar!, wręcz krzyknęła do swojego wewnętrznego dziecka.


Profesor Snape zbyt wiele jej nie powiedział o tamtym wieczorze, zapewne sam będąc w szoku, co tak naprawdę miało miejsce. Hermiona rozejrzała się po migających ulicznych światłach i budynkach przeciwległych do ulicy. W ten jej oczom ukazał się neonowy szyld, który oświadczał, że można znaleźć w środku bar. Nie będąc pewną czy dobrze robi, zbliżyła się tam, widząc na zewnątrz grupkę kobiet, z której jedna z nich, miała uczepiony do włosów welon. Zapewne jeden z wielu przystanków ich wieczoru panieńskiego, pomyślała, spoglądając na drzwi wejściowe, w których zniknął pyzaty okularnik.


Pamiętając słowa profesora Snape’a, że znalazł ją za budynkiem, udała się tam, mijając zaparkowane auto z przyciemnionymi szybami. Za nic nie znalazłaby w sobie odwagi, aby przekroczyć próg baru i zapytać barmana, czy aby nie kojarzył jej z zeszłego tygodnia, czy nie widział jej w towarzystwie kogoś podejrzanego. Pacnęła się dłonią w myślach. W miejscu takim jak te przetaczają się setki osób, a barman akurat miałby zauważyć właśnie ją, pośród innych ludzi. Poszłaby do środka i co by mu powiedziała? Że nie pamięta, jak znalazła się w barze, że ktoś dosypał jej tabletkę gwałtu i o mało co nie zainteresował się jej ciałem? Zapewne zwyzywałby ją od alkoholiczek i łatwych dziewczyn, którym tylko film się urwał, pragnąc wyrwać forsę od nadzianego faceta, kupując ich milczenie, za rzekomą ciążę, którą ich obdarzono po szybkim numerku w toalecie.


Czuła się niewyobrażalnie źle, wiedząc, że to właśnie tu znalazł ją profesor Snape. Obróciła się szybko za siebie na przejeżdżający samochód. A co jeśli trafi zaraz na tego mężczyznę? Co jeśli on tylko pragnął znaleźć ją ponownie w tym miejscu, wiedząc, że wróci tutaj? Poczuła szybsze bicie serca. Powinna uciekać stąd najszybciej, jak się da, a nie spokojnie stać, spoglądając na elewację budynku. Gdyby krzyczała, ktoś usłyszałby ją? Czy tamtego piątkowego wieczoru próbowała krzyczeć? Nie pamiętała nic. Zadarła głowę w górę, spoglądając na pobliskie budynki. Powybijane okna, zabite deskami ramy. Na pewno nie było nikogo, kto zainteresowałby się ledwo trzymającą się na nogach dziewczyną.


Wyciągnęła telefon z torebki, włączając latarkę w telefonie. Oświetliła nią ściany budynku, szukając kamer, czy czegokolwiek innego, co mogłoby jej pomóc rozwiązać tę dziwną sytuację. Już miała schować telefon do torebki, nim nie zauważyła pod butami niewielkiej, czerwonej plamy. Uklękła, spoglądając na nią. Krew nie wyglądała na świeżą. Była tu wcześniej? Nie widziała na swoim ciele zadrapań, czy ran. Profesor Snape również nie wyglądał, jakby stracił trochę krwi. A może to była krew tego mężczyzny? Profesor wspomniał, że odepchnął go zaklęciem ogłuszającym. Może zdrapał sobie skórę na dłoniach, albo stłukł nos, padając na bruk? Chciała pochylić się nieco niżej, uważniej się jej przyjrzeć, nim telefon w jej dłoni nie zawibrował. O mało co nie straciła równowagi, kompletnie będąc skupioną na szkarłatnym płynie. Zerknęła na wyświetlacz telefonu.


- Profesor Snape – szepnęła pod nosem, czując, jak cieplejszy promień, rozlał się w okolicy serca.


Wyłączyła latarkę w telefonie i już miała schować go do torebki, nim usłyszała jak tylne drzwi od lokalu, otworzyły się z potężnym skrzypnięciem. Na zewnątrz wydostała się muzyka, która krążyła w barze, a przez drzwi wyszła para młodych ludzi intensywnie się całujących, kompletnie nieinteresujących się tym, że obok nich znajduje się obca osoba. Hermiona jak najszybciej wrzuciła telefon do torebki, oddalając się od pary kochanków.


~*~


Granger, daj znać, jak wrócisz do domu.


Severus Snape

Mistrz Eliksirów


Odłożył telefon na stolik, wpatrując się w czarny ekran. Już od kilku dni o tej samej porze wysyłał jej wiadomość, czekając na odpowiedź zwrotną. Zawsze jakoś lżej się czuł, gdy dała mu znać, że wróciła do domu, że nic jej nie jest. A on nie wiedząc czemu, czuł wtedy spadający z barków ciężar. Ostatnie wydarzenia również jemu dały mocno w kość.


Ponownie skupił swoją uwagę na wywarze, który stał na palenisku. Cały dzień, zresztą jak poprzednie spędził w pracowni, kompletując podstawowe eliksiry lecznicze służące jemu i niekiedy Malfoyowi. Próbował również wynaleźć eliksir, który, chociaż w minimalny sposób przywróci funkcjonowanie nerwów Granger do pierwotnego stanu. I chociaż początkowo miał dobre przeczucia, że jest na właściwej drodze, że wszystko idzie po jego myśli, tak teraz, nie był niczego pewien. Kolejna mikstura była do niczego. I chociaż był najlepszym z Mistrzów Eliksirów, takie niepowodzenie plamiło jego honor.


Wypróbował niemal wszystkich mikstur, zużył niemal cały swój zapas, by wynaleźć eliksir dla Granger, jednak za każdym razem coś szło nie tak. Nie chodziło o to, że Mistrz Eliksirów utracił swój fach, że nie jest już taki dobry, jak kiedyś, tylko to, że przypadek Granger był tak prosty, a jednocześnie skomplikowany, że Snape stawał dosłownie na rzęsach. Mógł ją oczywiście poić wszystkimi miksturami, jednak wiedział, że żaden z nich nie zadziała, że nie są na tyle silne, by zniszczyć wciąż panującą w jej ciele klątwę cruciatus. Były to silne mikstury, zapewne mogące pomóc innym, jednak do walki z czarną magią nie miały szans.


Zdawał sobie sprawę, że nigdy nikomu nie udało się odwrócić skutków cruciatusa, że czas, z którym Granger zmaga się z drżeniem dłoni, już dawno powinny zakwalifikować ją do przegranej pozycji. Być może nigdy nie zahamuje drżenia samoistnego całkowicie, może nie przywróci nerwów do pierwotnego stanu, tak będzie się czuł lepiej, wiedząc, że próbował cokolwiek zrobić, aby jej pomóc.


Przerażała go myśl, że jego możliwości już dawno wyparowały, że całe to przywrócenie zdrowia Granger, po czarno magicznym zaklęciu jest jedną wielką bzdurą, że w tym wszystkim oszukuje samego siebie. Spędzając całe dnie w pracowni, próbował uciekać myślami od dziewczyny z burzą włosów na głowie, skupiając się na eliksirze, który nigdy nie powstanie. Próbował sam siebie oszukać, że może jest cień szansy, aby pomóc jej, przywrócić jej nerwy do pierwotnego stanu, zmniejszyć drżenie samoistne. Wiedział, że jego wysiłki i dobre chęci, były niczym przy okrutnej prawdzie. Nie można było jej pomóc. To czarna magia, a nie leczenie przeziębienia.


- Martwisz się o nią – odezwał się jakiś głosik w jego głowie. Snape zamknął z hukiem obszerną księgę, kręcąc głową, kompletnie nie mogąc zgodzić się z tą bzdurą, którą podsyła mu jego własna wyobraźnia. - Samego siebie nie oszukasz – dodał na koniec filozoficznym tonem.


Telefon na blacie zawibrował, sprowadzając go na ziemię. Machnięciem różdżki opróżnił zawartość kociołka i posprzątał pracownie przy użyciu prostego chołoszczyć. Pogasił światła, zabezpieczył zaklęciem pracownię, oddalając się do salonu. Gdy tylko odblokował telefon, na jego wąskich wargach ukazało się coś na kształt uśmiechu, zapewne niewidocznego dla mało spostrzegawczego obserwatora.


Dobry wieczór profesorze. Melduję się, jestem już w domu :)


Hermiona Granger

Właścicielka księgarni „Oczytana”


P.S. Może jakiś film?


Dziwiąc się samemu sobie, uśmiechnął się lekko pod nosem, wchodząc pod prysznic. Zmył z siebie uciążliwe i duszące opary z mikstur, nad którymi spędził ostatnie kilka godzin. Przymknął powieki, zastanawiając się co on właściwie, ze sobą robi. Ogarnia go dziwne poczucie spokoju i euforii, gdy tylko jego myśli zahaczą o Granger. Bez większego zastanowienia wybiera ponad innymi sprawami. Przecież nie powinna go w ogóle obchodzić ta smarkula. Nie powinien nawet na moment o niej myśleć, spędzać z nią czas, ani próbować odnaleźć do niej drogę pośród innych spraw, by tylko zobaczyć kolejny raz byłą Gryfonkę.


Położył dłoń po lewej stronie klatki, oddychając ciężko. Czyżby możliwe było to, że po tylu latach zaczął miewać ludzkie odruchy? Zaczął czuć jakiekolwiek emocje, zwłaszcza pozytywne? Pokręcił głową, zakręcając kurki z wodą.


- Mięczakiem się robisz na stare lata – skarcił samego siebie, przepasając w biodrach puchaty ręcznik.


~*~


Krzywołap słysząc dzwonek do drzwi, zerwał się z fotela, na którym dotychczas leżał i podbiegł w ich stronę, miaucząc przeciągle. Po niedługiej chwili tuż obok niego zjawiła się jego pani, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Zdecydował się, pomyślała, chwytając za klamkę.


- Cała flota mnie wita – rzucił nieco kąśliwie na powitanie Snape, głaszcząc na swoje niedowierzanie Krzywołapa po gęstym futrze.

- Zawsze i wszędzie profesorze.

I gdy tylko wyprostował barki, spoglądając na nią, poczuła, jak zabrakło jej tchu. Stał przed nią z włosami spiętymi rzemykiem, a parę nieco wilgotnych kosmyków, opadło mu na twarz. Woń perfum, których użył, doszczętnie nią zawładnęła, porywając w dzikie tango, którego nie potrafiła zrozumieć. Intensywność jego spojrzenia sprawiła, że czuła się przy nim malutka, dosłownie jakby była wielkości Krzywołapa. Nie mogąc się powstrzymać, pozwoliła sobie zahaczyć wzrokiem o jego kości jarzmowe, następnie na szczękę i szyję, na której zarysowane było jabłko Adama. Przełknęła gule w gardle, wiedząc, że zapewne wpatruję się w nią, mając wysoko uniesioną jedną z brwi.

- Coś do picia? - zapytała pośpiesznie, przekręcając zamek w drzwiach.

- Herbata może być.


Czuła na swoich plecach jego spojrzenie, gdy tylko krążył po salonie. Lekko drżącymi rękoma wyciągnęła dwa kubki z szafki, kładąc je na blacie. Tak jak wcześniej mogła z nim swobodnie rozmawiać, tak teraz, czuła się onieśmielona, kompletnie nie rozumiejąc tego stanu. Zagryzła wargę, starając się uspokoić.


- Wybrałaś jakiś film?

- Profesor chyba będzie na mnie zły – spojrzała na niego niepewnie, chwytając za parujące kubki. - Próbowałam znaleźć jakiś film, ale przez tę pogodę, antena nie łapie sygnału. Za silny wiatr jest. Przepraszam… - rzuciła, siadając na kanapie.

- Właściwie to nawet nie miałem ochoty na żaden film – zajął miejsce obok niej, a Krzywołap po chwili usadowił się pomiędzy nimi, kładąc łepek na kolanie mężczyzny. - Coś się działo przez ostatnie dnie?

- Wszystko było w porządku.

Uśmiechnęła się delikatnie, chwytając za kubek, a on dopiero zrozumiał, dlaczego dziwne siły ciągnęły go do niej. Granger była ucieleśnieniem dobra i zagubionej, zranionej duszy jednocześnie. Snape nie rozumiał, dlaczego właśnie on sam położył na swoich barkach ogromny ciężar strzeżenia jej. Właściwie nie wiedział, dlaczego za wszelką cenę próbował zapewnić jej bezpieczeństwo. Może gdzieś głęboko w sobie wiedział, że Granger była zagubioną duszą potrzebującą pomocy. Może po prostu zaczął ją… lubić? Nie na pewno nie, zaparł się od razu w myślach, kręcąc głową, na co zdziwiona Granger, spojrzała na niego, znad parującego kubka.


- Na pewno? - dopytał nieco podejrzliwie po chwili.

- Nie działo się nic niepokojącego profesorze.


Przecież nie mogła mu powiedzieć, że traci już całkowicie zmysły, oglądając się za siebie na każdym kroku, że podejrzewa dosłownie wszystkich, których mija na ulicy o dosypanie jej do drinka tabletki gwałtu. Złapałby się za głowę, gdyby tylko wiedział, jakie przerażające tango hula w jej umyśle. Byłby na nią zły, a tego by nie chciała. Zapewne próbowałby ją uspokoić, mówiąc, że nic jej nie grozi, że jest bezpieczna. Upiła dość spory łyk herbaty, zastanawiając się, co zrobiłby, wiedząc, że pojawiła się dziś na tyłach tego nieszczęsnego baru. Chciała tylko sprawdzić, czy coś może pamięta z tamtego wieczoru, być może byłby cień szansy, że przypomniałaby sobie cokolwiek. Planowała już otworzyć usta, zwierzyć mu się, że niczego nie odkryła, ale w porę je zamknęła, besztając się w myślach. Byłby na nią wściekły, że pojawiła się tam. Już wyobraziła sobie, jak unosi w złowrogi sposób palec ku górze, mrużąc przy tym niebezpiecznie oczy. Im mniej wie, tym lepiej, pomyślała.


- Od jutra nie będę dostępny przez dwa dni – odezwał się, patrząc gdzieś przed siebie.


Poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Wyjeżdża? Zostawia mnie?, pomyślała skołowana, uważnie analizując jego twarz. Nagle, otoczyło ją przerażające uczucie wyobcowania, że utraci swą deskę ratunku, że zabraknie go gdyby coś miało się wydarzyć.


Uspokój się!, zbeształo ją w myślach wewnętrzne dziecko. Zrozum, że nic się nie dzieje, dodało na koniec nieco przemądrzałym tonem. To prawda w ciągu ostatniego tygodnia nic niepokojącego nie miało miejsca. Może tak naprawdę ta tabletka gwałtu nie miała być dla niej? Może wypiła drink innej dziewczyny, ratując jej przy tym życie? Chciała liczyć, że tak właśnie było, pomimo wszystkich przerażających szeptów, które podrzucała jej wyobraźnia. Zrozum, że to była fikcja, nic nie miało tak naprawdę miejsca, pomyślała przerażona tym, że to być może jej mózg z nią pogrywa, podrzucając jej chore i sprzeczne obrazy, że w tym wszystkim to ona potrzebuje pomocy.


- Wyjeżdża pan?


Zauważył, jak wyprostowała barki, wpatrując się w niego uważnie. Zarejestrował jakby gasnący blask w jej oczach. Czyżby Granger ogarnął smutek? Nie uszło jego uwadze, jak zaczęła wyginać palce. Widział takie zachowanie u niej, nie po raz pierwszy. Denerwuje się, pomyślał, mrużąc oczy. Czym?


- Potrzebuję zebrać parę ingrediencji do eliksirów – odpowiedział. Nie chciał się jej przyznać, że jego zbiory są praktycznie puste, po nieudanych próbach wynalezienia dla niej eliksiru.

- Daleko pan wyjeżdża?

- Do Doliny Selakano – upił trochę przestudzonej herbaty. - Wyglądasz, jakbyś miała tęsknić, Granger – rzucił nieco kąśliwie. - Chcesz się ze mną wybrać? - zażartował.

- Mogłabym? - zapytała niepewnie, a ten dopiero zrozumiał, że ona odebrała całkiem poważnie jego pytanie. - To znaczy… nie… - zająkała się zmieszana widząc jego minę. - Proszę o tym zapomnieć.

Podrapała się po karku, a następnie chwyciła do połowy opróżniony kubek, stwierdzając, że herbata jednak jej nie smakuje. Patrzył, jak się oddala, nie rozumiejąc kompletnie jej zachowania. Czy przydałaby mu się pomoc w poszukiwaniu ingrediencji? Zapewne nie. Okazy, których miał poszukać, nie były wybitnie trudnymi do odnalezienia. Jednak jakiś głosik w jego głowie podpowiadał mu, że całkiem znośnie byłoby mieć towarzystwo obok.


- Granger – podążył za nią do kuchni, gdzie stała oparta dłońmi o blat, wpatrując się w okno. - Będę się już zbierać.

- Oczywiście profesorze – odwróciła się za siebie, posyłając w jego stronę nieco niepewny, wymuszony uśmiech. - Dziękuję za towarzystwo.

- Herbata była względnie dobra – postawił na blacie pusty kubek, a na jego wargach ukazało się coś, na kształt półuśmiechu.

Był już przy drzwiach wyjściowych, gdy odwrócił się za siebie. Stała nieruchomo, obejmując się ramionami. Oczy były pozbawione blasku, jakby były martwe, nie posiadając w sobie ani grama wesołych iskierek. Już niejednokrotnie zauważył to u niej, lecz za każdym razem, coraz bardziej ten widok nie podobał się mu. Chwycił za klamkę, biorąc głęboki oddech.


- Weź ze sobą tylko ciepłe rzeczy i wygodne buty, nic innego nie potrzebujesz. Będę o siódmej – i wyszedł, nie oczekując nawet odpowiedzi z jej strony. Zostawił ją całkowicie samą z lekkim szokiem zmalowanym na twarzy.


~*~


Hulający wiatr wzmógł na sile, zrywając linie wysokiego napięcia. Hermiona jak i setka innych mieszkańców zamieszkujących jej okolicę została pozbawiona prądu. Tuż po wyjściu profesora zapaliła świece w salonie, chcąc nadać mieszkaniu chociaż trochę przyjemnego ciepła. Malutka cząstka niej cieszyła się na wieść o wyjeździe w poszukiwaniu ingrediencji do eliksirów. Demony przeszłości podrzucały jej myśl, że może poczuje się jak kiedyś, gdy wspólnie odbywali podróże, wykonując misje dla Zakonu. Pomyślała o fotografii spoczywającej w szafce nocnej, którą wykonała na jednej z takich wypraw. Ogromny ból przeszył jej serce, gdy wspomnienia w zastraszającym tempie zaczęły przeskakiwać jej przed oczami. Widziała, jak chodzili skąpani w deszczu, poszukując rzadkich i trudno dostępnych roślin, albo jak siedzieli pod drzewem, czekając na odpowiedni moment zebrania drogocennych owadów, których suszone skrzydła, były niezwykle cennym składnikiem w magicznym świecie. Na jej policzkach ukazał się delikatny i nieco nieśmiały uśmiech, gdy przed oczami ujrzała scenkę, gdy leżeli na sobie w nieco niezręcznej pozycji w namiocie, a ona miała dziwną ochotę skosztować wtedy ust swojego profesora. Pokręciła głową, starając się odrzucić te myśli od siebie. To jest przeszłość, którą powinna już dawno oddzielić wysokim murem od swojego życia.


Wewnętrzne dziecko, które wyszło z kąta, nakazało jej spojrzeć inaczej na zbliżający się nowy dzień. Spędzi czas w towarzystwie mężczyzny, który ostatnimi czasy zrobił dla niej tak wiele. Będą mogli wspólnie posiedzieć, porozmawiać, a ona będzie musiała zrozumieć, że przeszłość, która ciągnie się za nią, jest skończonym tematem, do którego nie powinna już nigdy wracać.


Światło w salonie rozbłysło, rażąc ją swym blaskiem. Malutkie radio, na kuchennym blacie zawyło denną balladą, powodując nieprzyjemne dreszcze na plecach. Sądziła, że awaria potrwa znacznie dłużej, a prąd wróci dopiero nad ranem. Miłe zaskoczenie, pomyślała z małą nutką goryczy, na wizję gaszenia wszystkich świec, rozstawionych w salonie. Jednak wpierw musiała wyłączyć radio, które wprawiało ją w głębsze przytłoczenie.


Po kilku intensywnych godzinach walki ze swoim umysłem, starając się usunąć wizję przeszłości ze swojego umysłu, usiadła skulona w fotelu, czytając publikację, którą wzięła z księgarni. Początkowo biła się ze swoimi myślami, wyzywając samą siebie od słabeuszek, które na siłę próbuje wynaleźć sobie jakąś chorobę. Jednak z każdym przeczytanym rozdziałem, czuła, że coraz bardziej osuwa się ze stabilnego muru, pod którym stała. Drżała wewnątrz na samą myśl strachu, który odbierał jej tlen, który nie pozwalał jej w żaden racjonalny sposób spoglądać na otaczający ją świat. W pewnym momencie wybuchnęła płaczem, rzucając książką w bok.


- Kogo ty chcesz oszukać Hermiono – zagryzła wargę do krwi, ocierając z policzków łzy. - To trwa już zbyt długo, potrzebujesz pomocy…


Pomyślała o różdżce, która spoczywała w głębi szafy, o magii, której bała się używać. Myślała o rodzicach, których jeszcze nie odnalazła, o martwej twarzy Neville’a i uśmiechniętej Luny… o tym, że usunęła wspomnienia jednego z ważniejszych mężczyzn ostatnich czasy w swoim życiu. Przed jej oczami przetoczyła się setka wizji, która jeszcze bardziej pogłębiała u niej rozterkę i wewnętrzny ból.


W kuchni otworzyła wino i nie trudząc się z nalaniem rubinowego płynu do kieliszka, wzięła potężny łyk wprost z butelki. Zakaszlała głośno, ponownie zalewając się łzami. Z kieszeni spodni wyciągnęła telefon i wybrała jeden z niewielu kontaktów, który posiadała. Już nie walczyła ze sobą, dała się poprowadzić swojemu wewnętrznemu dziecku, wybierając połączenie.


- Hallo?


Pociągnęła głośno nosem, czując przeraźliwy ból w gardle. Słyszała swój własny, przyśpieszony oddech. Czuła, jak spocone dłonie, zaciskają się kurczowo na telefonie, jak osłabione ciało, drży niekontrolowanie. Czuła, jak tonie w bagnie własnego strachu i przerażenia, jak wydarzenia z ostatnich tygodni odbierają jej życiodajny tlen.


- Hallo?

- Malfoy...

- Hermiona? - usłyszała ten spokojny, kojący głos po drugiej stronie, który sprawił, że chociaż przez moment poczuła, że podejmuje słuszną decyzję. - Coś się stało?


Oczywiście, że coś się stało, pomyślała zrozpaczona. Dziwne zdjęcia, które dostała, śledzenie ją w nocy, odurzenie jej specyfikiem, nagła choroba pani Morgan, wojna, którą wciąż pamięta, koszmary nawiedzające jej każdej nocy i ten nieszczęsny profesor, któremu wymazała pamięć.


- Przepraszam, że dzwonię o tej godzinie, ale – zacięła się, zaciskając palce na butelce z winem. Wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić. - Potrzebuję twojej pomocy…


Krzywołap zeskoczył z kanapy, obserwując swoją panią zalaną łzami. Stała tam młoda kobieta, siłą trzymając telefon przy uchu. Drżała na całym ciele, nie potrafiąc ukoić nieprzyjemnych spazmów. I chociaż Krzywołap był mądrym kotem, rozumiał wiele spraw, tak był pewien, że jego pani, właśnie podjęła jedną z cięższych, ale i ważniejszych decyzji w swoim życiu. To już nie była ta sama dziewczyna sprzed kilku laty, którą można było spotkać na korytarzach zamku, ściskając pod pachą opasłe tomiszcze Historii Magii. Tamta dziewczyna już dawno nie istniała. Stała przed nim zagubiona i zraniona przeszłością kobieta, kompletnie zagubiona w świecie, w którym się znalazła, w świecie, który po części i ona sama wykreowała. Upadła na kolana, przyciskając telefon do piersi. I gdyby tylko Krzywołap chciał wziąć na siebie cały ból swojej pani, tak nie mógł, wiedząc, że to ona musi się uporać z demonami przeszłości, że to jest w końcu ten czas, by stawić im czoła.






~*~


Dzień dooobry! ♥


Drogi Czytelniku 💕🙏 Witam Cię ponownie w moim magicznym świecie. Z całego serca przepraszam za dość długą nieobecność, która była spowodowana... życiem. Mam nadzieję, że uda mi się odnaleźć regularność, aby móc zaskakiwać Cię nowymi przygodami Hermiony i Severusa (nie zapominając oczywiście o Krzywołapie 🙏).

Z całego serca dziękuję, że tu jesteś i cierpliwie na mnie czekałaś/eś! 🥰


I... jak wyszło? 🤔 Wyszłam z wprawy po takim czasie, czy jest jeszcze w granicach przyzwoitości? 😅🙈 Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz swoją opinię w komentarzu 😇

Również zapraszam Cię serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy rozdział.

Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻


Będzie mi bardzo miło, móc gościć Cię tam 💕


Kolejny rozdział tuż, tuż. Uważnie wyczekuj sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.