sobota, 15 stycznia 2022

Rozdział 19 - Dla ciebie mogę być jedynie profesorem

  Kolejne dni stały się nerwowe. Hermiona nie potrafiła zrozumieć własnych uczuć. Co rusz chodziła spięta, rozdrażniona. Denerwowało ją wszystko, łącznie z migającymi latarniami na ulicy, czy skrzypiącymi drzwiami od łazienki. Miała również większy problem ze snem, a koszmary zaczęły powracać z taką siłą, że już kilkukrotnie budziła się w środku nocy zalana potem.


Co chwila wracała myślami do wczorajszego wieczoru, gdzie odwiedziła ją Ginny, chcąc upewnić się, jak się czuje po zjeździe absolwentów. Starała się ją przekonać, że nie miała ataku paniki, że było jej tylko duszno i musiała zaczerpnąć świeżego powietrza, ale Ginny nie wyglądała na przekonaną. Spoglądała na nią, mrużąc niebezpiecznie oczy.

- Ale przyznaj się, chciałaś go pocałować – odezwała się tamtego wieczoru, gdy tylko Hermiona opisała jej całe zajście z Maxem. Ginny co chwila rzucała orzeszki do ust, pragnąc, aby Hermiona raz jeszcze opowiedziała ze szczegółami wydarzenia ostatnich dni. Dziewczyna westchnęła, chwytając kubek herbaty do dłoni.

- Ginny – jęknęła przeciągle.


Co prawda nie było czego opowiadać, choć każde zdanie, gdzie Ginny usłyszała imię Max, było dla niej istną sensacją. Poprawiła się na sofie, odgarnęła płomienno rude kosmyki włosów w tył spoglądając uważnie na Hermionę.


- Nie masz się czego wstydzić. Wyglądał całkiem… - podrapała się po karku nie wiedząc jak opisać Maxa. - No wiesz… taka inna wersja Wiktora Kruma.

- Ah daj mi spokój Ginny – walnęła ją poduszką. - A tak poważnie… to nie chciałam go pocałować – rzuciła, spoglądając w dal.

- Krzywołap twoja pani powinna kupić ci nową zabawkę, zuch chłopak z ciebie – a ten jakby wszystko rozumiał, dumnie się wypiął, mrucząc pod nosem. - Czy nie mówiłam, że jest uroczy? - zaśmiała się, drapiąc go za uchem.

- Chyba z tysiąc razy.


Hermiona pokręciła głową, wspinając się po schodach. Ginny przez kilka godzin nie potrafiła się uspokoić wciąż powracając do Maxa, zachowując się jak zwykła nastolatka pragnąca namiastki plotek. Chociaż czego Hermiona mogła się dziwić. Całe dnie spędzała w domu z Teddym, albo poświęcała się na pisaniu podręcznika do Quidditcha. Takie wyciąganie informacji z Hermiony musiało być dla niej czymś w rodzaju odskoczni od dnia codziennego, gdzie mogła, chociaż na moment zająć czymś swoją głowę. I jak początkowo była zła na rudowłosą, za poruszanie tematu Maxa, tak pod koniec ich spotkania odpuściła, próbując znaleźć się w sytuacji młodszej przyjaciółki.


- Krzywołap! - zawołała od progu drzwi. - Zobacz mam coś dla ciebie!


Hermiona wzięła sobie do serca uwagę rudowłosej i po pracy odwiedziła sklep zoologiczny, starając się wybrać coś ciekawego dla swojego towarzysza. Chyba bardziej cieszyła się z nowo zakupionej zabawki dla swojego sierściucha, niż sam docelowy obiekt. Krzywołap dumnie podszedł do niej z wysoko zadartym ogonem, a kiedy Hermiona pomachała mu przed oczami specjalną wędką zakończoną puchatymi piórkami, ten tylko na nią spojrzał i ziewnął przeciągle.


- Nie mów, że ci się nie podoba – stwierdziła, lekko urażona reakcją kota. - Spójrz jakie fajne – poruszała zabawką, a kolorowe piórka przy każdym ruchu wesoło kołysały się w powietrzu. - Naprawdę wybrzydzasz – dodała na koniec, zdejmując buty.


Hermiona miała wrażenie, że Krzywołap z każdym kolejnym rokiem staje się coraz bardziej wybredny, a jego zmieniające się co chwila humorki również zaczęły osobiście dotykać Granger. Rzuciła na sofę nowo zakupioną zabawkę i oddaliła się do sypialni, będąc rozczarowaną brakiem entuzjazmu ze strony Krzywołapa. Ten oczywiście podążył za nią i położył się tuż obok niej na łóżku, wyginając w specyficzny sposób grzbiet, aby tylko go pogłaskała.


- Jesteś niemożliwy – podsumowała.


Ze szafki nocnej wyciągnęła książkę, którą zaczęła jakiś czas temu. Już miała otwierać na ostatnio zakończonej stronie, nim jej spojrzenie nie zahaczyło o fotografię. Chwyciła więc ją i zawiesiła wzrok na twarzy swojego profesora a dziwny ból, rozpłynął się w okolicy jej serca. Starała się odepchnąć natrętne myśli od obliviate, które rzuciła na profesora Snape’a. Wyrzuty sumienia zaczęły kąsać jej duszę, a demony przeszłości zaciskały obręcz na jej barkach.


Krzywołap spojrzał na trzymaną w dłoniach swojej pani fotografię i mruknął przeciągle. Hermiona otarła z kącików oczu łzy, spoglądając w złote tęczówki kota. To przeszłość, zwróciła się do niego, starając się, aby jej głos był spokojny, aby nie zaczął niebezpiecznie drżeć. Ten nie wyglądał na przekonanego, gdyż wskoczył na brzuch swojej pani, starając się dodać jej w jakiś sposób otuchy, liżąc ją po policzku, czy wtulając się w jej szyję.


- Spokojnie, nigdy nie dowie się o naszym sekrecie.


~*~


Po całym dniu ustawiania na półkach nowej dostawy książek, czy pakowaniu zamówień była padnięta. Jednak nie na tyle, aby spokojnie móc zasnąć. Od przeszło godziny przewracała się z boku na bok, pragnąc, chociaż odrobiny snu. Spojrzała z lekką dozą zazdrości na Krzywołapa, który smacznie spał tuż obok niej. Nie widząc innego wyjścia, ostrożnie wysunęła się z łóżka, aby tylko nie przestraszyć Krzywołapa. Zanim opuściła sypialnię, z fotela zgarnęła jeansy, koszulkę i bluzę. W salonie zarzuciła na ramię torebkę, wrzuciła do niej telefon, portfel i wsunęła stopy w białe adidasy. Nie wiedząc czemu pomyślała właśnie o Malfoyu, który oczyścił jej ubłocone buty, podczas jej pamiętnej podróży do Rye. Wciąż miała z tylu głowy słowa profesora Snape’a, że powinna się do niego zgłosić, że może jej pomóc, ale za każdym razem oddalała od siebie tę myśl, znajdując masę wymówek.


Wrześniowa noc była dosyć ciepła. Nie sądziła, że po ulicach wciąż będą krążyć ludzie, spacerując z psami czy wracając z wieczornych imprez, gdzie mogło świadczyć o tym dość mocno połyskujące stroje, czy butelki alkoholi ukryte za papierowymi torebkami. Wyciągnęła telefon. Ostatnio straciła rachubę czasu, była mocno zdziwiona, że właśnie jest sobota, a przecież niedawno rozpoczął się poniedziałek. Westchnęła, wrzucając telefon z powrotem do torebki.


Nie wiedziała jak długo chodziła, ani jak znalazła się na Blackfriars Railway Bridge. Była niczym w transie kierując się na most, z którego chciała skoczyć zeszłego roku. Wszystko wydawało się takie samo jak tamtego pamiętnego dnia po zakończeniu nauki w Hogwarcie. Chociaż nigdy nie miała odwagi, aby zjawić się tu raz jeszcze, tak dziwnie było jej stanąć jej w tym samym miejscu, gdzie kiedyś próbowała targnąć się na życie. Nie czuła nic. Pustka ogarnęła całą jej duszę, a ona stała niczym w transie, spoglądając na płynącą rzekę zza metalowych barierek. Dotknęła poręczy, przy której stała pani Morgan, próbując ją odwieźć wtedy od pomysłu, jaki miała. Pamiętała jak dziś jej błękitne oczy i te dwa słowa, które skierowała do niej. Zaufaj mi… A ona niewiele myśląc, zaufała, przypadkowej, obcej kobiecie.


Była tak pochłonięta w wyimaginowanym świecie, w którym się znalazła, że nie zdała sobie sprawy, że była od jakiegoś czasu obserwowana przez zakapturzoną postać stojącą po drugiej stronie mostu, która śledziła każdy, nawet najmniejszy ruch kobiety.


Hermiona pociągnęła nosem, starając się odrzucić od siebie myśli. Chciała uciec jak najdalej od Blackfriars Railway Bridge, albowiem czuła jak demony przeszłości zaciskają obręcz na jej drobnych ramionach. Odwróciła się za siebie, minęła turystę i zaczęła kierować się w drogę powrotną do domu. Chociaż nie wiedziała, czy spacer pozwoli jej zasnąć, czy wręcz przeciwnie, powrót do przeszłości, do miejsca, z którego chciała odebrać sobie życie, nie zawładnie doszczętnie jej umysłem, nie pozwalając nawet na moment oddechu.


Skrzypienie kamieni dobiegło gdzieś z oddali. Hermiona obejrzała się za siebie, to turysta, którego minęła, również ruszył. Westchnęła głośno, próbując uspokoić swój rozbiegany umysł. Skręciła w uliczkę, prowadzącą bliżej centrum. Jej wewnętrzne dziecko dało jej kuśca w bok, spojrzała na nie złowrogo, ale koniec końców odwróciła się za siebie. Za zakrętu wyszła zakapturzona postać. Hermiona poczuła zimne kropelki potu na karku. Przyspieszyła więc kroku, wyciągając z torebki telefon. Nie wiedziała, czy jej wyobraźnia nie płata jej figla, ale gdy obejrzała się raz jeszcze, wciąż miała za sobą ogon, czuła, że coś jest nie tak. Weszła w listę kontaktów, szukając tego jedynego numeru. Niewiele myśląc, nadusiła słuchawkę a sygnał połączenia, ciągnął się długo, wręcz w nieskończoność. Hermiona podskoczyła, wystraszywszy się uderzenia dzwonu, który zabił gdzieś nieopodal. Wybiła druga w nocy.


- Tak? - ten głos po drugiej stronie sprawił, że poczuła szybsze bicie serca. - Hallo?

- Profesorze?

- Granger? To ty? Coś się stało? - uchwyciła, jak włącza przycisk zapalania lampki. - Jest środek nocy – usłyszała, jak powstrzymuje ziewnięcie.

- Profesorze, chyba ktoś za mną idzie… chyba ktoś mnie śledzi – wyszeptała do telefonu.

- Granger gdzie ty w ogóle jesteś? - rzucił. - Co ty robisz o tej godzinie sama na dworze? - zapytał podejrzliwie. Przypuszczała, że będzie zły za to, że go obudziła w środku nocy, jednak jego głos był w miarę spokojny. Gdyby tylko mogła być razem z nim, zapewne zarejestrowałaby jak ściąga brwi, czekając na jej odpowiedź.

- Wracam z Blackfriars Railway Bridge, kieruję się do centrum… idzie za mną jakiś mężczyzna…


W słuchawce odbijał się jej nierówny i nieco przyspieszony oddech, oczekując jakiegokolwiek znaku ze strony mężczyzny. Po drugiej stronie usłyszała skrzypnięcie łóżka, a potem zarejestrowała szamotanie, coś jak dźwięk klamry od paska. Sekundę później coś ciężkiego opadło na podłogę.


- Posłuchaj mnie uważnie, nie odwracaj się, dobrze? - poinstruował ją Snape. - Bądź dyskretna, zachowaj spokój, już się zbieram.

- Co mam robić? - jej głos zaczynał się łamać.

- Co masz w pobliżu? Jest jakaś ławka? Cokolwiek? - rozejrzała się na boki.

- Niedaleko jest stacja metra Blackfriars.

- Dobrze idź tam, Granger. Nie uciekaj, nie panikuj.

- Idę… - przełknęła ślinę, mocno zaciskając palce na telefonie.


Te kilkanaście metrów, które dzieliło ją od wejścia do stacji metra, wydawało się, jakby ciągnęły się one kilometrami. Słyszała w bębenkach bicie własnego serca, które chciało wyskoczyć z piersi. Z duszą na ramieniu zaczęła zbiegać po schodach, starając się nie potknąć o drżące nogi. Udało się jej stanąć na tyle blisko staruszka, który właśnie kasował na bramkach swoją kartę, że przeszła razem z nim. Obróciła się za siebie, a zakapturzona postać była na końcu schodów.


- Jestem już. Jest garstka ludzi...

- Stań gdzieś pod ścianą.

- Boję się – wyszeptała.

- Zaraz się zjawię, Granger – uspokoił ją. - Jesteś już tam?

- Tak – rozejrzała się na boki, ludzie zaczęli się ustawiać, oczekując na zbliżający się skład. Spojrzała na tablicę rozkładu jazdy, zawieszonego na słupie, miał wjechać za mniej niż minutę. - Widzę, jak wchodzi na peron… on… idzie tu...

- Nie rozłączaj się – jego głos lekko przyspieszył. Usłyszała w tle trzask zamykania drzwi. - Stanął obok ciebie? - zapytał. Hermiona obróciła lekko głowę. Zakapturzona postać stała dwa metry od niej, trzymając dłonie w kieszeniach czarnej kurtki.

- Tak.

- Dobrze, zachowaj spokój. Może usłyszeć to co mówisz?

- Wydaje mi się, że tak...


Nagle jej telefon zawibrował. Oderwała go od ucha, sprawdzając wyświetlacz. Poczuła mocny uścisk w żołądku, zdając sobie sprawę, że telefon niedługo się rozładuje.


- Mam pięć procent baterii… telefon zaraz mi się rozładuje – wyjaśniła pospiesznie.

- Spokojnie Hermiono, nie wiem, kim jest ten człowiek, ale nie zaatakuje cię, nie zrobi tego w miejscu publicznym – to dziwne uczucie, móc pierwszy raz usłyszeć swoje imię z ust profesora Snape’a. Poczuła jak w otoczce ogarniającego ją strachu, znalazło się miejsce, na szybsze uderzenie serca.

- Podniósł mnie pan na duchu – jęknęła żałośnie. - Skład się zbliża.

- Dobrze, wsiądź do niego.

- Zgoda…

- Powinien wsiąść razem z tobą – mówił dalej Snape. - Będzie chciał cię przepuścić pierwszą.

- Rozumiem.

- Wejdź najbliższymi drzwiami, a potem, skieruj się na koniec składu, do kolejnego wyjścia.

- Zrozumiałam – odpowiedziała, gdy z piskiem zatrzymał się przed nią skład.

- Posłuchaj mnie uważnie… - mówił do niej, gdy kierowała się na tył wagonika. - Tuż przed odjazdem i zamknięciem drzwi, wyskoczysz.

- Słucham?!

- Dasz radę Granger. Spotkamy się za kilka seku… - ale nie usłyszała już zakończenia. Telefon zawibrował ostatni raz, wyłączając się.

- Hallo?!

Wcisnęła go do torebki, kątem oka obserwując, że zakapturzony mężczyzna podążył za nią, jak przypuszczał profesor Snape. Z bijącym serce oczekiwała sygnalizującego dźwięku zamknięcia drzwi. Zebrała w sobie całą odwagę, którą posiadała i w tej samej sekundzie gdy po metrze rozszedł się dźwięk, a drzwi zaczęły się zamykać, wyskoczyła na peron, boleśnie upadając. Drzwi zamknęły się za nią, a skład ruszył. Podnosząc się na kolanach, zauważyła jeszcze jak zakapturzona postać, podbiega do szyby, uderzając w nią kilkakrotnie pięścią.

Ktoś silnie chwycił ją za barki, odciągając w tył. Czuła coraz bardziej ogarniającą ją panikę, próbowała wić się i szamotać, ale była bez szans. Przerażona poczuła uścisk w pasie, a potem zaciągnięcie gdzieś w odosobniony ciemny kąt stacji metra. Stanowczo została przyparta do muru, a jej nozdrza zostały zaatakowane tak dobrze jej znaną mieszanką perfum. Podniosła głowę. Wpatrywały się w nią ciemne oczy profesora Snape’a. Z bijącym sercem lustrowała całą jego twarz, wąskie usta, hipnotyzujące hebanowe oczy, haczykowaty nos i ciemne kosmyki włosów opadające mu na czoło.


- Profesorze – wyszeptała, zarzucając mu ręce na szyję. Wtuliła swoją twarz w zgięcie szyi mężczyzny, będąc całkowicie obezwładnioną jego perfumami. Serce mocniej zabiło, gdy tylko zacisnął swoje dłonie wokół jej talii, mocniej ją do siebie przyciągając.


Wzmocnił uścisk a w następnej chwili, oboje poczuli szarpnięcie w okolicach pępka. Z głośnym pyknięciem zniknęli ze stacji metra wylądowując na środku salonu Hermiony. Runęli na dywan z głośnym hukiem. Snape podniósł się na łokciach, znajdując się parę centymetrów od twarzy dziewczyny. Poczuła, jakby właśnie znalazła się w namiocie ze swoim profesorem, jak przydarzyła im się podobna, wręcz identyczna sytuacja parę lat wcześniej, o której niestety profesor Snape nie wiedział. Nie okiełznała swoich myśli, gdy te, co rusz nakazywały jej spojrzenie na wargi mężczyzny. A ona nie chciała ze sobą walczyć i zahaczyła o nie wzrokiem, zastanawiając się, jak muszą smakować, czy były miękkie i aksamitne w dotyku, czy smakowały Ognistą Whisky albo mocną, czarną kawą, którą uwielbiał mężczyzna.


Ich nierówne oddechy odbijały się echem po salonie. Czuła na sobie palące spojrzenie mężczyzny nie wiedząc, co powinna zrobić. Jeśli kilka dni wcześniej znalazła się w podobnej sytuacji z Maxem, do której nie była chętnie nastawiona, tak teraz, wszystkie znaki na niebie krzyczały do niej, że to ten moment, że to ta chwila.


Snape przymknął powieki, biorąc spokojny wdech. Przełamał tę chwilę pomiędzy nimi, wstając z podłogi i podając dłoń Granger. Nie chciała wyglądać na urażoną takim zwrotem akcji, więc chwyciła jego dłoń, siadając na sofie. Czego mogła się spodziewać, że Snape pocałuje ją? Zmysły postradałaś, pomachało do niej wewnętrzne dziecko.


- Granger, co to było...

- Ale co takiego? - zapytała przerażona. Czyżby chciał ją zbesztać za to co przed chwilą było pomiędzy nimi? Za tę nienaturalną bliskość? Zagryzła od wewnętrznej strony policzek.

- Co się działo w tym metrze? Kto cię śledził?

- Ja… nie mam pojęcia – spojrzała na niego gdy tylko usiadł obok niej.

- Widziałaś jego twarz? Wiesz, kto to był?

- Nie mam pojęcia, miał kaptur… był ubrany cały na czarno...

- Dobrze, że po mnie zadzwoniłaś – odezwał się Snape, przeczesując włosy.

Zlustrowała go spojrzeniem. Siedział w czarnych jeansach i z ciemną koszulką, opinającą jego ciało. Włosy miał w nieładzie, a oczy były podkrążone. Poczuła ukłucie w sercu, gdy zdała sobie sprawę, że wybudziła go ze snu. Snape jakby wiedział, o czym rozmyśla, bo po chwili nieco niepewnie dotknął jej ramienia. Czując rozgrzane policzki, spojrzała na niego. Wyglądał, jakby walczył ze swoimi myślami, bił się z nimi, a ona nie chciała przerywać mu tego pojedynku, więc czekała cierpliwie, dopóki nie spojrzał na nią.

- Dziękuję profesorze, gdyby nie pan… - jęknęła, kręcąc głową w bezradności.

- Zostanę z tobą do rana – stwierdził, ściągając z nóg buty. Podkulił jedną nogę, siadając naprzeciw Granger.

- Nie chciałabym pana tak wykorzystywać...

- Przestań już marudzić Granger.

- Hermiono.

- Słucham? - uniósł brew ku górze.

- Hermiono, już dziś pan się tak do mnie odezwał. Mam na imię Hermiona – wyciągnęła ku niemu dłoń. - Po prostu Hermiona.

- Dla ciebie mogę być jedynie profesorem Snapem – chwycił jej dłoń. - Hermiono… - dodał już ciszej.

- Nic nie szkodzi, profesorze – uśmiechnęła się lekko, wciąż czując jego dotyk. Nie wyrwała uścisku, wręcz przeciwnie, z niemą satysfakcją patrzyła mu w oczy, oczekując zerwania bliskiego kontaktu. Snape nie poznając samego siebie, opuścił ich dłonie na swoje kolano, nie przerywając dotyku, a Hermiona wyczuła mocniejsze uderzenie serca.

- Wytłumacz mi co robiłaś na Blackfriars Railway Bridge? Czy chciałaś...

- Nie, nie – wtrąciła się. - Nie chciałam skoczyć – zapewniła go, czując się dziwnie, rozmawiając o tym. Snape zmrużył ciemne oczy. - Po prostu…

- Po prostu co? - wyrwał się z jej uścisku, kładąc swoją dłoń na jej. Hermiona przełknęła wielką gulę w gardle.

- Nie mogłam spać, poszłam się przejść i nawet nie wiem kiedy zawędrowałam na Blackfriars Railway Bridge

- Koszmar?

- Jakby pan wiedział – mruknęła, spoglądając gdzieś przed siebie.

- Co to jest?

Puścił jej dłoń, chwytając koperty ze stolika. Wyciągnął pośpiesznie ich zawartość, uważnie się im przyglądając. Pierwszą z nich przejrzał powierzchownie, odrzucając ją na stolik, ale przy drugiej zatrzymał się już dłużej, ściągając uważnie brwi.


- Kiedy ją dostałaś?

- Dzień po pierwszej – wytłumaczyła mu.

- Dopiero teraz mi o tym mówisz? - warknął, rzucając fotografie na stolik.

- Profesorze tylko dostałam te dwie koperty, nic więcej… - zapewniła go, kładąc dłoń na swoim sercu. - Od półtora tygodnia niczego nowego nie dostałam. Uważam, że to żart dzieciaków z sąsiedztwa.

- Które dzieciaki wiedzą, gdzie pracujesz i którą drogą wracasz do domu? Powiedz mi...

- Może są to miłośnicy fotografii? - podsunęła mu pomysł. Snape głośno prychnął.

- Nie podoba mi się to – wskazał dłonią na stolik. - Co się działo przez ostatnie dni?

- Nic takiego – wzruszyła ramionami.

- Powiedz mi.

- Zostałam prawie okradziona...

- Słucham? - wyprostował barki. - Co to znaczy prawie?

- Wracałam z Krzywołapem z księgarni i nagle jakiś facet wyrwał mi torebkę. Na szczęście inny przechodzień, który był w pobliżu, zareagował w porę.

- Powiedz mi czy ja mam się tutaj wprowadzić, byś chodziarz przez chwilę była bezpieczna? - zapytał samego siebie, a Hermiona na jego słowa zarumieniła się niczym piwonia.

- Dla mnie może się pan wprowadzić nawet dziś.

Wewnętrzne dziecko, które posiadała, wyszło z kąta i przysiadło się na rogu kanapy, patrząc na nią wielkimi oczami. Zapewne zastanawiało się, którą ostatnio komedię romantyczną panna Granger oglądała, mogąc z nich wychwycić tak piękny tekst. Snape przechylił głowę w bok, uważnie lustrując jej twarz, a po chwili na jego ustach pojawiło się coś na kształt delikatnego uśmiechu. Potrząsnął głową, spoglądając gdzieś w głąb pokoju, a Hermiona uznała, że nieźle zawstydziła profesora Snape’a. 1:0 dla mnie, pomyślała.



~*~


Dzień dooobry! ♥


Ciemne chmury zjawiły się nad panną Granger. Chyba również zauważyłeś Drogi Czytelniku, że nie jest spokojnie jak kiedyś? 🤨 Jak odbierasz taki zwrot akcji?


Co sądzicie o najnowszym rozdziale? Będzie mi bardzo miło móc przeczytać parę słów od Was w komentarzu 💕


Również zapraszam Was serdecznie na moje pierwsze opowiadanie, gdzie również pojawił się nowy rozdział wraz z notką urodzinową. Narkotyk ma już 9 lat! 🥳

Hermiona i Severus - działa na nią jak Narkotyk 👈🏻



Kolejny rozdział tuż, tuż. Uważnie wyczekuj sowy! Do usłyszenia 😘


Ściskam,

Jazz ♥




P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.


czwartek, 23 grudnia 2021

Rozdział 18 - Krzywołap bohaterem wieczoru

 


Kolejne dni upływały spokojnie. Owa osoba, która podrzuciła Hermionie zdjęcia zdała sobie sprawę, że adres musiał być zły, gdyż od tygodnia niczego nowego nie dostała. A to w jakiś sposób ją uspokoiło, gdzie przez cały czas chodziła spięta i lekko poirytowana.


Również nie miała kontaktu z profesorem Snapem, a to było dla niej nieco dziwne, gdzie zwykle wpadał bez zapowiedzi i zjawiał się tak po prostu. Chciała odepchnąć od siebie myśli, że rozmyśla nad nim zbyt często, że zastanawia się, co porabia całe dnie, ale uznała, że to dorosły mężczyzna, który ma własne życie. A ona niestety nie jest jego częścią, nawet jeśli próbowałaby oszukać samą siebie, że jest inaczej. Jej wewnętrzne dziecko wiedziało, jaka jest prawda, a ona nie chciała dopuścić do siebie tej nieprzyjemnej myśli, która powodowała silny ból żołądka.


Wrzesień przyniósł ze sobą kłębiące się ciemne chmury nad Londynem. Od samego rana całe miasto było pozbawione prądu, co prowadziło wszystkich mieszkańców w stan ogólnej irytacji i zniecierpliwienia. Hermiona odgarnęła kosmyki włosów za ucho, podrzucając pod pachą pusty karton po książkach. Nowa powieść pana Hughesa stała się bestsellerem w księgarni, a egzemplarze rozchodziły się niczym świeże bułeczki. Poprawiła książki na półce, które właśnie wyłożyła z nowej dostawy i wyszła na zaplecze, odkładając karton gdzieś w pusty kąt pomieszczenia.


Od kilku dni Hermiona nie miała śmiałości spojrzeć w oczy pani Morgan, która spoglądała na nią spod wielkiej ramy obrazu. Była zbyt onieśmielona, by zajrzeć w niebieskie tęczówki kobiety, wciąż czując ból i niesprawiedliwość do tego świata, że to właśnie pani Morgan musiała się zmagać z tak okrutną chorobą.


Krzywołap otarł się o jej nogę, mrucząc delikatnie pod nosem. Tego dnia zabrała go ze sobą do księgarni, mając silną potrzebę poczucia czyjegoś towarzystwa w tym miejscu. Na szczęście miała jeszcze gdzieś schowaną folię bąbelkową, która stała się idealną zabawką dla jej towarzysza. Na koniec dnia wyłożył się on na parapecie, rozprostowując kończyny, spoglądając znudzonym spojrzeniem na przechodniów.


Dzwonek umieszczony tuż nad drzwiami dał znać o czyimś przybyciu. Hermiona wyszła zza regału, z drugiej części księgarni a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Nie wiedząc czemu, poczuła ogarniający ją spokój, a całe uczucie przytłoczenia ostatnich dni, jakby odeszło gdzieś daleko. Jak nic po Oczytanej rozglądał się profesor Snape, uważnie studiując każdy kąt wyremontowanej księgarni. Odłożyła właśnie książkę historyczną, którą miała w dłoni i wyszła z ukrycia, stając oko w oko z mężczyzną.


- Dobry wieczór profesorze – uniosła delikatnie kąciki ust w górę.

- Dobry wieczór panno Granger – kiwnął głową, rozglądając się po pomieszczeniu. - Nie jest źle, mogło być gorzej – a ona uśmiechnęła się mimo wszystko na ten komplement.

- Co pana sprowadza tutaj?

- Przyszedłem zobaczyć, jak wygląda Oczytana, czysta ciekawość panno Granger. To źle?

- Skądże – zaśmiała się delikatnie. - Oprowadzę pana.

- Czyń honor – uniósł dłoń ku górze.

Snape nie dał po sobie tego poznać, ale mogła zauważyć, jak ogląda z zainteresowaniem każdy kąt Oczytanej, kiwając z uznaniem głową. Przystanęli przy portrecie pani Morgan, a Hermiona czując bliskość mężczyzny, zdecydowała się w końcu spojrzeć w błękitne tęczówki Jacqueline. Znalazła w sobie odwagę, której brakowało jej od kilku dni, aby zatrzymać spojrzenie na tej pięknej kobiecej twarzy. Stali w ciszy wpatrując się oboje w płótno, nim nagle zabłysło światło, rozchodząc się po całej księgarni. Hermiona odwróciła się na pięcie za siebie.


- W końcu przywrócili prąd – oznajmiła mężczyźnie. - Nie było go od samego rana.

- No i ktoś nawet się obudził – Krzywołap oślepiony światłem zwlókł się z parapetu i podbiegł do mężczyzny, ocierając się o jego nogę. Snape koniec końców wywrócił oczyma, ale wziął go na ręce.

- Lubi pana – pogłaskała go za uchem.

- Ma fatalny gust – skwitował Snape, co spotkało się ze śmiechem dziewczyny. - Co jest takiego śmiesznego, Granger?

- Ja pana też lubię – spojrzała na niego, niepewnie czując dziwne igiełki, wbijające się w kark.

- Wariatka jakich mało – podsumował, odkładając kota na posadzkę. - Granger co jest? - zapytał, widząc malujący się ból na jej twarzy.

- To nic takiego – przycisnęła do siebie dłoń, starając się ukoić jej drżenie. - Zaraz przejdzie – dodała już ciszej.


Nie wyglądał na przekonanego, bo patrzył na nią nieprzychylnie. Odłożył Krzywołapa na posadzkę i pokonał odległość, która ich dzieliła. Chwycił jej drżącą dłoń, uważnie się jej przyglądając, jak uczynił to ostatnim razem w Rye. Hermiona nie wiedziała, czy drżąca dłoń przeniosła dreszcze na całe ciało, czy było to spowodowane dotykiem mężczyzny. Jego chłodne palce stanowczo, lecz delikatnie trzymały ją w uścisku. Hermiona wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem uznała, że jeśli potrwa to jeszcze dłużej, to już niedługo zapomni, jak się nazywa. Uspokój się, upomniała samą siebie, nieco niepewnie próbując odnaleźć hebanowe spojrzenie mężczyzny. Raptem spojrzał na nią tak, jakby odkrył coś banalnego.


- Draco musi cię obejrzeć.

- Mnie? Dlaczego?

- Może uda mu się przywrócić funkcjonowanie nerwów do pierwotnego stanu - założył dłonie na biodra unosząc brew ku górze, a dziwne uczucie pustki, brak jego dotyku sprawił, że poczuła, jakby spadała ze schodów zrobionych jedynie z powietrza.

- Profesorze to są skutki po cruciatusie… tego nie da się naprawić.

- Pamiętaj, że masz kontakt ze świetnym Uzdrowicielem młodego pokolenia. Daj mu się wykazać. Może będzie w stanie pomóc, chociaż zmieniając częstotliwość drżenia.

- No dobrze – stwierdziła w końcu, nie chcąc wchodzić z nim w niepotrzebną dyskusję. - Skontaktuje się z nim w wolnej chwili.

- Dotrzymasz słowa?

- Zawsze.

- Powiedzmy, że ci wierzę – mruknął pod nosem niezbyt przekonany jej zapewnieniom. - Przepraszam cię.


Snape wyciągnął z kieszeni wibrujący telefon. Spojrzał na wyświetlacz, a potem na Granger, odrzucając połączenie. Już miała się odezwać, pytając, jakie ma plany na wieczór, nim telefon ponownie nie zawibrował. Zniecierpliwiony mężczyzna nacisnął na zieloną słuchawkę.


- No, co jest? - odezwał się do telefonu, a jego głos był nieco ostry i lekko zniecierpliwiony. - W Londynie jestem… Tak w księgarni u Granger… Co się dzieje… Jesteś pewien… - ściągnął brwi, usilnie nad czymś myśląc. Wypuścił w końcu powietrze ze świstem – Za minutę będę w salonie… no dobra, na razie.


Wcisnął telefon w kieszeń spodni i przeniósł spojrzenie na Granger.


- Widzę, że polubił pan ten mugolski gadżet – uśmiechnęła się delikatnie.

- W końcu się przekonałem. Zdecydowaliśmy się na taką komunikację z Draco, zamiast wysyłać patronusy z wiadomościami – wytłumaczył pośpiesznie. - Malfoy potrzebuje pilnej konsultacji odnośnie jednego eliksiru.

- Coś się dzieje na oddziale? - zapytała.

- Tak ma skomplikowany przypadek – westchnął. - Muszę się zbierać. Będziemy w kontakcie Granger.

- Oczywiście do zobaczenia.


Kiwnął pospiesznie głową i zniknął z głośnym pyknięciem teleportując się do swojego domu w Rye. Hermiona spojrzała na krążącego wokół niej Krzywołapa. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, starając się zdusić myśl w zarodku, że nie tak wyobrażała sobie zakończenia dzisiejszego dnia. Liczyła, że będzie mogła dłużej pobyć w towarzystwie swojego profesora, posiedzieć z nim i porozmawiać, albo nawet pomilczeć jak mieli w zwyczaju robić. Nie miała za złe Malfoyowi o pilny kontakt z mężczyzną. Wiedziała, że jest świetny w tym co robi, a jego pragnienie konsultacji musiało oznaczać, że przypadek, z którym się spotkał, wymagał od niego zaczerpnięcia dodatkowej wiedzy. Zwłaszcza u źródła, pamiętając, że to zapewne Snape osobiście ważył ten eliksir.


Po kilkunastu minutach od zamknięcia księgarni maszerowała z Krzywołapem na smyczy z papierową siatką pod pachą pełną jedzenia dla kota i dwoma butelkami wina. Starała się odepchnąć uporczywą myśl, że coraz częściej pija alkohol, zapominając o porządnym, zbilansowanym posiłku. Nie chciała słuchać ponownego kazania Malfoya o jej złych nawykach żywieniowych, czy w jakiś sposób wymuszać na profesorze potrzebę ratowania jej z opresji pojawiając się z siatką pełną jedzenia. Chociaż żadnego z nich nie prosiła, aby zawracali sobie nią głowę, posyłając w jej stronę magomedyczną wiedzę, czy ratując gotowym posiłkiem. Tak z drugiej strony, ta mała myśl, która dała jej znać, że jest ktoś, kto martwi się o nią, sprawiło, że poczuła się lżej. Więc oprócz butelek win, zakupiła dodatkowo banany i jogurty, starając się zdusić w sobie wyrzuty sumienia, nie chcąc by ich prośby czy zmartwienia poszły w jakiś sposób na marne.


Londyńskie ulice były opustoszałe, słońce powoli chowało się za budynkami, ciągnąc za sobą ciemne chmury. Gdy Hermiona zatrzymała się przy ławce, poprawiając rozwiązaną sznurówkę, poczuła, jak nagle ktoś szarpnął ją na tyle mocno, że upadła całym ciałem na chodnik. Z jękiem podniosła pośpiesznie wzrok. Zakapturzona postać uciekała z jej torebką. Szybko chwyciła smycz Krzywołapa, którą upuściła i poderwała się gotowa do biegu, kompletnie zapominając o siatce z zakupami.


- Stój! - krzyknęła za nim.


Krzywołap mruknął przeciągle, biegnąc w stronę kieszonkowca, a Hermiona poczuła, jak smycz wymyka się jej między palcami. Krzyknęła raz jeszcze, ale ten ani razu się nie odwrócił, oddalając się coraz bardziej. Niespodziewanie obok niej mknął świst wiatru. Obróciła się za siebie. To czarny rower wyprzedził ją, kierując się w stronę kieszonkowca. Tak niespodziewanie rowerzysta zatarasował mu drogę siłując się z torebką Hermiony. Zakapturzona postać wyrwała ją z taką siłą, że nieznajomy spadł z roweru, przygniatając nim kieszonkowca. Zanim udało się jej do nich dobiec, mogła zauważyć jak owi mężczyźni, posyłają w swoją stronę parę ciosów. Była coraz bardziej spanikowana, nie wiedząc, co dokładnie powinna zrobić w tym momencie. Obróciła się za siebie, krzycząc, starając się tym samym wezwać pomoc, ale jak na złość ulice były opustoszałe. Rowerzysta w końcu wyszarpał torebkę na tyle mocno, że zakapturzona postać skorzystała z chwili nieuwagi i puściła się biegiem, oddalając się w stronę ciemnej uliczki, łapiąc się, za obolałą szczękę. Hermiona podbiegła do kucającego na ziemi mężczyzny wyciągając w jego stronę dłoń.


- To chyba twoja torebka – odezwał się rowerzysta, korzystając z dłoni, którą mu zaoferowała.

- Max?


Tak jak mogła spodziewać się każdego, nie uwierzyła, że to właśnie Max będzie tym, który pomoże jej z kieszonkowcem. Dziwna ulga oblała całe jej ciało, gdy tylko spojrzała w oczy mężczyzny. Doleciały do niej perfumy, które były całkiem przyjemne, a uśmiech na jego twarzy sprawił, że nie wytrzymała, przytulając się do niego. Max wyglądał na zdezorientowanego takim zwrotem akcji, ale pogłaskał ją po plecach, szepcząc, aby nie płakała. Nawet nie wiedziała, kiedy z kącików jej oczu wydostały się łzy. Odsunęła się od niego, pociągając niezdarnie nosem, na co tylko się uśmiechnął ze zrozumieniem.


- Hermiono, nic ci nie jest? - zapytał, uważnie lustrując jej twarz.

- Trochę się wystraszyłam – mruknęła, obejmując się ramionami. - Dziękuję, gdyby nie ty...

- Już wszystko dobrze, spokojnie – dotknął jej ramienia, lekko je ściskając. - To twój kot?

- Kot? - przechyliła głowę w bok, nic nie rozumiejąc. - Ah Krzywołap! - odwróciła się za siebie. Siedział pod ławką, będąc całkowicie onieśmielony. Wzięła więc go na ręce, całując w czubek głowy – Musiał się wystraszyć – przytuliła go do siebie, lekko kołysząc. - Już wszystko dobrze, spokojnie...

- Gdzie idziecie? - zapytał, podnosząc rower.

- Wracamy do domu.

- Może was odprowadzę?

- Nie chcemy robić problemu.

- To żaden problem Hermiono, nie powinnaś wracać już dziś sama.


Kiwnęła głową, zgadzając się z nim. Nie wiedziała, czy owy kieszonkowiec nie powróci, chcąc zemścić się za pokrzyżowanie planów. Obróciła się za siebie spanikowana, zastanawiając się, czy ta osoba mogłaby być do tego zdolna, czy Max ewidentnie wystraszył go. Zgarnęła spod ławki swoją siatkę z zakupami i ruszyli w drogę do domu.


~*~


Max rozejrzał się po mieszkaniu, to podchodząc do półki z książkami, a to spoglądając z balkonu na ciemną ulicę, wyjaśniając jej, że sam mieszka na parterze, tęskniąc za jakimkolwiek widokiem innym niż sklep meblowy, jaki ma na co dzień. Krzywołap chyba nie przywykł do tak licznych gości, jacy ostatnimi raz przekraczali mieszkanie, gdyż siedział w sypialni onieśmielony. Pomimo nawoływania przez Hermionę do jedzenia nie ruszył się z miejsca, a ona starała się samej sobie wytłumaczyć takie zachowanie swojego kota tym, że profesor Snape i Malfoy są czarodziejami, a nie jak Max, mugolem. Krzywołap sam w sobie był magicznym kotem, więc pewnie nieświadomie czuł niemałą blokadę przed gościem.


Nalała im do kieliszków wina, które dziś kupiła i wyciągnęła z jednej ze szafki kuchennej wodę utlenioną, którą kupił jej profesor Snape. Sama myśl o nim spowodowała szybsze bicie serca i lekkie ciepło na karku. Wcisnęła buteleczkę pod pachę, chwyciła kieliszki z winem i udała się do Maxa, który właśnie usiadł na kanapie.


- To wszystko przeze mnie, wybacz – podsunęła mu wodę utlenioną i chusteczki, które leżały obok pilota.

- Nic nie jest twoją winą – zauważył, polewając chusteczkę roztworem. Przyłożył ją do łuku brwiowego, krzywiąc się minimalnie.

- Pozwól, że chociaż tak się odwdzięczę – zabrała od niego tkaninę, odkażając ranę. Bliskość między nimi była nienaturalnie załamana. Czuła jego gorący oddech na swojej szyi i gdyby tylko spuściła wzrok z rany, przyłapałaby go, jak wpatruje się w jej oczy. Walczyła sama ze sobą starając się skupić na tym co robi, ale perfumy, których używał, ta dziwna bliskość i to, że nie potrafiła przy nim racjonalnie myśleć, niczego nie ułatwiała.

- Jesteś za dobra – usłyszała jego głos tuż przy swoim uchu.


Kątem oka zauważyła swój telefon leżący na blacie w kuchni. Pomyślała o zapisanym kontakcie, dzięki którym komunikowała się ze swoim byłym profesorem. Tym samym mężczyzną, który towarzyszył jej w odwiedzinach u pani Morgan, który zaoferował jej pomoc, który ugotował dla niej pyszną kolację i zrobił zakupy. Dokładnie tym samym mężczyzną, który nawiązał nić porozumienia ze zwykle nadąsanym i humorzastym Krzywołapem. Tym samym, który oczekiwał kontaktu z jej strony, gdyby działo się coś niepokojącego.



Ten owy mężczyzna posiadał hipnotyzujące, czarne oczy. Jego perfumy drażniły wszystkie nerwy, doprowadzały ją na skraj szaleństwa, nie mogąc się skupić na realnych sprawach. Ten sam, który jest jednocześnie tajemniczy, posiadający maskę obojętności, który dzieli się od niej wysokim murem. Ten sam, któremu wymazała pamięć, chroniąc go przed Voldemortem.


Przestań udawać, że nie zależy ci na nim, odezwało się jej wewnętrzne dziecko, machając do niej złowrogo palcem. I gdyby tylko broniła się rękami i nogami, wypierała się, tak tym razem, nie mogła, nie potrafiła okłamywać samej siebie. Nie wiedziała, czym jest ta dziwna nić porozumienia, którą miała ze swoim byłym profesorem. Może było to czyste przywiązanie, które wyrobiła już podczas nauki w szkole, pracując z nim nad eliksirami potrzebnymi dla Zakonu Feniksa? Nie była już niczego pewna, jak tego, że ten przystojny mężczyzna, który siedzi właśnie z nią w salonie, któremu oczyszcza ranę, nie ma tego czegoś, co posiada w sobie profesor Snape. Pomimo pięknej otoczki, która krąży wokół niego, dobrze zbudowanej sylwetki, błysku w oku, był nikłym w porównaniu do mężczyzny o hebanowym spojrzeniu. Wewnętrzne dziecko podeszło do niej, spoglądając na nią dwuznacznie. Hermiona oderwała swoją dłoń, lekko się odsuwając.


- Gotowe, małe zadrapanie tylko pozostanie.

- Dziękuję Hermiono – ścisnął ją lekko za dłoń, starając się podkreślić swoje słowa.

- Nie ma za co – odpowiedziała pośpiesznie, podając mu kieliszek z winem, tym samym strącając jego dłoń. - Powiedz mi, czym się zajmujesz?

- Pracuję na wysokościach.

- Musi być to niebezpieczne – upiła łyk wina, uważnie go obserwując.

- Najważniejszy jest zdrowy rozsądek. W wolnym czasie zajmuję się renowacją starych motocykli. A ty? Czym się zajmujesz?

- Prowadzę księgarnię.

- Naprawdę? Musi być to mega ciekawe, jeszcze nie spotkałem się z kimś, kto ma swoją księgarnię. Co prawda mój znajomy ma wypożyczalnię kaset VHS i starych komiksów, ale to nie to samo. – Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Jej myśli ponownie zawędrowały do telefonu spoczywającego na blacie kuchennym.

- Max przepraszam cię bardzo, ale miałam dziś ciężki dzień, jeszcze ten kieszonkowiec… - mruknęła przygaszona. - Wybacz mi, ale chciałabym się położyć.

- Oczywiście, będę się już zbierać – poderwał się z kanapy. - Uważaj na siebie następnym razem. Okay?

- Jasne. – uśmiechnęła się lekko. - Jeszcze raz dziękuję za pomoc.


Przy drzwiach patrzyli na siebie w dość niezręcznej ciszy. Max wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał, rozważał różne opcje w swojej głowie. Zbliżył się do Hermiony patrząc na nią z góry, a powietrze stało się ciężkie, utrudniając oddychanie. Jeśli myślała, że wcześniej nie potrafi racjonalnie myśleć to była w błędzie. Stała niczym sparaliżowana obserwując, jak Max jest coraz bliżej niej, jak wygina w specyficzny sposób kąciki swoich ust, pochylając się w jej stronę. Jeśli miało się zdarzyć to, czego obawiała się w tym momencie, czuła, że może popełnić błąd swojego życia. Max założył kosmyk włosów za jej ucho, uśmiechając się niewinnie pod nosem. Owładnął ją zapach perfum chłopaka, utrudniając racjonalne myślenie. Jeżeli brała pod uwagę, że została sama, zdając się na łaskę Merlina była w błędzie. Znikąd zjawił się Krzywołap, plącząc się wokół ich nóg. Jego miauczenie było tak głośne i nieznośne, że mogła zauważyć, jak Max wywraca oczami zniecierpliwiony. Hermiona wyczuwając spisek swojego pupila, wzięła go na ręce, kompletnie niszcząc romantyczną chwilę pocałunku.

- Nie wygląda za dobrze, chyba zaszkodziło mu jedzenie z rana – spojrzała na kota, głaszcząc go po gęstym futrze.

- Jasne – odezwał się zmieszany Max, drapiąc się po karku. Wyprostował barki, chrząknął dwuznacznie, a coś w jego oczach zabłysło. - Zajmij się swoim kotem, będę się zbierać – a ona nawet nie chciała udawać, że powinna go zatrzymywać dłużej, więc wolną dłonią otworzyła mu drzwi. Max nie wyglądał na takiego, który brał pod uwagę takie zakończenie wieczoru. - Trzymaj się, Hermiono.

I zostawił ją samą, nie zaszczyciwszy jej ani jednym spojrzeniem. Mogła usłyszeć jeszcze jak zbiega po schodach, nim nie nastała cisza. Krzywołap wyskoczył jej z ramion i pognał w stronę okna, wskakując na parapet. Hermiona przysiadła się obok niego, obserwując oddalający się rower, który powoli znikał w mętnym świetle latarni.


- Krzywołap, jesteś bohaterem wieczoru – ucałowała go w czubek głowy, przerażona, że nie czuje ani krzty współczucia wobec Maxa.




~*~


ho, ho, HO! Zjawiam się i tutaj z małym prezentem gwiazdkowym 🎅🎁 Zaskoczyłam rozdziałem, co? 😄🤭 Jednak spokojnie, mam wszystko pod kontrolą! A gdyby, coś nie poszło po mojej myśli, zawsze możecie liczyć na wsparcie Krzywołapa! Krzywołap bohaterem wieczoru! 🥳🐾 Chyba nie znajdę wśród czytelników ani jeden osoby, która chciałaby, aby ten wieczór zakończył się, jak przypuszczał Max 💋🙈

Spokojnie moi drodzy, rollercoaster dopiero się zaczyna! Jak spodobał Ci się nowy rozdział? 🥰 Jestem ciekawa Twojej opinii! Śmiało zostaw po sobie ślad w komentarzu, będzie mi bardzo miło przeczytać parę słów od Ciebie! 💕 (taki malutki prezent gwiazdkowy dla mnie 🤫) A gdybyś tylko miał/a ochotę większą porcję Hermiony i Severusa, zapraszam Cię na moje drugie opowiadanie: Hermiona i Severus - działa na nią jak narkotyk, gdzie również pojawił się nowy rozdział 🤭

Widzę, że kolejny raz tekst nie został wyjustowany. Wszystko ucieka do lewej. Wybaczcie! Robię z tym co mogę... 😩

Zdrowych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia!

🎅🎄

Wyczekuj uważnie sowy, kolejny rozdział pojawi się niebawem. Do usłyszenia! Ściskam, Jazz ♥

P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.