poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Rozdział 14 - Atak paniki

Ramię w ramię weszli do Wielkiej Sali. Została ona powiększona kilkukrotnie, aby mogły się tam zmieścić elegancko przystrojone okrągłe stoły. Cały wystrój był w delikatnych kremowych barwach, aby nie został intuicyjnie ukierunkowanym z jednym z czterech domów w Hogwarcie. Czarodzieje zajmowali stoliki albo stali w licznych grupkach wesoło ze sobą rozmawiając. Hermiona zauważyła wiele twarzy ze swojego rocznika oraz o rok młodszych, którzy w tym roku zakończyli naukę w Hogwarcie. Znaleźli się wśród całego grona zebranych, także starsze pokolenia czarodziei, których nigdy niedane jej było spotkać. Przełknęła nerwowo ślinę. Czarodzieje w eleganckich szatach krążyli wokół niej, kiwając głową na powitanie, a parę osób odważyło się do niej podejść. Hermiona bardzo szybko, taktownie i delikatnie, kończyła rozmowę, starając się, aby nie skończyła się ona na temacie wojny. Dracona co rusz zaczepiali czarodzieje, dziękując za opiekę podczas jego dyżuru w Św. Mungu. Ślizgon ze szlachecką gracją kiwał nieznacznie głową w podziękowaniu.


Niedługo się zacznie, szepnął do niej Malfoy. Kiwnęła głową, wciąż czując silny ścisk w żołądku. Wśród tłumu zauważyła rudowłose czupryny, a po chwili została zmiażdżona w uścisku Molly Weasley. Kobieta chwyciła ją za policzki, wypominając jej jak to zmizerniała od ostatniego ich spotkania. Zauważyła obok niej Malfoya, który wyciągnął ku niej dłoń na powitanie. Czarownica bez większych uprzedzeń przytuliła go jak wcześniej Hermionę, a Draco delikatnie się spiął. Kompletnie nie spodziewał się tak ciepłej reakcji. Panna Granger mogła zauważyć na jego policzkach delikatny rumieniec. Molly zaprowadziła ich do stolika, gdzie czekali już pozostali członkowie jej rodziny. Artur również zamknął ją w silnym uścisku jak jego żona, a potem została tulona przez Fleur, która coraz zgrabniej mówiła po angielsku. Bill i Charlie również ciepło się z nią przywitali, tak samo George ze swoją małżonką Angeliną.


Hermiona spotkała się z pytającym spojrzeniem Harry’ego, Ginny oraz Rona. Nie powiadomiła ich o swoim przyjściu, o zmianie decyzji, ale mogła zauważyć mały błysk w ich oczach. Mogła wywnioskować, że byli szczęśliwi i dumni z decyzji, jaką podjęła. Została przez nich wyściskana, a rudowłosa szepnęła do niej, że wygląda obłędnie. Hermiona delikatnie zarumieniła się na te słowa. Już miała zasiąść do stolika, nim obróciła się w tył. Draco wciąż stał z boku. Podeszła do niego, pod bacznym spojrzeniem przyjaciół, którzy dopiero teraz zauważyli przyjaciółkę w towarzystwie szlachcica.


- Jesteś w dobrych rękach Granger, zostawię cię już – oświadczył, robiąc krok w tył, a Hermiona spanikowana, lekko chwyciła go za łokieć. Spojrzał na jej drobną piąstkę, zaciśniętą na jego marynarce. Wcale nie chciała, aby odchodził, to dzięki niemu wciąż znajduje się w zamku i jeszcze z niego nie uciekła. Ponownie poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Rozejrzała się, a ludzie powoli zaczęli zajmować miejsca przy stolikach.

- Proszę, zostań z nami – wskazała dłonią na stolik.

- To nie jest dobry pomysł – powiedział cicho, a ona mogła zrozumieć, że chciał jej powiedzieć, że wcale nie jest mile widzianą osobą w tym gronie. Zauważyła w jego spojrzeniu mały błysk żalu. Nie miał tu nikogo. Był tutaj sam, bez rodziny, bez przyjaciół.

- Znajdzie się wolne miejsce – odezwał się Harry, który zjawił się obok nich. Hermiona zerknęła na przyjaciela, który obrzucił łagodnym spojrzeniem byłego wroga. Co prawda zakopali topór wojenny na siódmym roku, ale nigdy nie kwapili się zbytnio, aby ze sobą rozmawiać. Draco wyglądał na lekko zdezorientowanego takim obrotem spraw. Najpierw wpadł w ramiona Molly Weasley, a teraz sam Harry Potter oferuje, żeby z nimi został. - Jakoś przeżyję ten wieczór z tlenioną fretką – dodał, a na ustach Draco pojawił się nikły uśmiech.

- Niech ci będzie Potter, robię to tylko dla Granger – a Hermiona zrobiła oczy, niczym pięć galeonów. Oczywiście nie mogło być inaczej, gdyby nie dostała ze strony Harry'ego pytającego spojrzenia.


Zajęli swoje miejsca, a Draco przywitał się ze wszystkimi lekkim skinieniem głowy. Siedział dumnie wyprostowany, a na jego twarzy pojawiła się maska, jaką zwykle raczył nosić profesor Snape. Molly wraz z Arturem zajęli stolik obok, zajmując miejsca wśród innych starszych czarodziei, w tym ciotki Muriel. Zauważyła jak Ginny niespokojnie się kręci, aż w końcu pochyliła się w jej stronę.


- Wczorajsza akcja była mistrzowska!

- Ginny, daj spokój – westchnęła lekko zażenowana.

- Zrobiłaś to z pełną gracją i taktem – dołączył się Potter, a Hermiona wywróciła oczami. Zauważyła jak Draco, lekko się przysunął zaciekawiony. Spojrzała na niego spod byka w myślach mordując Ginny, która właśnie się odezwała.

- Hermiona wczoraj dała kosza jednemu chłopakowi – oświadczyła Ginny tłumacząc całą sytuację Ślizgonowi. Ten natomiast podniósł brew ku górze.

- Odrzuciłam wczoraj Maxa – spojrzała na niego zrezygnowana. - Zaprosił mnie na kawę, ewidentnie chcąc czegoś więcej niż tylko kawy – wzruszyła ramionami, a po chwili spłonęła purpurą, zdając sobie sprawę, co właśnie powiedziała. Czym prędzej spuściła głowę zażenowana.

- Profesor McGonagall właśnie weszła na podest – odezwał się Bill, ratując ją tym samym przed krępującą rozmową, w której uczestniczyła.

Spojrzała na początek sali, a tam, gdzie zwykle stał długi, masywny dębowy stół dla grona pedagogicznego, znalazła się mała scena, na którą weszła obecna dyrektorka szkoły Minerwa McGonagall. Kobieta jak zwykle prezentowała się elegancko w szytej na miarę szacie, a gdy jej spojrzenie, wśród tłumu wyłapało Hermionę, dawna uczennica szybko odwróciła wzrok, wpatrując się w swoje dłonie. Wypuściła ciężko powietrze z płuc, wcale nie zagłębiając się w przemowę, którą rozpoczęła dyrektorka. Mimo że była w Wielkiej Sali, tak naprawdę ona i jej wewnętrzne dziecko znajdowali się daleko stąd, daleko poza murami Hogwartu w wyimaginowanym przez nią świecie. Nie zdała sobie sprawy, kiedy przemówienie dobiegło końca, a wszyscy zebrani wstali od stolików i unieśli różdżki w górę, upamiętniając poległych w bitwie. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, chwyciła kieliszek z musującym winem i uniosła go w górę, imitując swoją różdżkę. Draco zerknął przelotnie na nią, zdając sobie sprawę, że nie ma różdżki ze sobą, że wciąż się boi magii, o której wspominał mu Snape. Zasiadła ponownie do stolika wypijając naraz całą zawartość kieliszka, marząc jedynie o tym, aby uciec jak najdalej stąd. Przymknęła powieki wyobrażając sobie jak siedzi w fotelu kamiennego domy w Rye albo jak znajduje się w księgarni jak podczas remontu, z rozwalonymi kartonami po książkach, wśród zapachu świeżej farby. Albo jak siedzi i zajada się pizzą z profesorem eliksirów, albo jak siedzi z tym samym profesorem i milczą, a ta cisza pomiędzy nimi wcale nie jest krępująca, jak mogłoby się zdawać. W jakiś dziwny i kuriozalny sposób zdała sobie sprawę, że zaczęła się przyzwyczajać do obecności tego mężczyzny. Lubiła, kiedy się zjawiał bez powodu, tak po prostu.


- Słyszałem, że dostałeś kolejny awans, Potter – odezwał się Malfoy, przełamując ciszę. - Byłem ostatnio w Ministerstwie i obiło mi się co nieco o uszy.

- Awansowałem na starszego aurora.

- No nieźle – podsumował Malfoy chwytając kieliszek.

- A ty, co porabiasz? - odezwała się Fleur.

- Jestem Uzdrowicielem w Św. Mungu – odpowiedział Draco, a większości z nich opadły szczęki. Kto by się tego spodziewał po byłym Ślizgonie.

- A co robiłeś w Ministerstwie? - zapytała Ginny. Ta to naprawdę ma niewyparzony język, pomyślała Hermiona, spoglądając na przyjaciółkę. Draco nie wyglądał na zaskoczonego ani urażonego tym pytaniem. Odstawił kieliszek i spojrzał uważnie na każdego.

- Składałem wniosek w Ministerstwie o utworzenie nowej dziedziny Magomedycyny, nowego oddziału. - patrzyli na niego z wyczekiwaniem. - Utworzenie psychiatrii – dodał.

- I co? Jak poszło? - dołączył się do rozmowy Bill. - Otworzą?

- Nie. Składam wniosek od ponad dwóch lat, a ci uważają, że taka specjalizacja nie jest potrzebna w magicznym świecie.

- Wśród mugoli to coś normalnego chodzić do takich specjalistów, ludzie się tego nie wstydzą – powiedział Potter, zwracając na siebie uwagę Weasleyów. - Tak samo, jak ktoś dba o swoje ciało, trenuje, zdrowo się odżywia, tak samo chce zatroszczyć się o swoją głowę, swój umysł, który jest również ważny. Zdaje sobie sprawę, że Malfoy może mieć rację. Ministerstwo jest zbyt pewne siebie, aby stworzyć taką specjalizację. Czarodzieje są zbyt dumni i pyszni, by przyznać się, że w naszym świecie taka pomoc jest potrzebna – podsumował, a wszyscy pokiwali głowami, zgadzając się z nim. Kiedy ten Harry tak wydoroślał?, pomyślała Hermiona, spoglądając z podziwem na przyjaciela.


Na stole pojawiła się zastawa, a na niej pachnąca pieczeń z różnymi dodatkami. Również pojawiło się kilka innych rodzajów mięs, ryb, czy gorących zup. Pod bacznym spojrzeniem Malfoya nałożyła sobie kawałek pieczeni i kilka brokułów. Siedziała w ciszy pośród rozmów towarzyszy, kłując niezdarnie w kawałek mięsa, będąc zbyt spiętą i zdenerwowaną, by zjeść nawet kęs tych smakowicie wyglądających potraw, przygotowanych przez Skrzaty.


Gdzieś w tłumie pomiędzy siwobrodym czarodziejem, a Hagridem ujrzała Augustę Longbottom, babcię Neville'a. Była ona starszą, elegancką kobietą, noszącą ogromny kapelusz z wypchanym sępem na czubku. Ubrana była w zieloną suknię, a na krześle miała zawieszoną czerwoną torebkę. Uniosła kieliszek w górę, przechylając zawartość do ust, a wtedy jej spojrzenie spotkało się z panną Granger. Hermiona poczuła, jak nagle zaczęło być jej gorąco, znikąd pojawił się ból głowy, a dłonie zadrżały niebezpiecznie. To nie było drżenie spowodowane Cruciatusem, to było inne, zbyt nerwowe i trudniejsze do opanowania. Odłożyła widelec na talerz i odsunęła krzesło, pragnąc opuścić jak najszybciej Wielką Salę. Draco zauważył jej poczerwieniałe policzki i nierówny oddech. Również odsunął krzesło i zanim skierował się za nią, podniósł dłoń na Pottera, dając mu znak, że to on powinien pójść. Szybkim krokiem wyszedł z Wielkiej Sali, nie obracając się za siebie. Nie interesowało go, czy ktoś patrzył ciekawskim spojrzeniem, czy wywołało to falę plotek i poruszonych komentarzy. W drzwiach minął się z panem Filchem wraz z panią Norris na ramieniu. Korytarze uderzyły go chłodnym podmuchem. Pośród sztalug, upamiętniających ofiary Drugiej Wojny Czarodziejów zauważył skrawek białej sukni, jak znika za zakrętem. Pobiegł tam i spostrzegł ją, jak znika za drzwiami jednej ze sal. Ostrożnie wślizgnął się do środka, zauważył, jak siedziała w kącie, próbując złapać oddech. Powoli się zbliżył. Oczy miała pełne łez, dusiła się, nie mogąc nabrać życiodajnego tlenu. Nie rozumiała, co jej ciało zaczęło z nią wyprawiać, dlaczego nie potrafi nad nim zapanować, dlaczego wszystko stało się takie rozmazane, dlaczego drżą jej mięśnie, a supeł w żołądku ponownie zacisnął się boleśnie.


- Czujesz, że lęk całkowicie cię obezwładnił. To atak paniki – jak przez mgłę usłyszała spokojny, wręcz kojący głos Uzdrowiciela. Przysiadł się na posadzce obok niej. - Jestem tutaj z tobą, jesteś bezpieczna, nic ci nie grozi. Oddychaj ze mną, dobrze? Policzymy razem do dziesięciu. 1… 2… 3… 4...

- 5… 6… - zachłysnęła się powietrzem.

- 7… 8… 9...

- 10…


Doskonale wiedział, że przy ataku paniki nawet najmniejszy dotyk może palić żywym ogniem, może boleć, może sprawić, że druga osoba się wystraszy, zamknie się w sobie jeszcze bardziej. Spojrzał na jej zapłakaną twarz i lekko drżące dłonie. Przemówił spokojnie, starając się, aby jego słowa nie wystraszyły Hermiony, znajdującej się obok niego.


- Czy mogę cię dotknąć? - zapytał, a ona pokiwała niepewnie głową. Wyczuła, jak ostrożnie chwyta jej prawą dłoń i kładzie na swoim sercu. Biło ono harmonijnie, jego klatka piersiowa unosiła się miarowo w górę i w dół. - Spokojnie weź głęboki wdech – poinstruował ją. Poczuła, jak oddycha razem z nią, czuła, jaki jest spokojny.

- Ja umieram...

- Nie umierasz, to się dzieje tylko w twojej głowie, strach próbuje przejąć nad tobą całkowitą kontrolę. Jestem tutaj cały czas, nic ci nie grozi – kolejny głęboki wdech. - Będę tak długo, jak będziesz tego potrzebować.

- Mogę cię przytulić? - zapytała tak nagle, wciąż próbując złapać oddech.

- Jasne, chodź.


Otworzył szeroko ramiona, a ona niezdarnie się w nie wtuliła. Oparła swoją głowę o jego klatkę piersiową, a prawą dłoń wciąż miała na jego sercu. Przymknęła powieki, starając się skupić na tym, jak Draco oddycha. Robił to spokojnie, a ona podświadomie starała się mu dorównać. Oddychali razem miarowo, a Hermiona poczuła, że powoli zaczyna się uspokajać. Jakiś demon, który kradł jej życiodajny tlen, zaczął się oddalać, przez co jej wewnętrzne, nieco zapłakane dziecko wyszło z kąta, ocierając łzy. Tkwiła w dziwnej bańce, która w jakiś nieopisany sposób ją chroniła, która zapewniała jej bezpieczeństwo. Nie wiedziała wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem, czy były to silne ramiona Malfoya, które w jakiś dziwny i pokręcony sposób zapewniły jej ten stan ducha, czy jeszcze inny fakt, którego nie mogła zrozumieć. Wciągnęła do płuc zapach perfum chłopaka, które bądź co bądź były przyjemne.


Nagle przyszła jej myśl, że te silne ramiona Uzdrowiciela są całkiem przyjemne, ale chciała z nich się wydostać, chciała znaleźć się w innych ramionach, które już raz ją trzymały w silnym uścisku, a było to wtedy, kiedy wylała z siebie silne emocje, wiążące się z chorobą, z którą zmagała się pani Morgan. Czuła jakby to było dziś, kiedy ramiona Snape’a przygarnęły ją do siebie. Próbowała sobie wyobrazić, że tutaj jest, że zamiast młodszego Ślizgona jest ten nieco starszy Ślizgon z hipnotyzującym hebanowym spojrzeniem.


- Pachniesz miętowymi pralinami – stwierdziła cicho, wciąż wsłuchując się w bicie jego serca. Gdyby tylko na niego spojrzała, mogłaby ujrzeć na jego ustach delikatny uśmiech. - Co to było właściwie? Co się ze mną działo?

- Miałaś atak paniki. Jest to pojęcie dość szeroko rozumiane, a czasem trudno jest je zdefiniować.

- Opowiesz mi o tym? - przymknęła powieki, wciąż słuchając bicia jego serca.

- Jest to stan silnego lęku, który ukazuje się nagle lub wskutek stresu, o różnorodnym nasileniu. Samo uczucie lęku wzrasta, gdy osoba nim dotknięta zaczyna się skupiać na doznaniach ciała, które jej wysyła: przyśpieszonym oddechu czy biciu serca. Osoba, którą dotknęło to zjawisko, zaczyna obawiać się o swoje zdrowie, ma głębokie myśli, które mówią jej, że umrze, że nie będzie w stanie oddychać, zaczerpnąć powietrza. - mówił spokojnie, a ona łapała każde jego słowo. - To wszystko powoduje, że objawy somatyczne nasilają się, co doprowadza do hiperwentylacji, co za tym możesz rozumieć przyśpieszonym, lub nadmiernie głębokim oddychaniu.

- Trochę to skomplikowane. Przejdziemy w inne miejsce? - zaproponowała. Draco pokiwał głową i podał jej dłoń, pomagając jej wstać z podłogi.

- Chłoszczyść – machnął różdżką, a jej suknia stała się ponownie śnieżnobiała. Nawet nie miała pojęcia, że całą ją wybrudziła, siadając na zakurzonej posadzce. Również oczyścił swoją koszulę, która miała na sobie resztki makijażu Gryfonki. - Wieża Astronomiczna? - pokiwała głową. - Szkoda, że już nie ma Pokoju Życzeń, lubiłem spędzać tam czas – odezwał się, kiedy przemierzali korytarze.


Minęli bibliotekę astronomiczną, a następnie wdrapali się na schody prowadzące na pierwsze piętro wieży, minęli je i znaleźli się na ostatnim, drugim piętrze. Wieża Astronomiczna była najwyższą wieżą w Hogwarcie, to tutaj odbywały się zajęcia z astronomii z profesor Aurorą Sinistrą. Ze względu na specyficzny charakter zajęć, odbywały się one jedynie o północy. Hermiona zbliżyła się do barierki, obserwując rozgwieżdżone niebo, które okryło zamek. Wzięła głęboki wdech, czując w płucach dziwną ulgę. Draco nie podszedł, stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym rozbroił Dumbledore’a kilka lat wcześniej. Zdawało się, że przywrócił do siebie wspomnienia, gdyż miał lekko zamglony wzrok. Długo mu nie zajęło, aby się zreflektować. Bez większego problemu wyczarował dwa fotele z kocami oraz stolik, na którym były dwa parujące kubki herbaty oraz parę przekąsek. Zasiadł na fotelu, okrywając się kocem.


- Muffliato – zatoczył nad sobą różdżką. - Nie mam ochoty, obawiać się, że ktoś nas może podsłuchiwać – odpowiedział kiedy również zajęła fotel, wcześniej ściągając ze stóp niewygodne szpilki. Podkuliła nogi pod brodę i okryła się kocem. - Podejrzewasz, dlaczego dostałaś ataku paniki, wiesz, skąd to się wzięło?

- Chyba wiem – spojrzała na niego znad parującego kubka.

- Chcesz mi o tym opowiedzieć?

- Wszystko się zaczęło jak ujrzałam babcię Neville’a, panią Augustę Longbottom – powiedziała cicho. - Nikomu nigdy nie opowiadałam jak zginął Neville – odłożyła kubek na stolik, by móc zacząć wykręcać palce w akcie zdenerwowania. - Wtedy, kiedy Neville zabił Nagini byliśmy razem w zamku. Wokół wszędzie byli śmierciożercy, wszędzie latały śmiertelne zaklęcia. W pewnym momencie jeden z nich mnie rozbroił, potraktował mnie Cruciatusem. Nie wiem, ile to trwało, ile mnie torturował, gdy nagle Neville stanął w mojej obronie. Walczył z nim jak równy z równym. Udało mi się chwycić różdżkę, ale było za późno. Neville… on… - załkała. - On rzucił się, biorąc na siebie Avadę, która powinna być dla mnie. Osłonił mnie własnym ciałem – spojrzała na niego przekrwionymi oczami.

- Co było dalej?

- A wtedy Luna, która to wszystko widziała, podeszła do mnie. Nie płakała, miała na twarzy uśmiech, który zawsze nosiła. Spojrzała mi głęboko w oczy i wiesz co, mi powiedziała swoim melodyjnym głosem? Idę się spotkać z Nevillem, nie zdążyłam mu powiedzieć, że go kocham… Luna, ona… ona… rzuciła się pod Avadę, która miała być wymierzona w jakiegoś Puchona. Rozumiesz? Zginęła, żeby być z Nevillem. Zginęła przeze mnie! Gdybym nie ja, gdybym tylko nie straciła różdżki z dłoni, Neville by tu był, oboje by tu byli!

- To nie jest twoja wina – przysunął swój fotel, nieco bliżej niej. - Nie możesz brać na swoje barki jego śmierci. Zginęło wiele istnień. Niestety wojna zabrała ze sobą bogate żniwa, naszych przyjaciół czy rodzin. Ale to nie zmienia faktu, że ty popełniłaś błąd, Hermiono. To nie jest twoja wina. Broniłaś się, stałaś w obronie wszystkich tu obecnych. Broniłaś siebie, broniłaś mnie, Pottera, czy nawet Severusa, broniłaś każdego z nas.

- Ale oni nie żyją...

- To prawda, nie żyją. Ale ty żyjesz i nosisz ich tutaj – wskazał na swoje serce. - Oni cały czas są tutaj. Ich pamięć nigdy nie zginie.

- Czy… czy to właśnie była terapia? - pociągnęła niezdarnie nosem, a Draco uśmiechnął się lekko.

- Jeśli ma ci to pomóc, możemy nazwać naszą rozmowę czymś na kształt terapii.


Przymknęła powieki, nie mogąc określić uczuć, które właśnie hulały w jej duszy. Był on jedyną osobą, która tak naprawdę dowiedziała się, że Neville zginął, chroniąc ją własnym ciałem, a Luna, targnęła się na życie pragnąc znaleźć się u boku Neville’a, któremu nie zdążyła wyznać swoich uczuć. Tragizm ich miłości sprawił, że zadławiła się swoimi łzami. To oni powinni tutaj teraz siedzieć, trzymając się za ręce i spoglądając na księżyc, który się rozciągał na ciemnym niebie. Jej nie powinno tutaj być, nie zasłużyła na to, powinna wraz ze swoim wewnętrznym dzieckiem kroczyć w ciemnej otchłani nicości.


- Możemy skierować twoje myśli na inny tor. Możemy porozmawiać o mnie, jeśli chcesz – zaproponował Draco, wyrywając ją z wyimaginowanego świata, w którym się znalazła. Spojrzała na niego, ocierając z kącików oczu łzy. Pokiwała głową, zgadzając się z jego pomysłem. - Co byś chciała wiedzieć?

- Mieszkasz na stałe w Rye z profesorem Snape’m? To również twój dom?

- Jestem dość częstym bywalcem w Rye – jego głos był spokojny, a Hermiona mogła wręcz skusić się na stwierdzenie, że jest kojący. Oparła głowę o zagłówek i spojrzała uważnie na niego. - Pracujemy cały czas z wujkiem nad eliksirami, cały czas się kształcę w nich, a pewnie wiesz, że ten zasób wiedzy jest wymagany w zawodzie Uzdrowiciela.

- Masz tam swój pokój?

- Tak – zaśmiał się lekko. - Pewnego dnia Snape mi oświadczył, że ma dość mojego widoku, jak śpię w salonie i postawił mnie przed faktem dokonanym, że na górze czeka na mnie pokój. Przyznam się, że po nim się tego nie spodziewałem. Było to miłe z jego strony.

- A Malfoy Manor? Wciąż tam mieszkasz?

- Po wojnie zburzyłem Malfoy Manor, wiązał się ze zbyt wieloma wspomnieniami, do których nie chciałbym wracać – spojrzał gdzieś za barierki, zatrzymując spojrzenie na księżycu. - Mieszkam obecnie w jednej z rodzinnych rezydencji, z której dość często korzystaliśmy, gdy byłem dzieckiem. Nie jestem bezdomny, jeśli tak pomyślałaś – zaśmiał się gardłowo, widząc jej minę.

- Mogę cię zapytać o coś jeszcze?

- O co?

- O profesora Snape’a.


Zapadła krępująca cisza. Draco tym razem odwrócił wzrok i zawiesił spojrzenie na swoich dłoniach. Wyglądał jakby, wewnątrz toczył walkę ze samym sobą. Nie odzywała się, nie przerywała tego pojedynku, w którym brał udział. Dała mu czas, czekała cierpliwie, nim podniósł na nią wzrok. Jego Ślizgońskie spojrzenie odnalazło jej, doszczętnie przeszywając jej duszę.


- Co chcesz wiedzieć?

- Jak to możliwe, że profesor Snape chodzi po ulicach Londynu, dlaczego bez żadnego problemu używa różdżki i nie ma za plecami Ministerstwa? - wyrzuciła z siebie pytania, które kiełkowały w jej głowie, odkąd widziała mężczyznę po raz pierwszy w księgarni. Nie miała odwagi, by zapytać go osobiście, pewnie i tak nie odpowiedziałby jej na to.

- To o czym rozmawiamy, musi pozostać między nami, dobrze?

- Oczywiście – kiwnęła głową.

- Zapewne pamiętasz, jaki był chaos w Ministerstwie podczas wojny. Voldemort miał władzę nad wszystkim, co tam się działo, a ja jako jeden z jego zwolenników miałem tam pełny i swobodny dostęp. Dzień po wygranej bitwie przez Pottera znalazłem się w Ministerstwie i zniszczyłem wszystkie rejestry, w których znalazł się Snape. Zaczynając od rejestru narodzin, zamieszkania, kończąc na posiadanej różdżce i namiarze. Oczywiście przypadkiem – chrząknął znacząco. - Zniszczyłem wiele innych rejestrów, aby nikt nie mógł w późniejszym okresie zorientować się, że próbowałem usunąć tę jedną, konkretną osobę.

- Jakby profesor Snape w ogóle nie istniał.

- Dokładnie – zgodził się z nią.

- Czyli może swobodnie używać swojej różdżki w dalszym ciągu, gdyż nie jest ona nigdzie zarejestrowana? - kiwnął potwierdzająco głową. - Chyba wciąż czegoś nie rozumiem – zawiesiła na nim spojrzenie. - Jak to możliwe, że przez ten cały czas kroczy ulicami Londynu i nikt go nie spotkał od przeszło dwóch lat? Przecież przemieszcza się tak swobodnie, nie sądzę, że korzysta cały czas z zaklęcia Kameleona – podrapała się po karku zdezorientowana.

- To wcale nie jest takie trudne do wyjaśnienia. Chyba nie zdziwię cię, że otacza nas magia, która może być niezwykle potężna, a oboje wiemy, że Snape jest piekielnie uzdolnionym czarodziejem. Sam osobiście go stawiam na równi z Dumbledorem.


Sposób, w jaki wyrażał się z szacunkiem i podziwem o swoim wuju, sprawiło, że poczuła, jak legnie w gruzach dzielący ich mur. Jej wewnętrzne dziecko uśmiechnęło się nieśmiało w kierunku mężczyzny spoczywającego na fotelu obok.


- Kiedy Snape doszedł do siebie po ataku we Wrzeszczącej Chacie, kazał mi nałożyć na większość część Londynu zaklęcia, które go zamaskują. W ten sposób magiczni nie mogliby wyczuć jego obecności ani nie mogliby go zobaczyć.

- Zaczekaj chwilę – poprawiła się na fotelu. - To dlaczego widzę profesora Snape’a? Przecież nie jest duchem, prawda?

- Pamiętaj, że żyjesz w świecie magii – jego głos był spokojny, jakby mówił o jutrzejszej pogodzie. - Snape jeszcze przed wojną przekazał mi dość skomplikowaną wiedzę, dzięki której nałożyłem później na Londyn, coś na kształt płachty, która chroni go przed magicznymi. Dlaczego go widziałaś? Nie brałem pod uwagę tej części Londynu, w której cię spotkał, uważałem od samego początku, że tam magiczni się nie zaszywają. Jednak byłem w błędzie do dnia, w którym spotkał cię w księgarni. Kazał mi nałożyć na nowo bariery ochronne, które zakryły już cały Londyn, włącznie z dzielnicą, w której pracujesz.

- To dlaczego wciąż go widzę?

- Chyba sam Snape tak chciał – wzruszył ramionami, a Hermiona poczuła mocniejsze bicie serca. - Mnie o to nie pytaj. Podejrzewam, że polubił księgarnię, w której pracujesz, zawsze powtarzał, że to tam idzie znaleźć najlepsze smaczki literackie i jakoś musiał przeżyć twoje towarzystwo, które wiązało się z tym miejscem – zaśmiał się głęboko.

- Czyli profesor Snape może decydować, kto może go ujrzeć? - znów kiwnął głową. - Jeśli księgarnia znajduje się pod tą płachtą ochronną, to ja zaliczam się do grona tych osób, które są w stanie go zobaczyć, prawda?

- Dokładnie. Granger – westchnął po chwili. - To, czego się dowiedziałaś, musi pozostać między naszą dwójką. Lepiej będzie, jeśli sam powiem w odpowiednim czasie wujowi, że wszystkiego się dowiedziałaś.

- Myślisz, że może być na mnie zły? - zapytała niepewnie, a jej wewnętrzne dziecko delikatnie zakryło dłońmi twarz, bojąc się usłyszeć odpowiedzi.

- Nie mam pojęcia. Snape to dość specyficzny i skomplikowany człowiek – odpowiedział dość szczerze.

- To ty go uratowałeś we Wrzeszczącej Chacie, prawda?

- Tak.

- Czy profesor Snape… czy on…

- Czy mi wybaczył, że przywróciłem go do żywych? - dokończył za nią. Hermiona niepewnie kiwnęła głową, a Draco wypuścił ciężko powietrze, chwytając za chłodną już herbatę. - Długo zajęło mi, aby doprowadzić go do stanu, w jakim się znajduje teraz. Zważając, że uczęszczałem jeszcze do Hogwartu, byłem na ostatnim roku, odbywałem praktyki u Madame Pomfrey, aby tylko mu pomóc. Zajęło mi to prawie rok, a Snape… przez dość długi czas miał mi to za złe. Wielokrotnie powtarzał, że nie powinienem go ratować, że powinien umrzeć tam.

- Dlatego te całe bariery. Dlatego nie chce, by ktoś wiedział, że żyje, prawda? Chce się ukrywać, aby inni wierzyli, że zginął podczas wojny. Tylko Malfoy… przecież nikt by go nie ścigał, został oczyszczony ze wszystkich zarzutów, za współpracę z Voldemortem. Wszyscy dowiedzieli się, że był podwójnym agentem, że tak naprawdę pracował dla Dumbledore’a przez ten cały czas. Został nawet pośmiertnie odznaczony Orderem Merlina Pierwszej Klasy.

- To jego decyzja, a ja ją absolutnie szanuje. Jeśli woli żyć, jak żyje teraz, ja nic nie mogę z tym zrobić. To on jest panem swojego życia.


Niechętnie musiała się z nim zgodzić. Było to życie ich profesora, a oni nie mogli wejść w nie z buciorami i zarządzać nim tak jak im się to podobało. Skoro Snape wolał się ukrywać, żyć w cieniu, jakby w ogóle nie istniał i miał z tego radość, spokój ducha, to dlaczego by nie. Jeśli to sprawi, że będzie odrobinę mniej gburowaty i zrzędliwy niech robi, co chce.


Draco wyrwał ją z zamyśleń, zrywając się nagle z fotela. Wyciągnął przed siebie różdżkę i stał, wpatrując się w ciemne niebo. Próbowała dostrzec to, co on, ale nie dane było jej ujrzeć nic, prócz otaczającej ich ciemności. Niewiele myśląc, stanęła za nim i mocniej opatuliła się kocem, czekając na jakiś sygnał, jakiś znak, ale taki nie nadszedł. Draco wydawał się spięty, zacisnął szczękę, wciąż wpatrując się w punkt przed nimi. Tak jak nagle się zerwał z fotela, tak szybko schował różdżkę za pasek spodni, a Hermiona wyjrzała zza jego ramienia. Na poręczy siedział puchacz, wyciągając znacząco nóżkę w stronę chłopaka. Szybko znalazł się przy nim, odwiązał rulonik, a ptak rozłożył swoje skrzydła i wzniósł się w powietrze, zostawiając ich samych.

- Co to? - zapytała ostrożnie, kiedy czytał list. Draco ściągnął brwi i schował papier do wewnętrznej części marynarki.

- Dostałem wezwanie do Św. Munga. Mają zapełniony cały oddział, brakuje im personelu.

- To znaczy, że...

- Że muszę wracać – dokończył za nią, a ona stała niepewnie, wpatrując się w niego. Wyginała nieświadoma palce, jak miała w zwyczaju robić, kiedy ogarniał ją strach.

- Oczywiście, rozumiem to.

- Odstawić cię do kamienicy? Czy chcesz poczekać?

- Ile ci to zajmie?

- Podejrzewam, że wrócę nad ranem, albo w okolicy południa – sapnął ciężko. - Nie mam dużo czasu, muszę jeszcze przejść cały Hogwart, by znaleźć się w polu teleportacyjnym. Możesz iść ze mną, teleportuje się z tobą do kamienicy, a potem skieruję się od razu na oddział.

- Zaczekam tutaj.

- Jesteś tego pewna? - spojrzał na nią uważnie. Jej jeszcze niedawny atak paniki, podsunął mu myśl, że to nie jest zbyt dobry pomysł, zostawiając ją tutaj samą. Jednak Granger uniosła lekko kąciki ust. Wyglądała zupełnie jak ta sama Granger, jeszcze przed wojny, jeszcze za czasów szkolnych, kiedy mógł ją widywać na korytarzach. - To kilkanaście godzin, nie chcę, byś była sama.

- Poradzę sobie, obiecuję – zapewniła go. - Idź już, czekają na ciebie.

- Posłuchaj mnie – zrobił krok w jej stronę, uważnie spoglądając w jej oczy. - Gdybyś przypadkiem dostała ponownego ataku, proszę Granger, posłuchaj mnie – dotknął lekko jej ramienia, gdy ta chciała odwrócić wzrok. - Gdyby coś takiego miało miejsce, pamiętaj, że to twój mózg próbuje z tobą walczyć, próbuje wpędzić cię w róg strachu. Musisz pamiętać, aby oddychać spokojnie i miarowo. Musisz skupić swoje myśli na czymś innym, dobrze? Przenieś swój ból na zewnątrz, tłumiony cię sparaliżuje. Pamiętaj, że ten stan nie trwa wiecznie, chociaż w trakcie ataku może ci się tak wydawać. Nie mówię, że to się powtórzy, może, ale nie musi. Chcę, byś wiedziała, co robić, dobrze?

- Dziękuje ci – przyznała się cicho, patrząc na niego niepewnie. Na ustach Dracona pokazało się coś na kształt uśmiechu, a jego tęczówki rozpłynęły się miłym dla oka blaskiem. Kiwnął lekko głową.

- Spotkamy się rano w tym samym miejscu, dobrze? Zabiorę cię wtedy do kamienicy. Gdybyś chciała wrócić wcześniej, proszę, idź do Pottera.

- Obiecuję.


Posłał jej ostatnie długie spojrzenie i zniknął w ciemnej wnęce. Usłyszała jak zbiega po krętych schodach, aby jak najprędzej znaleźć się przy polu teleportacyjnym. Potem nastała cisza. Została sama. Zupełnie sama, otoczona demonami przeszłości, które zaciskały się wokół jej ramion.


Wdech i wydech, no już spokojnie, nic ci nie grozi, jej wewnętrzne dziecko, które nosiła w sobie, spojrzało na nią nieco surowiej niż zazwyczaj.



A kiedy mi zabraknie już sił i wybudzę z koszmaru

Który przechodzę wewnątrz, czekając wciąż na najlepsze dni

Niewielki podmuch wiatru, znów burzy moją pewność

I czuję jakbym przestał znów żyć

Te plastikowe róże, przetrwają bez nas wieczność

A życie czarno-białe, jak sny

Które powiedzą więcej zanim zdążysz uśmiechnąć

Się fałszywie, jakby brakło sił

I wybudzić z koszmaru, który przechodzisz wewnątrz

Czekając wciąż na najlepsze dni

A lekki podmuch wiatru, znów burzy twoją pewność

I czujesz jakbyś przestał znów żyć

Te plastikowe róże, przetrwają bez nas wieczność

A życie czarno-białe jak sny, które powiedzą więcej, hu huhm


[...]


A kiedy mi zabraknie już sił i wybudzę z koszmaru (halo, dlaczego nie odbierasz telefonu)

Który przechodzę wewnątrz (odbierz, proszę, odbierz)

Czekając wciąż na najlepsze dni (na najlepsze dni)

Niewielki podmuch wiatru, znów burzy moją pewność (halo)

I czuję jakbym przestał znów żyć (jakbym przestał znów żyć)

Te plastikowe róże, przetrwają bez nas wieczność

A życie czarno-białe, jak sny.


Kartky - Plastikowe Kwiaty ft. Gibbs








~*~

Dzień dooobry! ♥


Dziękuję, że cierpliwie czekaliście na nowy rozdział. Przyznam się, że nie łatwo mi się go pisało, zwłaszcza przeżycia Hermiony, które niestety zakończyły się atakiem paniki. Odpowiedziałam na wiele pytań w tym rozdziale, które pewnie chodziły Wam po głowie - mam tu na myśli nieco tajemniczą postać profesora Snape'a.



Co sądzisz o nowym rozdziale? 🤔

Śmiało podziel się swoją opinią w komentarzu, będzie mi niezmiernie miło przeczytać parę słów od Was 💕

Dla obecnych tutaj, a nie na moim drugim blogu (Narkotyku), serdecznie chciałabym Was zaprosić do dwóch znakomitych opowiadań 📝 Starej i dobrej Rickmanickiej, której chyba nie muszę nikomu przedstawiać! Już nie raz wspominałam, że takiego opowiadania, jakim jest Proces, jeszcze nie było na bloggerze. Nie dane było mi się spotkać z tak poprowadzoną historią, głównie skupiającą się na odkryciu i poznaniu profesora Snape'a. Wszyscy co znają Rickmanickę wiedzą, że uwielbia ona Sevmione, którego i w tym opowiadaniu nie zabraknie 😈🔥


Rickmanicka i Proces 👈🏻

Chciałabym również polecić Wam opowiadanie Xmariexy, które osobiście uważam, że zasługuje na spotkanie się z większą publicznością. Jestem z autorką od samego początku, śledzę jej poczynania już od samego prologu i mogę Wam powiedzieć, że widzę ogromne postępy w szlifowaniu fachu. Z czystym sumieniem stwierdzam, że autorka prężnie się rozwija w tym opowiadaniu. Widać, jaką sprawia jej to frajdę. Akcja toczy się powoli, bez zbędnego pośpiechu, ale mam nadzieję, że to nie stanie Wam na przeszkodzie, aby poznać nowe, świetnie się zapowiadające opowiadanie Sevmione na bloggerze 💕🤗


Xmariexa i Sevmione ponad barierami 👈🏻



Kolejny rozdział już niebawem, także uważnie wyczekujcie sowy! Do usłyszenia 🤗



Całuję,

Jazz ♥



P.S. Za wszystkie błędy, literówki najmocniej przepraszam.

poniedziałek, 29 marca 2021

Rozdział 13 - Hogwart

Drugi dzień otwarcia Oczytanej przyniósł ze sobą sporą ilość nowych klientów. Hermiona nie miała ani chwili, żeby usiąść czy napić się ulubionej zielonej herbaty, gdyż drzwi księgarni nie zamykały się nawet na moment. Książki pana Hughesa cieszyły się ogromną popularnością, tak samo, jak pozostałe powieści, które zamówiła Hermiona. Ludzie co rusz podchodzili do niej i z zachwytem komentowali nowy wygląd księgarni. Jeśli pójdzie tak dalej, że lokal będzie wypchany po same brzegi klientami, Hermiona będzie musiała pomyśleć poważnie o zatrudnieniu dodatkowej osoby do pomocy. Chociaż z drugiej strony ciężko było jej wyobrazić to miejsce z kimś całkiem obcym, z kimś, kto nie jest panią Morgan. Zagryzła nerwowo wargę. Postara się wytrzymać jak najdłużej sama, a w ostateczności zamieści ogłoszenie z ofertą pracy. Chociaż jej wewnętrzne dziecko założyło zuchwale ręce na biodra i uniosło wysoko głowę, dając znać, że sobie poradzi, że nie potrzebuje tutaj żadnej nowej, wścibskiej osoby, a Hermiona na ten widok lekko wygięła wargi w malutkim uśmiechu.


Zerknęła na panią Morgan, która spoglądała na nią spod grubej ramy obrazu. Zbliżyła się ku niej, zadarła głowę w górę i uśmiechnęła się ciepło, spoglądając w niebieskie tęczówki kobiety.


- Niedługo się spotkamy pani Morgan – zapewniła kobietę jakby była tuż obok niej. Posłała jej ostatnie, długie spojrzenie i zabrała się za wyłączanie wszelkich sprzętów i urządzeń. Kilka minut po czternastej włączyła alarm, zamknęła sklep i udała się w drogę powrotną do domu.


Zdało się czuć w powietrzu zbliżającą się jesień, a słońce ostatnimi ciepłymi promieniami otulało mieszkańców miasta. Sobotnie popołudnie mijało spokojnie, ludzie spacerowali po ulicach, ciesząc się tak pięknym leniwie płynącym dniem. Krocząc chodnikiem, nagle zatrzymała się przed jednym budynkiem, z którego buchał czerwony, neonowy napis oświadczając, że w środku można znaleźć shot bar. Hermiona nigdy nie była w takim miejscu, nigdy nawet nie chodziła na imprezy, a co dopiero wkraczając w progi takiego lokalu. Spojrzała na swój strój, gdzie miała na sobie granatową sukienkę przed kolano, a na barki zarzuconą miała jeansową kurtkę. Jej białe adidasy były ukojeniem dla stóp, które wczorajszy wieczór spędziły w o zgrozo szpilkach, które swoją drogą okazały się paskudnie niewygodne. Zagryzła wargę, rozglądając się wokół. Był środek dnia, a jej wewnętrzne dziecko, aż pchało się, by zajrzeć do posępnego lokalu. Niewiele myśląc, wdrapała się po schodkach i sięgnęła za klamkę.


Na wejściu uderzył ją zapach alkoholu i papierosów, który unosił się leniwie w górę. Jak na taką porę dnia ludzi było całkiem sporo, zajmowali miejsca przy długiej ladzie barowej, czy stolikach rozstawionych w głębi sali. Głównym centrum lokalu był bar, który został oświetlony niebieskimi listwami ledowymi, a z głośników wydobywała się leniwa dla uszu muzyka. Względnie przyjemna, pomyślała Hermiona. Podeszła nieco bliżej baru i zadarła głowę na białe neonowe tablice, które prezentowały ofertę shot baru. Spojrzała na całą ścianę, która była zastawiona kolorowymi trunkami i przełknęła ślinę. Nigdy w życiu nie była w takim miejscu, a ten fakt sprawił, że poczuła się lekko skołowana. Ludzie wokół niej pili, śmiali się głośno i korzystali z uroków, jakie oferował im lokal.


- Pierwszy raz? - zagadała do niej barmanka, która właśnie polerowała szkło.

- To widać? - odpowiedziała Hermiona, powodując uśmiech na twarzy kobiety. Zajęła wysokie siedzisko i ponownie spojrzała w górę.

- Polecam wściekłego psa, jak na pierwszy raz powinien ci smakować.

- A czym jest ten wściekły pies? - zapytała lekko zarumieniona swoim brakiem obeznania w dziedzinach alkoholi. Jedyna jej wiedza zataczała się wokół Ognistej Whisky, ale zważając, że przebywa wśród mugoli, taki zasób wiedzy był jedną wielką niewiadomą dla niemagicznych. Kobieta zarzuciła szmatkę na ramię i oparła się dłońmi o bar, spoglądając uważnie na pannę Granger.

- Wódka, syrop malinowy i odrobina sosu tabasco. Chcesz spróbować?

- Jasne, niech będzie.

Barmanka przetarła ladę, postawiła na niej kieliszek, a następnie wlała na dno wcześniej wspomniany sok malinowy, wódkę i odrobinę sosu tabasco. Na samą górę dała szczyptę czarnego pieprzu i podsunęła gotowy shot w stronę dziewczyny. Hermiona spojrzała na kieliszek i po chwili przechyliła całość do ust. Cudowna słodycz zdusiła ostry, palący posmak tabasco. Potrząsnęła głową, co spotkało się ze śmiechem barmanki.


- Jeszcze raz to samo.

- Wiedziałam, że ci posmakuje – powiedziała barmanka, przygotowując kolejnego shota. Tak jak wcześniej zajęło jej to chwilę, aby opróżnić cały przygotowany trunek.

- Poproszę jeszcze jakiś drink, coś już na spokojnie – zaśmiała się, czując rozgrzane policzki. - Mogę przejść tam? - wskazała na wolny stolik w głębi baru.

- Jasne, zaraz przyniosę ci drinka. Piňa Colada może być? Baza to rum i mleczko kokosowe – wyprzedziła jej pytanie, widząc jej zdezorientowaną minę.

- Oczywiście – uśmiechnęła się w stronę barmanki, zostawiła kilka banknotów na ladzie i przeszła do pustego stolika.

Po niedługiej chwili pracownica postawiła przed nią gotowy drink i odeszła z powrotem do lady gdzie czekali na nią nowi klienci. Hermiona rozejrzała się po lokalu, powoli sącząc swojego drinka, a jej myśli zaczęły hulać wokół wczorajszego wieczoru. Poczuła dziwny dreszcz przeszywający jej kręgosłup, wciąż przed oczami widziała minę Maxa, kiedy odmówiła mu wspólnego wyjścia na kawę. Po części czuła się winna, że tak postąpiła, że odrzuciła go, ale starała się zdusić w zarodku tę myśl. Gdyby tylko się zgodziła wyjść z nim, nawet na tę głupią kawę, zrobiłaby to wbrew sobie, a tego by nie zniosła. Grzecznie się z nią pożegnał i odszedł, a ona spotkała się z natłokiem pytań ze strony przyjaciół. Wyjaśniła im po części, że wpadała już na niego parę razy, ale to, że jest w jakiś sposób przystojny, nie zmieniało faktu, że nie była zainteresowana zawieraniem nowych znajomości.


A potem przed oczami pojawił się on, Severus Snape. Gdyby tutaj siedział razem z nią, zapewne przeszyłby ją intensywnym spojrzeniem, powodując w dziwny sposób przyjemne dreszcze na całym ciele. Wiedziała, że nie powinna o nim myśleć, ale jej wewnętrzne dziecko cały czas z nią walczyło, podsuwając w jej stronę obrazy z przeszłości, jeszcze sprzed wojny, kiedy znała profesora Snape’a. Potrząsnęła głową, odsuwając od siebie wspomnienia, kiedy przebywała z nim w jego pracowni, spędzając czas nad warzeniem eliksirów dla Zakonu. Nie myśl o tym, nie możesz, to jest przeszłość, skarciła się w myślach.


Upiła dość spory łyk alkoholu i chwyciła torebkę. Wyciągnęła z niej telefon, a następnie małą, zgiętą w pół karteczkę. Rozłożyła ją i wpatrywała się w nią dość długo, bijąc się ze swoimi myślami. Odblokowała telefon, wprowadziła nową nazwę kontaktu i weszła w kreator wiadomości. Patrzyła w puste pole, a jej dusza była rozerwana pomiędzy dwoma tak różnymi sobie światami. Przymknęła powieki, czując zbierające się w oczach łzy. Jej wewnętrzne dziecko tak bardzo chciało znaleźć się w zamku, zajrzeć w każdą jego część, ale z drugiej strony, to samo dziecko zapierało się nogami i rękoma, nie chcąc nigdzie się ruszać. Chcąc najlepiej zostać z Krzywołapem w mieszkaniu i spędzić wieczór w łóżku zajadając się czekoladą i oglądać mugolskie wyciskacze łez, jak zwykle miała w zwyczaju robić.


Otworzyła oczy i otarła rękawem zgromadzone w kącikach oczu łzy. Dopiła drinka, czując przyjemne rozgrzewające ciepło, które zaczęło oblewać całe jej ciało. Ponownie chwyciła telefon i weszła raz jeszcze w kreator wiadomości.


Malfoy, czy byłby problem, jeśli zabrałabym się z Tobą do Hogwartu?


Granger


Nawet nie widziała, dlaczego pomyślała akurat o nim. Może dlatego, że to właśnie on był najbliżej ze wszystkich z Mistrzem Eliksirów, albo to, że w jakiś dziwny i kuriozalny sposób okazał jej wsparcie, same jego słowa chętnie cię wysłucham, sprawiły, że patrzyła na niego nieco inaczej. Zmienił się, to już nie był ten sam Draco Malfoy, którego znała ze szkoły. Drań wydoroślał i to bardzo, westchnęła w myślach. Telefon na stoliku zawibrował, czym prędzej chwyciła go i odczytała wiadomość.

Zdecydowałaś się jednak. Nie widzę żadnego problemu, będę po Ciebie o 18. Wyślij mi tylko adres.


Draco Malfoy

Uzdrowiciel w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga


Chwyciła torebkę i zanim opuściła shot bar, wysłała mu wiadomość zwrotną z adresem. Kiedy wyszła na świeże powietrze, poczuła lekki zawrót głowy. Głupotą było, że zabierała się za jakikolwiek spożycie alkoholu na pusty żołądek. Gdyby tylko profesor Snape dowiedział się, że od kilku dni tak naprawdę nic nie jadła, zapewne dałby jej niezłe kazanie, a Hermiona pomyślała, że chciałaby jednak usłyszeć kazanie z jego ust, chciałaby ponownie go spotkać, ponownie go zobaczyć… Uspokój się, zaskrzeczało ponownie jej wewnętrzne dziecko. Musiała się z nim zgodzić. Myśl o nim do niczego dobrego nie prowadziła. Cholerny profesor Snape.


~*~


- Umazana farbą w ogrodniczkach wyglądałaś lepiej. - powiedział na powitanie Draco Malfoy, a ona mogła wyczuć w jego głosie nutkę rozbawienia. Akurat musiał zadzwonić, gdy skończyła brać prysznic. Odgarnęła z czoła mokre kosmyki włosów, które wydostały się z wielkiego turbana na głowie. Otworzyła szerzej drzwi, zapraszając go do środka. Uzdrowiciel wszedł, rzucając kąśliwą uwagę na temat jej pluszowych kapci, po czym zupełnie jak Snape, podniósł brew ku górze.

- Ciebie też miło widzieć, Malfoy – odpowiedziała nieco kąśliwie, mocniej zaciskając w pasie szlafrok. Zapewne wyglądała teraz żałośnie, coś pomiędzy zmokłą kurą a Smarkatą Kluską. - Jesteś przed czasem – powiedziała nieco chłodno, dając mu do zrozumienia, że nie chciała, żeby oglądał ją w takim krępującym wydaniu.

- Snape’a nie ma, a mi nie chciało się samemu siedzieć w mieszkaniu.


Mała wzmianka na temat mężczyzny sprawiła, że poczuła małe igiełki wbijające się w kark. Draco chyba nie zauważył, jak zaczęła nerwowo wykręcać palce, gdyż dopadł go Krzywołap, ocierając się o jego nogę, oczekując uwagi. Merlinie, jak ten kot lubi wszystkich Ślizgonów, przechyliła głowę w bok, zdając sobie sprawę, że czarnowłosego mężczyznę również polubił. Draco zaczął rozglądać się po mieszkaniu, oczywiście dłużej zatrzymując się przy księgozbiorze, który posiadała. Ubrany był w idealnie wyprasowaną i zapewne niezwykle drogą białą koszulę i ciemnoszarą marynarkę. Wyciągnął ręce z kieszeni eleganckich spodni, jak miał w zwyczaju robić i chwycił jedną z ksiąg, pragnąc zapoznać się z jej treścią.


- Chcesz coś do picia?

- Nie dzięki – usiadł na kanapie wraz z książką, którą zgarnął z jej półki, różdżkę odłożył na stolik, a Krzywołap oczywiście usadowił się obok niego, ciesząc się z towarzystwa.

- Zaraz wracam.


Po osuszeniu włosów użyła dość sporej ilości Ulizannej, aby okiełznać niesforne kosmyki, które na złość tego dnia nie chciały z nią współpracować. Wypuściła z (nie)idealnego koka kilka pasemek, które okalały jej twarz, aby nadać fryzurze nieco naturalny wygląd. Makijażem udało się jej ukryć fioletowe sińce pod oczami, które oświadczały każdemu wzdłuż i wszerz, jak to panna Granger ma problem ze snem. Na usta nałożyła czerwoną szminkę, licząc podświadomie, że ten kolor doda jej w jakiś sposób odwagi, której w tym momencie nie posiadała ani grama. Kierując się do łazienki, spotkała się z widokiem, który nieco ją rozbawił. Uzdrowiciel jak nic siedział na kanapie, czytając książkę, a jej kot, machał swoim puchatym ogonem, żądając uwagi od gościa. Draco tylko co chwila przejechał dłonią po miękkim futrze, aby ten mały sierściuch nie wbił mu się przypadkiem w nadgarstek swoimi pazurami.


W sypialni założyła na siebie długą, białą sukienkę, którą trzymała na specjalne okazje z delikatnym rozcięciem wzdłuż nogi. Wsunęła stopy w cieliste szpilki, lekko krzywiąc się pod nosem. Wciąż jej kończyny były podrażnione, a nie mogła znaleźć innego obuwia, które zapewne Krzywołap gdzieś przed nią schował -  zresztą jak większość jej rzeczy dziwnym przypadkiem znikała. Spryskała się perfumami, na wierzch zarzuciła złotą pelerynę, która idealnie wieńczyła całość. Już zamykała szafę, gdy jej spojrzenie powędrowało w górę. Podłużne granatowe pudełko, obite delikatnym, przyjemnym w dotyku materiałem, wystawało spod letniego plecionego kapelusza. Nieprzyjemny ścisk w sercu spowodował, że wsunęła pudełko ze spoczywającą w nim różdżką w głąb szafy, tak, że kapelusz już całkowicie go zakrywał. Na wierzch zarzuciła jeszcze kolorową apaszkę, żeby tylko przypadkiem nie zauważyć wystającego granatowego pudełka. Wewnętrzne dziecko znów zadecydowało za nią, zanim rozpłynęła się nad rozmyślaniem, czy powinna ją zabrać ze sobą, czy powinna wziąć ją w dłonie, poczuć rozpływającą się pod palcami magię. Zamknęła szafę, oddalając od siebie nieprzyjemne myśli. Ostatni raz spojrzała na swoje odbicie, na tę przestraszoną młodą kobietę, którą właśnie była. Czerwona szminka nie dodała jej ani grama pewności, na którą liczyła. Spod wachlarza długich i gęstych rzęs spoglądała na nią smutna dusza jej wewnętrznego dziecka. Zagryzła od wewnętrznej strony policzek, starając się nie myśleć o tym, co ma się wydarzyć, o tym, że niedługo odwiedzi Hogwart, o tym, że w tym pokoju spoczywa jej różdżka, z którą była związana przez ostatnie lata, ani tym, że w jej salonie, z jej magicznym kotem przebywa sam Draco Malfoy, ucieleśnienie prawdziwego czystokrwistego czarodzieja. Delikatnie wygładziła dopasowaną sukienkę, chwyciła torebkę i wyszła z sypialni.


- Granger – spojrzał na nią od góry do dołu, a ona nie wiedząc czemu, poczuła jak jej wewnętrzne dziecko, zarumieniło się delikatnie, chociaż wciąż pociągało niezdarnie nosem. - No nieźle.

- Dzięki Malfoy.

- Musimy porozmawiać – poklepał miejsce obok siebie. - Usiądź.

- Czy coś się stało? - zapytała niepewnie, zajmując miejsce obok niego. - Krzywołap coś ci zrobił?


Spojrzała w bok, gdzie właśnie siedział kot. Ten zadarł wysoko ogon w górę, zeskoczył z kanapy i podbiegł w stronę okna. Wskoczył na parapet i spojrzał na nich jakby z wyrzutem. Draco pokręcił przecząco głową, a ona już nie rozumiała, o czym tak naprawdę chciał z nią rozmawiać.


- Odpowiedz mi. proszę jak Uzdrowicielowi. Dobrze? - pokiwała głową, nie rozumiejąc, do czego tak naprawdę zmierza. - Granger, czy ty w ogóle coś jesz?

- Oczywiście, że tak – odpowiedziała całkiem poważnym głosem, jednak on nie uwierzył. Podniósł brew ku górze, spoglądając na jej wychudzoną sylwetkę i zapadnięte policzki. Zachowuje się zupełnie jak Snape, zdecydowanie spędzają za dużo czasu razem. Poczuła dziwny ścisk w żołądku na myśl o mężczyźnie posiadające tajemnicze, hebanowe spojrzenie.


Ten pokręcił głową i wstał z kanapy, kierując się do kuchni. Zauważyła, jak krząta się, przeszukując wszystkie szafki, lodówkę, gdzie spotkało go jedynie światło i resztka mleka w kartonowym opakowaniu. Zaczął mruczeć pod nosem, że nie ma nic w tym domu do jedzenia. W jednej ze szafek tuż obok zmywarki znalazł kilka puszek jedzenia dla Krzywołapa, jakieś kruche chrupki, czy saszetki, z nieznaną mu zawartością, ale widząc na etykiecie czarnego kota, uznał, że Krzywołap musi się tym zajadać, bo widniało tam, aż sześć takich saszetek, czymkolwiek to było.


- Malfoy co ty robisz? Malfoy? - powtórzyła zdezorientowana.

- Cieszę się, że chociaż dla swojego kota masz jedzenie. Przez twoją głodówkę możesz się doprowadzić do wystąpienia objawów niedoborów witamin i składników mineralnych, o anemię też nietrudno, nie wspominając o możliwości utraty miesiączki – powiedział poważnym tonem, jak na Uzdrowiciela przystało.

- Malfoy – jęknęła, kiedy ten znalazł w jednej ze szafek masło orzechowe i chleb tostowy.

- Mówię ci to wszystko jako Uzdrowiciel Granger – podsunął pod jej nos przygotowaną kanapkę. - Jedz.

- Ale...

- Nie marudź, jedz – oparł się o szafkę kuchenną, spoglądając na nią, kiedy zaczęła ostrożnie, rzuć pieczywo. - Masło orzechowe poprawia funkcjonowanie układu krwionośnego, mózgu, a także samopoczucia. Jest pełne w magnez, białko roślinne, potas, nienasycone kwasy tłuszczowe i witaminy z grupy B.

- Dzięki Malfoy – przyznała się całkiem poważnie, kiedy wcisnęła w siebie całe pieczywo. Chyba wszyscy Ślizgoni, których znała, wzięli sobie za punkt honoru dokarmianie panny Granger. Zacisnęła palce w piąstki. Tak bardzo nie chciała uchodzić za Smarkatą Kluskę, jak zaczął nazywać ją profesor Snape, ale ona nie była w stanie zrobić czegokolwiek, aby to zmienić. Jej wewnętrzne dziecko schowało się do kąta zażenowane. Pragnęła być silną kobietą, jaką kiedyś była, ale jak zwykle jej to nie wychodziło, jak zwykle demony przeszłości ciągnęły ją w dół. Podniosła na niego wzrok. - Chcesz zostać na noc w zamku? - zapytała, starając się, żeby chłopak nie wrócił do tematu jej odżywiania.

- To zależy od ciebie.

- Słucham?

- Chciałaś, żebym zabrał cię ze sobą, tak? - oparł się o blat, kładąc ręce po bokach. - Więc wrócimy, kiedy będziesz chciała. Możemy po kolacji albo po jutrzejszym meczu. Możemy w ogóle tam nie iść.

- Dlaczego w ogóle to robisz? - wydusiła z siebie pytanie, które siedziało w niej od dłuższego czasu. Chłopak wziął głębszy wdech i ponownie oparł się o skraj szafki kuchennej, zakładając ręce na piersi.

- Po prostu się martwię. Martwię się z Magomedycznego punktu widzenia, martwię się z punktu widzenia osoby, która cię kiedyś znała.

- Malfoy, a co z twoją specjalizacją? - odbiła piłeczkę, zmieniając temat.

- Nie ma co opowiadać - zauważyła jak zacisnął nerwowo szczękę.

- Dlaczego, co się dzieje?

- Ministerstwo odrzuciło kolejny raz mój wniosek. Oświadczyli, że jeżeli przedstawię im historię choroby pacjenta i ukarzę podstawę do leczenia, to może, podkreślam, może będą skłonni, aby rozpatrzyć mój wniosek. - chwycił jej pusty talerz i wstawił do zlewu. - Więc tak wygląda sprawa z Ministerstwem, nic się nie zmieniło, wciąż siedzą tam zadufane gnojki i uważają, że psychiatria nie jest wcale potrzebna, jakby się w ogóle na tym znali.

- Przykro mi – przyznała szczerze.

- Mnie też jest przykro, bo wiem i zdaje sobie sprawę ile czarownic i czarodziejów, zmaga się z chorobami psychicznymi, ile osób z nich potrzebuje pomocy. Wiem, bo sam byłem taką osobą – spojrzał gdzieś za okno, wracając myślami w przeszłość. - Również przeszedłem terapię, również szukałem pomocy. - chrząknął po chwili, przeczesując palcami włosy. - To jak, odwiedzimy Hogwart? Czy darujemy sobie? - odezwał się nieco cieplejszym tonem, zmieniając temat.

- Odwiedzamy – odpowiedziała po dłuższej chwili dość pewnym siebie głosem. Mogła zauważyć na ustach Ślizgona mały i dość nieśmiały uśmiech, zapewne niezauważalny dla mało spostrzegawczego obserwatora.


Ze stolika w salonie zgarnął swoją różdżkę i spojrzał na nią, jak żegnała się ze swoim kotem, drapiąc go za uchem i szepcząc parę ciepłych słów, patrząc mu przy tym głęboko w złote oczy. Malfoy wywrócił oczyma niczym Snape widząc te czułości Gryfonki ze sierściuchem.


Wyciągnął w jej stronę ramię, które po chwili przyjęła. Odrobinę mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu, przypominając sobie ostatni raz teleportację z profesorem Snape’m, która nie była wcale przyjemna. Rzucił jej ostatnie, krótke spojrzenie i poczuli mocne szarpnięcie w okolicy pępka. Zniknęli z głośnym pyknięciem zostawiając Krzywołapa samego.

Znaleźli się na kamiennej ścieżce, która prowadziła przez błonia do Hogwartu. Tak nagle, tak niespodziewanie poczuła zaciskający się supeł w żołądku. Starała się nie patrzeć na swojego towarzysza, aby nie zdradzić mu, jak strasznie się boi tego, co ma niedługo nastąpić. Była w Hogwarcie, w którym miejscu spędziła siedem lat swojego życia, które kiedyś było jej azylem, opoką. Widziała w oddali sowiarnię, chatkę Hagrida u zbocza wejścia do Zakazanego Lasu, a także jezioro, które zamieszkiwało wiele magicznych stworzeń. Chłodny wiatr otulił ich ze wszelkich stron, a ona wciągnęła powietrze, starając się uspokoić, starając się nie myśleć o potężnym i majestatycznym zamku, do którego się kierowali. Granger była tak zatopiona w swoim wyimaginowanym świecie, że obcas niefortunnie wbił się pomiędzy kamienie i o mało co, nie poleciałaby jak długa przed siebie. Na szczęście refleks Malfoya włączył się na czas i szybko ją złapał, stawiając do pionu. Wyciągnął w jej stronę ramię, a ona spojrzała na nie nieśmiało.


- Spokojnie, nie pogryzę cię – wsunęła dłoń pod jego ramię, czując się już nieco pewniej, stąpając po kamiennej ścieżce.


Po kilku minutowym marszu znaleźli się na dziedzińcu. Wokół nich teleportowali się czarodzieje, którzy zapewne byli dawnymi absolwentami Hogwartu. Żwawo rozmawiając w grupach, kierowali się ku otwartym drzwiom. Wciąż trzymając Draco pod ramię, wskazała dłonią na bramę, gdzie zaczęły zbliżać się wozy zaprzężone przez Testrale. Również je widzę, wyszeptał Draco, patrząc w to samo miejsce. Oczywiście, że je widział, również jak ona, spotkał się ze śmiercią, która pozwoliła im teraz dostrzec te magiczne stworzenia, łudząco przypominające konie, z wielkimi skrzydłami niczym u nietoperza. Minęli powóz, z którego wysiadła jakaś tęga czarownica i stanęli u progu głównych drzwi. Draco posłał jej spojrzenie, lekko unosząc kąciki ust w górę, starając się dodać jej otuchy.


- W każdej chwili możemy wrócić, dobrze? - a ona pokiwała głową, zgadzając się z nim.


W twarz uderzyła ją czysta magia. Magia, której nie czuła od dawna. To był Hogwart, ten słynny Hogwart, gdzie spędziła siedem lat. To tutaj pożegnała bliskich przyjaciół, którzy zginęli podczas bitwy, to tutaj biegała po korytarzach jako pani Prefekt Naczelna, upominając młodszych uczniów o zakazie czarowania poza salami lekcyjnymi. To tutaj narodziła się jej przyjaźń z Harrym i Ronem. Tutaj otrzymała swoje pierwsze w życiu szlabany, to tutaj pierwszy raz się zakochała. To tu się wszystko zaczęło. Zagryzła wargę, czując zbierające się w oczach łzy. Malfoy chyba zauważył jej zmianę, bo po chwili zaczął szeptać w jej stronę parę słów, ale nie wiedziała, co do niej mówi, wszystko było jakby przez mgłę. Jedynie była pewna, że jego głos był cieplejszy niż zazwyczaj. To był ten nowy Draco Malfoy, do którego jeszcze nie przywykła.


Czuła się trochę dziwnie, a jednocześnie nieco pewniej idąc w tłumie czarodziei pod rękę z Malfoyem. Schyliła nieco głowę, maskując swoje czerwone oczy, starając się tym samym ukryć od wścibskich spojrzeń innych, również kroczących korytarzami Hogwartu. Wiele osób widziało ją po raz pierwszy od zakończenia wojny, wciąż nazywając ją bohaterką wojenną, którą ona się nie czuła. Udało im się przejść przez pierwszy tłum i zaczęli wdrapywać się po schodach, a u ich szczytu stał nie kto inny jak Argus Filch, ze swoją kotką panią Norris, która dumnie siedziała na jego ramieniu. Woźny skłonił głową na byłego Ślizgona, a Malfoy odpowiedział mu tym samym. Zawsze mieli ze sobą dość dobre stosunki. Hermiona również lekko kiwnęła głową na powitanie, chociaż Argus Filch łapał na nią złowrogo, zresztą jak na każdego Gryfona w tym zamku.


Nad ich głowami zaczęły krążyć duchy. Wśród nich był Krwawy Baron, rezydent Slytherinu, a tuż za nim lewitował Prawie Bezgłowy Nick, który swoimi czasy pilnował uczniów z Domu Lwa, przypominając o zakazie łamania szkolnego regulaminu. Zauważyła wśród nich Jęczącą Martę, która nigdy nie opuszczała swojej łazienki dziewcząt znajdującej się na pierwszym piętrze. Marta wydawała się nieco pogodniejsza niż zazwyczaj.


Znaleźli się praktycznie u wejścia do Wielkiej Sali, ale Hermiona nie chciała tam wchodzić. Jej spojrzenie zatrzymało się na magicznych sztalugach, które lewitowały w górze, upamiętniając wszystkich poległych w Drugiej Bitwie Czarodziejów. Wypuściła ramię Draco i zbliżyła się do pierwszej sztalugi, a czarno-biały portret ukazał ruchomą postać uśmiechniętego Gryfona, Colina Creeveya. Zacisnęła mocno wargi, czując krew na języku. Supeł w żołądku zacisnął się jeszcze bardziej, przypominając o dawce alkoholu, którą spożyła wcześniej na pusty żołądek. Sunęła dalej wzrokiem i spojrzała na nią Lavender Brown, a tuż obok niej był uśmiechnięty od ucha do ucha Fred Weasley. Remus Lupin wraz ze swoją ukochaną u boku, Nimfadorą Tonks, niestety również się tam znaleźli.

Spojrzała w górę, a u szczytu wisieli Bohaterowie Wojenni, otoczeni złotą poświatą, tak by nikt nie mógł ich przeoczyć. Na wszystkich zgromadzonych spoglądał słynny Harry Potter, ten sam chłopiec, który pokonał Lorda Voldemorta. Tuż obok niego wisiał Ronald Weasley i ona Hermiona Granger, która na tym ruchomym portrecie była uśmiechnięta, zapewne to zdjęcie było wykorzystane jeszcze za czasów szkolnych, gdy uczęszczała do Hogwartu. Zacisnęła piąstki, czując ponowny ścisk w żołądku. Nie była bohaterką wojenną, nie czuła się nią, ani przez chwilę. Wyczuła, że ktoś się zbliża, że ktoś staje obok niej. Nie musiała się odwracać, by zdać sobie sprawę, że zjawił się Draco. Milczał tak samo, jak ona. Uniosła niepewnie wzrok na niego, spoglądając czerwonymi oczami, w platynowe spojrzenie Ślizgona. Tak bardzo chciała ukryć swoje emocje, tak strasznie nie chciała, żeby wiedział, jaka walka rozgrywa się w jej duszy, że stanie tutaj pośród portretów upamiętniających ofiary wojny, nie jest wcale dla niej takie łatwe. Nie minęło może dziesięć minut, jak jest w murach zamku, a jej wewnętrzne dziecko zapragnęło znaleźć się z Krzywołapem w mieszkaniu. Pokręciła głową, krocząc dalej ku sztalugom, robiąc miejsce innym czarodziejom, którzy również pragnęli zapoznać się z wystawą upamiętniającą ofiary bitwy. Mijała portrety uczniów, których widziała na zajęciach, czy biegających na szkolnych korytarzach. Obok nich znaleźli się również członkowie ich rodzin. Sunęła wzrokiem po twarzach, było ich tak wiele, jakby wystawa nie miała mieć końca. Ponownie zagryzła wargę do krwi. Neville, kochany Neville Longbottom patrzył na nią, a przy nim była Luna, ta zwariowana i czasem niezrozumiała przez innych Luna Lovegood. Dotknęła dłonią policzka przyjaciela, czując jak, łza spływa po jej twarzy.


Wyczuła, że Draco odszedł, zostawił ją samą. Obróciła się za siebie i ujrzała go, wpatrującego się w czarno-biały portret, uśmiechniętego Blaisa Zabiniego. Tego samego Blaisa, z którym chłopak spędził prawie wszystkie lata szkolne, którego mógł nazwać swoim jedynym przyjacielem. Podeszła ostrożnie do niego, również zatrzymując spojrzenie na uśmiechniętej twarzy byłego Ślizgona. Draco miał ręce założone na piersi, a jego barki były wyprostowane. Zerknęła na jego twarz, był opanowany, nie znalazła w nim żadnych emocji, jakby był już dawno pogodzony z odejściem przyjaciela. A może to, że jest Uzdrowicielem, sprawiło, że nie raz oglądał śmierć innych, nie raz asystował przy stole operacyjnym, gdzie nieszczęśliwe dusze przegrały walkę. Jego zawód nakazał mu radzić sobie z emocjami, a to, że interesował się również psychiatrią i psychologią, pragnąc stworzyć nowy oddział w Św. Mungu, sprawiły, że jeszcze łatwiej było mu radzić sobie z emocjami niż innym. Draco szybko się zreflektował, potrząsnął głową, odrzucając od siebie wspomnienia przyjaciela.


Milcząc, dalej kroczyli przed siebie, a koło nich pojawiały się twarze poległych. Wciągnęła mocniej powietrze, nie mogąc ruszyć się dalej, jakby została spetryfikowana. Poczuła, jak spadała przez lodowatą głębię oceanu, jak zimne języki zaczęły muskać jej ciało. Na chyba możliwie największym płótnie, spoglądał na nich Severus Snape, we własnej osobie. Jego brew jak zwykle sunęła ku górze, nadając jego twarzy charakterystyczny wygląd. Czarno-biały portret jeszcze intensywniej podkreślał czerń jego oczu, a ciemna szata, która na nim wisiała, dodała mu jeszcze większej mroczności, niż zazwyczaj. Czuła się nieswojo, patrząc na niego, jako jednego z poległych w bitwie, wiedząc, że on wciąż jest wśród nich, że wciąż stąpa po ziemi, rzucając na około swoim wrednym charakterem, czy humorkiem, który rozumieli tylko nieliczni. Czarne oczy patrzyły na nią, a Hermiona była pewna, że gdyby stał obok niej, ramię w ramię, nazwałby ją Smarkatą Kluską. Delikatnie uśmiechnęła się pod nosem, wędrując myślami do kamiennego domu w Rye, gdzie zapewne w fotelu siedział mężczyzna, popijając kawę, albo stojąc nad kociołkiem, warząc piekielnie trudny eliksir.


- To by się wszyscy zdziwili – odezwał się Malfoy z wrednym uśmieszkiem na ustach spoglądając na swojego wuja.





~*~

Dzień dooobry! ♥


Sporo czasu minęło od ostatniego rozdziału. Był to dość intensywny i wymagający czas. Niemniej jednak pozwoliłam sobie zabrać Was w małą podróż i znaleźliśmy się w murach Hogwartu.


I jakie Ci się podobało?

Śmiało podziel się swoją opinią w komentarzu, będzie mi niezmiernie miło przeczytać parę słów od Ciebie 💕


Najmocniej Was przepraszam, ale nie mam pojęcia dlaczego tekst nie został wyjustowany. Na laptopie wszystko jest idealnie, ale już na telefonie widzę, że z tekstem coś jest nie tak i nie mogę tego zmienić. Tylko trzasnąć Avadą tego bloggera...


Kolejny rozdział pojawi się w kwietniu, także uważnie wyczekujcie sowy! Do usłyszenia 🤗



Całuję,

Jazz ♥